Korporacyjne gody
Dlaczego w jednych firmach łatwiej molestować, a w innych – romansować.
Kadry z serialu „Mad Men” – obraz amerykańskiej korporacji z lat 60.
Frank Ockenfels/PAP

Kadry z serialu „Mad Men” – obraz amerykańskiej korporacji z lat 60.

„Mad Men” – kobiety są tu na ogół tylko sekretarkami, które mają spełniać wszystkie męskie zachcianki. Dopiero pod koniec lat 60. ich pozycja w firmie się zmienia.
Mike Yarish/Everett

„Mad Men” – kobiety są tu na ogół tylko sekretarkami, które mają spełniać wszystkie męskie zachcianki. Dopiero pod koniec lat 60. ich pozycja w firmie się zmienia.

Seks w miejscu pracy wywołuje wyjątkowo silne emocje, chociaż wydawałoby się, że firmy wypracowały sobie solidne zasady postępowania w tej kwestii. Jednak wśród specjalistów od zarządzania kontrowersja na temat wad i zalet romansowania w miejscu pracy trwa od lat.

Zignorowany problem

Podstawowe podejście do spraw relacji międzyludzkich w miejscu pracy zrodziło się wraz z koncepcjami naukowego zarządzania. Teoretycy i praktycy, tacy jak Ford, Taylor, Gantt czy Fayol, tworzyli podstawowe koncepcje zarządzania w pierwszej ćwierci XX w. W ich rozumieniu miejsce pracy wymagało powagi i skupienia i w dużej mierze nabierało w ich opisach cech miejsca praktyki religijnej: „kościoła pracy”, do którego powinno się przychodzić stosownie ubranym i odpowiednio się zachowywać. Świat fabryk i urzędów miał być światem rozumu i racjonalności, oddzielonym od niekontrolowanych wybuchów namiętności (kojarzonym ówcześnie ze ślepą, niszczycielską i dziką rewolucją). Jednak w firmach pojawiła się cała fala młodych kobiet, które I wojna światowa i wynikająca z potrzeb wojennych emancypacja rzuciła na wiele stanowisk do tej pory zastrzeżonych dla mężczyzn. Seks i flirt w administracji fabrycznej czy w halach produkcyjnych wypełnionych kobietami stały się czymś powszechnym – acz początkowo ignorowanym.

Lata 50. zaostrzyły problem – po kolejnej wojnie kolejna fala kobiet weszła do zawodów i środowisk zastrzeżonych do tej pory tylko dla mężczyzn. Typowym biurowym romansem był w tych latach związek szefa z sekretarką lub pracownicą innego działu, znacznie rzadziej podwładnego ze znudzoną żoną zapracowanego szefa, bardzo rzadko w grę wchodziły relacje partnerów i współpracowników.

Wspomnienia pracownic ówczesnych agencji kreatywnych z Madison Avenue, takich jak Jane Maas (autorka „Mad Women”), nie pozostawiają złudzeń – romanse i seks w miejscu pracy były oczywistością. Molestowanie seksualne nie istniało wtedy z prostego powodu – nie znano tego pojęcia. Jednak aktywności zawodowe i pozazawodowe łączono zupełnie bez skrępowania, uznając je za wynikające ze społecznych ról, w których mężczyzna prawie zawsze był łowcą (stał wyżej w hierarchii), a kobieta prawie zawsze ofiarą. Ten „oczywisty” stosunek do relacji pozasłużbowych wynikał również z podejścia do kobiet jako pracowników: były one (nawet we własnej opinii) przelotnymi, pożądanymi głównie z powodu niskich pensji, ale niezbyt poważanymi gośćmi w miejscu pracy. Urozmaiceniem, z którym można się szybko pożegnać, by zająć się nowym gościem.

Ciężka ręka prawa

Zmiana w stosunku do romansów biurowych pojawiła się w momencie, w którym kobiety nie tylko „nie raczyły odejść” z firm po zamążpójściu lub zajściu w ciążę. One wręcz zadomowiły się w firmach na dobre i zaczęły udowadniać, że potrafią sprawnie wykonywać wszystkie zadania zarezerwowane do tej pory dla mężczyzn. W latach 70. zarówno regulatorzy prawa, jak i opinia publiczna (w połowie składająca się przecież z kobiet) coraz mniej przychylnie patrzyli na dyskryminację w pracy i wywierały nacisk na odrzucenie naturalnych – jak się do tej pory wydawało – barier. Kobiety coraz częściej domagać się zaczęły rekompensat za niestosowne zachowanie wobec nich, a sądy coraz częściej przyznawały im rację.

Wizja coraz bardziej dotkliwych wyroków w sprawach o molestowanie oraz coraz bardziej widoczny wpływ, jaki kobiety zaczęły wywierać zarówno w polityce, jak i jako konsumentki, zmusił firmy do zajęcia się problemem kwitnącego w czasie pracy lub po niej życia erotycznego pracowników. Lęk przed odszkodowaniami, utratą wizerunku i procesami zachęcał pracodawców do rozwiązania problemu w prosty i elegancki – ich zdaniem – sposób. Coraz więcej firm zaczęło wprowadzać surową regułę „żadnego randkowania między współpracownikami”, wracając do purytańskich zasad Forda.

Jednak to nie rozwiązuje problemu, a wielu badaczy uważa, że w zasadzie go zaognia: seks nie zniknął z biur, wręcz przeciwnie. Potrafi wciąż nieźle zamieszać w niejednej firmie, doprowadzając do spektakularnych dymisji, tak jak się stało w przypadku prezesa Boeinga, który w 2005 r. musiał zrezygnować ze stanowiska na skutek ujawnienia romansu z podwładną. W 2006 r. ten sam los spotkał szefową działu komunikacji marketingowej Wal-Martu zwolnioną za romans z menedżerem niższego szczebla, a w 2002 r. w wyniku głośnej afery zwolniona została redaktor naczelna znanego pisma „Har­vard Business Review” Suzy Wetlaufer, która w trakcie przygotowywania wywiadu z Jackiem Welchem, prezesem General Electric, wdała się z nim w romans.

Od flirtu do molestowania

Z badań wynika, że organizacje silnie zhierarchizowane, o sformalizowanych relacjach i z dużym dystansem władzy pomiędzy przełożonymi i podwładnymi są środowiskiem sprzyjającym napastowaniu seksualnemu i nadużywaniu pozycji. Obserwacja tego rodzaju środowisk sprawia wrażenie (choć naukowo nie można mówić w tym przypadku o pewności), że sprawowanie władzy wręcz zachęca do jej nadużywania i pobudza libido. Molestowanie seksualne w takich organizacjach jest nie tylko zdecydowanie częstsze, ale i odczuwane jako znacznie bardziej dotkliwe. Propozycje seksualne pojawiają się tam na ogół w sytuacji, w której druga strona (zdaniem proponującego) nie może odmówić. Trudno bowiem o mocniejszy dowód własnej pozycji i siły niż możliwość doprowadzenia kogoś do tego, by nam uległ oddając się również fizycznie. Z perspektywy ofiary właśnie ta niemożność znalezienia właściwej odpowiedzi i brak perspektywy wyplątania się z sytuacji na własnych warunkach stanowi o jej dotkliwości.

W organizacjach o mniejszym formalizmie, a zwłaszcza mniejszych dystansach władzy, molestowanie obserwowane jest znacznie rzadziej i uznawane za o wiele mniej dotkliwe. Badania wskazują, że kiedy romanse nawiązywane są pomiędzy osobami o równym statusie, nasilenie molestowania jest znacznie mniejsze. Warto tu zwrócić uwagę, w jaki sposób osoby narażone na molestowanie definiują granicę oddzielającą flirt od molestowania. W badaniach prowadzonych w 2009 r. w firmach handlowych przez Amy Denissen większość osób, z którymi przeprowadzała ona wywiady, odbierała propozycje seksualne jako mniej krępujące i nie traktowała ich negatywnie, jeśli miały mniej bezpośredni charakter (były sugestią, a nie ofertą złożoną wprost) i jeśli odrzucenie lub przyjęcie nie wpływało na relacje pomiędzy pracownikami.

Badani podkreślali, że problemy z propozycjami seksualnym nie tyle tkwią w samym ich składaniu, ile w obawach pracowników, że mogą mieć wpływ na relacje panujące w miejscu pracy. Ideałem zatem jest romans bez konsekwencji w postaci żalu, zemsty lub zobowiązań. Jeśli propozycja seksualna dotyczyła osoby o tej samej pozycji, a jej odrzucenie nie pogarsza wzajemnych relacji, to była traktowana jako mało dotkliwa i nieuznawana za molestowanie.

Ważnym elementem jest również zaniechanie oferty, jeśli druga strona nie wyraża zainteresowania. Jeśli zaś oferta była wciąż ponawiana mimo odmów – to taką sytuację uznawano za uciążliwą i nadającą się do sklasyfikowania jako molestowanie.

Napastowanie zaczyna się zatem w świetle powyższych badań, gdy: a) propozycja wyrażana jest bardziej wprost lub wręcz dosadnie, b) jest ponawiana mimo braku zainteresowania, c) odmowa wyraźnie pogarsza relacje pomiędzy stronami, d) oferent ma wyższą pozycję niż odbiorca.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną