Kto mógł to przewidzieć 15 lat temu, kiedy jako bliżej nieznany podpułkownik w wieku 28 lat stanął na czele nieudanego zamachu stanu (1992 r.), trafił do więzienia i świat o nim zapomniał? Wydawało się, że w historii kontynentu był to jeszcze jeden nieudany pucz, zjawisko w przeszłości częste. Dzisiaj we wszystkich państwach Ameryki Łacińskiej (z wyjątkiem Kuby) rządzą politycy z wyboru, co wcześniej nie było wcale takie powszechne.
Przed pójściem do więzienia ppłk Chavez miał jedną prośbę: żeby prezydent pozwolił mu wystąpić w telewizji. Carlos Andres Perez dał mu jedną minutę. Chavez powiedział, że chwilowo przegrał, ale powróci. Siedział w więzieniu dwa lata, a prezydent miał problem: kiedy jego oponent będzie mniejszym zagrożeniem – siedząc w więzieniu i stając się symbolem opozycji czy też jako zdemobilizowany pułkownik o aspiracjach politycznych? Wybrał drugi wariant. W 1994 r. Chavez znalazł się na wolności i od razu powrócił do działalności wywrotowej. Dzisiaj jest politykiem, którego wpływy sięgają daleko poza Wenezuelę, prawdziwym następcą Fidela Castro.
Urodził się 53 lata temu w miejscowości Sabaneta,
w rodzinie nauczycielskiej. W latach 1971–1975 studiował w Akademii Nauk Wojskowych, po czym zaczął konspirować. Wraz z dwoma innymi oficerami założył Ruch Boliwariański MBR 200 (od dwusetnej rocznicy urodzin Simona Bolivara, postaci historycznej i symbolicznej dla jedności oraz wyzwolenia kontynentu spod panowania kolonizatorów). Ruch Chaveza, o zabarwieniu lewicowym i patriotycznym, wymierzony był przeciwko ówczesnemu establishmentowi Wenezueli, który uchodził za jeden z najbardziej skorumpowanych i nieudolnych na kontynencie, pozostając przy tym w symbiozie z USA.