Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Archiwum Polityki

Kariera po gafie

Mama twierdzi, że syn został sekretarzem generalnym ONZ dzięki dobrej karmie.

Gdy jesienią zeszłego roku Ban Ki-moon (koreaniści woleliby Ban Gi-mun) obejmował schedę po Kofim Annanie, podniósł się rwetes, że wybory były ustawione, a Korea Płd. kupiła głosy w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Według „The Timesa”, wypromowanie Bana kosztowało Koreę ok. 100 mln dol.

Fundusze najczęściej rozdzielał Ban Ki-moon, wtedy minister spraw zagranicznych. Między innymi za jego pośrednictwem Seul przekazał kilkanaście milionów na tanzańskie szkoły, zapowiedział trzykrotne zwiększenie pomocy gospodarczej dla Czarnego Lądu oraz ogłosił w Korei Rok Afryki. Nie zapomniał też o członkach z Europy i Ameryki Południowej – Argentyna doczekała się instytutu kultury koreańskiej w Buenos Aires, Peru dostało wysokiej klasy fortepian, a na Słowacji uruchomiono wartą 1 mld dol. fabrykę samochodów.

Rząd Korei oraz głosujący odpierali zarzuty gazet i odpowiadali, że nie musieli uciekać się do przekupstwa, bo wybrano kandydata najlepszego. Koreańczycy stwierdzili natomiast, że o sukcesie przesądziło dobre feng shui rodzinnej wsi Bana.

Ban Ki-Moon urodził się w czerwcu 1944 r. we wsi Sangdong

w środkowej Korei, gdzie już dwudzieste drugie pokolenie Banów zajmuje się przede wszystkim uprawą czerwonej papryki i żeń-szenia.

Krótko po wyborze Bana na sekretarza okolicę odwiedziły tysiące specjalistów od feng shui. Orzekli, że aż trzy góry w pobliżu wsi wyzwalają ogromną ilość pozytywnej energii i właśnie taki układ sprzyja narodzinom wybitnych postaci. Podobnie rzadka zbieżność ma występować również w amerykańskich stanach Ohio i Massachusetts, gdzie wychowało się wielu prezydentów USA. Ponoć los Bana Ki-moona przepowiedział sam Konfucjusz, który 25 wieków temu wywróżył, że władca świata narodzi się właśnie na Półwyspie Koreańskim.

Wydania specjalne archiwalne Ludzie Roku 2008 (90143) z dnia 27.12.2007; s. 57
Reklama