Odwołany przez Donalda Tuska (moim zdaniem – pochopnie) ze stanowiska ministra profesor Zbigniew Ćwiąkalski udawał się na tygodniowy urlop, żeby ochłonąć z wrażenia, kiedy w pociągu dopadły go telefony dziennikarzy. Powołując się na tygodnik „Nie”, pytali, czy „naprawdę wyleciał” za udział w imieninach swojego byłego klienta Henryka Stokłosy. Będąc jeszcze ministrem, pojechał tam rzekomo z kwiatami oraz obrazem olejnym, a wrócił z pełną sakiewką i bagażnikiem pełnym „wiązanki pilskiej”. „Polędwica, szynka, kabanosy, biała surowa…” – wyliczał z właściwą sobie solidnością organ Jerzego Urbana. O wszystkim miał donieść Tuskowi borowiec – kierowca ministra. Libacja miała mieć miejsce 17 stycznia, na dwa dni przed samobójstwem Roberta Pazika w więziennej celi.
Ćwiąkalski początkowo nie reagował i kontynuował urlop, ale „Nie”, jak demaskuje, to do dna. Po dwóch tygodniach ukazał się drugi artykuł, a w nim kolejne szczegóły: minister miał zainkasować 1,2 mln zł honorarium oraz 200 tys. za wypuszczenie Stokłosy z aresztu na gwiazdkę 2008. O ile pierwszy artykuł podpisany był „Bożena Dunat, Marek Paprykarz”, o tyle drugi był redakcyjny. Redakcja ubolewała w nim, że „Telewizji ani prasy nie zainteresował w ogóle ujawniony w »Nie« skandal”. To milczenie mediów miało wkrótce stać się powodem zadowolenia, a nie rozgoryczenia Urbana. Oba artykuły były bowiem od początku do końca zmyślone, na tyle zręcznie, że nawet stary lis z 58-letnim stażem dziennikarskim dał się nabrać. – Były po temu powody – wyjaśnia Urban. Oszust stworzył wrażenie, że istnieją liczne źródła (uczestnicy rzekomego przyjęcia), a nawet dał oświadczenia autentycznych osób.