Archiwum Polityki

Styl dowolny

W naszym narodowym pływaniu najbardziej przeszkadza, że każdy ciągnie w inną stronę.
Ze snów o pływackiej potędze zostaliśmy brutalnie obudzeni już jakiś czas temu. Sukcesom z lat 2004–07, kiedy olimpijskie medale zdobywała Otylia Jędrzejczak, a na mistrzostwach świata Mazurka Dąbrowskiego grano też dla Pawła Korzeniowskiego, Przemysława Stańczyka i Mateusza Sawrymowicza, wtórowały głosy, że wreszcie swoi (zawodnicy) trafili na swoich (trenerów), a rywale wcale nie są tacy mocni. Niektórzy przebąkiwali o narodzinach polskiej szkoły pływania, ale za tamtymi medalami nie stał system. – To był wysyp talentów. Do tego jeszcze głodnych sukcesów, zawodnicy wierzyli, że każde słowo trenera jest święte. Dali się zapędzić do szalonej pracy i efekty przyszły – uważa Bartosz Kizierowski, niedawno nasz najlepszy sprinter, dziś trenujący grupę swoich następców w Madrycie.

Teraz Otylia wymyśla siebie na nowo, ale czy na igrzyskach w Londynie popłynie po medal, nie wiadomo. Sport rzuciła Katarzyna Baranowska – uznała, że finał olimpijski to szczyt jej możliwości, poza tym trafiła jej się świetna oferta pracy w firmie eventowej. Z kolei Stańczyka pochłonęły studia, a Sawrymowicz miał problemy ze zdrowiem. Poziom trzyma Korzeniowski. Na sierpniowych mistrzostwach Europy w Budapeszcie obronił złoto na 200 m motylkiem, rok temu uratował honor polskiej ekipy na mistrzostwach świata (przegrał tylko z Michaelem Phelpsem).

Listę młodych zdolnych otwierają sprinter Konrad Czerniak (drugi, obok Korzeniowskiego, medalista z Budapesztu) i grzbiecista Radosław Kawęcki. Fachowcy wróżą im wielką przyszłość, ale konkurencja na świecie jest ogromna.

Chudsze lata to dla Polskiego Związku Pływackiego chudszy portfel. – W czasach prosperity mieliśmy do dyspozycji ponad 9 mln zł. Teraz: 7 – żali się prezes PZP Krzysztof Usielski.

Polityka 36.2010 (2772) z dnia 04.09.2010; Ludzie i obyczaje; s. 98
Reklama