Spór na temat istoty Holocaustu trwa do dziś. Czy był on największym pogromem w dziejach? Czy też całkiem nową jakością w historii? Zwolennicy tego drugiego podejścia podkreślają, że trzeba odróżnić pogromy od Zagłady. Włodek Goldkorn w eseju „Sens historii i zagłada Żydów”, ogłoszonym pod koniec lat 80. w londyńskim kwartalniku „Aneks”, zauważa: „Antysemityzm prowadzi do pogromów. Zagłada nie jest jednak logicznym ukoronowaniem antysemityzmu”. Argumentem ma być m.in. fakt, że antysemici w Polsce czasów okupacji nie mieli zamiaru wysyłać Żydów do komór gazowych. Holocaustowi ponadto nie można nadać żadnego racjonalnego sensu.
Z kolei Kazik Ratajzer, który jako 18-letni członek Żydowskiej Organizacji Bojowej zasłynął m.in. wyprowadzeniem z płonącego po powstaniu getta warszawskiego ponad 30 ocalałych bojowców, tłumaczy: Żydzi, przez wieki żyjący w diasporze, przyzwyczaili się, że byli obrażani, bici, mordowani. Owszem, ofiarą niektórych pogromów padały setki i tysiące Żydów – ale na tym się kończyło. Dlatego Żydom trudno było podczas wojny uwierzyć, że Niemcy nagle zaczną ich mordować. I to w skali nieznanej, bo oni przecież chcieli zabić już nawet nie miliony Żydów, lecz wszystkich. A i natura człowieka jest taka, że najgorszego stara się nie przyjmować do wiadomości.