Archiwum Polityki

Wolność w domku

Od września niektórzy polscy więźniowie będą odbywali kary pod elektronicznym nadzorem. Jak działa ten system w Anglii – opisuje nasz dziennikarz. On też da się zakuć jako pierwszy.

Paul Mahorn budzi sympatię szczerym uśmiechem Jamajczyka i wzbudza respekt posturą byłego zawodnika rugby. Ta mieszanka skrajnych komunikatów powoduje, że ma jedne z lepszych wyników w pracy z osobami skazanymi na dozór elektroniczny. Paul, choć pracuje dla prywatnej firmy Serco, jest jednocześnie najbardziej wysuniętą placówką brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości. W imię którego każdego dnia uziemia w domu od trzech do ośmiu osób skazanych na dozór elektroniczny. W Anglii system dozoru elektronicznego działa już od 14 lat. A nawet dłużej, bo po raz pierwszy wprowadzono go w 1989 r., ale tamta próba skończyła się spektakularną klapą.

Praca Paula jest dosyć prosta, ale trudno powiedzieć czy przyjemna. Kiedy pojawia się w pracy, dostaje pierwsze zlecenia. Imię, nazwisko, adres, czas, na który musi zaprogramować stację bazową, i status osoby, której założy elektroniczną bransoletkę. Jeśli to kobieta lub nieletni, musi na miejsce pojechać z koleżanką. Czasem system informuje go również, że osoba może być agresywna słownie. Na takie okoliczności też są procedury.

Pierwsze zlecenie tego dnia brzmi dla Polaka sensacyjnie. Obrączkowana będzie osoba o takim samym nazwisku jak były polski premier, który notabene pracuje w Londynie. Imię Siergiej sugeruje, że to jednak co najwyżej daleka rodzina pana Kazimierza. Ealing jest jedną z biedniejszych dzielnic Londynu. Od długiego czasu chętnie wybieraną przez Polaków ze względu na niskie czynsze. Klimat też taki trochę polsko-prowincjonalny. Pojawienie się obcych od razu zostaje odnotowane. Jedni śledzą półdyskretnie zza zasłonki. Inni centralnie, bez obciachu.

Sierioża nie obserwuje, bo kilka godzin wcześniej wyszedł z więzienia. Świętuje więc z rodziną i kolegami.

Polityka 34.2009 (2719) z dnia 22.08.2009; Kraj; s. 24
Reklama