Ekonomiści do dzisiaj toczą spór, co tak naprawdę spowodowało aż tak duże i nieoczekiwane przyspieszenie polskiej gospodarki. Dlaczego, mimo silnej złotówki, gwałtownie wzrósł eksport, pojawiły się gigantyczne (jak na polskie warunki) inwestycje zagraniczne (ponad 15 mld dol.) i czemuż to nieufni dotąd krajowi przedsiębiorcy porzucili wreszcie ostrożną, wyczekującą postawę na rzecz śmielszego inwestowania? W efekcie w 2006 r. produkt krajowy brutto wzrósł o 5,8 proc., zbliżając się do najlepszych wyników od czasu, gdy w Polsce zaczęła funkcjonować gospodarka rynkowa. Wiele innych wskaźników było równie imponujących.
W 2006 r., dziś to już dobrze widać, mieliśmy do czynienia ze splotem dobrych i bardzo dobrych okoliczności. Niemal wszystkie regiony świata, łącznie z Europą, rozwijały się w tempie ponadprzeciętnym. Na wiele towarów, w tym większość surowców, rósł więc popyt, ich producenci mogli godziwie zarobić, a uzyskane nadwyżki inwestować. Z tej dobrej passy skorzystała też i Polska, co widać po ubiegłorocznych znakomitych wynikach w eksporcie. Na dodatek sprzedawaliśmy coraz większe ilości wyrobów nowoczesnych, wysoko przetworzonych. Tak więc po kilku latach coraz szybciej rosnącego wywozu za granicę przekroczona została chyba masa krytyczna i, jeśli idzie o wskaźniki eksportu, może wreszcie przestaniemy wlec się w ogonie Europy.
W 2006 r. wyraźnie wzrósł też popyt wewnętrzny. Polacy zaczęli więcej zarabiać, pożyczać i – co dla przedsiębiorców najważniejsze – wydawać. Na samochody, ubrania, sprzęt AGD i RTV, a przede wszystkim na domy i mieszkania. Ten wzrost popytu wewnętrznego był drugim ważnym czynnikiem wzrostu, na który przedsiębiorcy nadal bardzo liczą.