Czy polityk może mieć życie prywatne

Wpadki i ustawki
Czy wszystkie sprawy osobiste polityków powinny nas, obywateli, interesować?
Aleksander Kwaśniewski na ślubie swojej córki, 2012 r.
Stach Leszczyński/PAP

Aleksander Kwaśniewski na ślubie swojej córki, 2012 r.

Donald Tusk w domu w Sopocie, 2009 r.
Piotr Małecki/Napo Images/Forum

Donald Tusk w domu w Sopocie, 2009 r.

Grzegorz Napieralski z córkami, 2011 r.
Tomasz Adamowicz/Forum

Grzegorz Napieralski z córkami, 2011 r.

Ewa Kopacz z wnukiem, 2012 r.
Marcin Smulczyński/SE/EAST NEWS

Ewa Kopacz z wnukiem, 2012 r.

Gdy trwa kampania wyborcza, we współczesnej demokracji, zwanej marketingową, na scenę polityczną wkraczają żony, mężowie i dzieci polityków, ich pasje i „codzienne życie”. Umawiają się na tzw. ustawki z kolorową prasą. Ale też na wierzch wychodzi wiele z ich prywatnego, a nawet intymnego życia, co woleliby zmilczeć. W upublicznianiu tego, co prywatne, uczestniczą trzy strony: opisywani politycy, dziennikarze i paparazzi oraz publika, która to wszystko chętnie czyta i ogląda. Chętniej niż oficjalne przekazy, programy, analizy i komentarze.

Co nam robi polityk z rodziną?

CBOS zapytał dwa lata temu Polaków, czy dziennikarze powinni zajmować się życiem prywatnym polityków, i 38 proc. z nas uznało, że fakty z tej sfery powinny być podawane do publicznej wiadomości tylko wtedy, kiedy wpływają na wykonywane przez nich obowiązki. Co trzeci respondent ocenił, że w ogóle nie powinny być upubliczniane. A 25 proc. jest jednak zdania, że z racji roli, jaką politycy odgrywają, wszelkie informacje na ich temat, także te ze sfery życia bardzo osobistego, powinny być powszechnie znane.

Skąd ta ciekawość, a z drugiej strony zgoda na wścibstwo publiczności? Psycholog dr Julita Koszur z SWPS mówi, że człowiek od zawsze był ciekaw, jak żyją inni, a szczególnie ci, od których w jakimś sensie zależy ich życie: – Obawiamy się, że to, co ukryte, czego nie chcą nam o sobie wstydliwego powiedzieć, może nam zagrażać. Zaś pokazując siebie w prywatnych sytuacjach w sposób kontrolowany, politycy zdobywają punkty, bo przemycają w tych obrazkach informacje, które wizerunkowo bardzo im służą.

Premier Ewa Kopacz dała się sfotografować z wnukiem, który dmucha w urodzinowe świeczki na torcie. A w szczycie ostatniej kampanii samorządowej, po ciężkim tygodniu pracy, odpoczywała w parku z córką, zięciem i wnukiem. „Julian nie chciał jeździć na rowerze, dlatego pani premier znalazła rozwiązanie: hulajnogę” – oświadczyła jednemu z tabloidów osoba z otoczenia Ewy Kopacz. Co mamy rozumieć: pani premier potrafi znaleźć rozwiązanie w każdej sytuacji.

Jolanta i Aleksander Kwaśniewscy w kolorowych pismach, tych drukowanych na lepszym papierze, pokazywani byli niczym para koronowana. Maria i Lech Kaczyńscy też nie stronili od takich sesji, a w kampanii wyborczej na billboardach pokazali się z córką Martą i zięciem, choć już wtedy związek młodych był fikcją. Małgorzata Tusk lubiła opowiadać, że Donald Tusk gra z nią i dziećmi w scrabble. Zdradziła też, że on nigdy nie kłóci się o pieniądze i płacze na „Królu Lwie”. Zawsze obawiała się, że mąż stłucze ważną dla niej wazę, ale odkąd został premierem, już jej przeszło. Czytaj: ludzie ufają mu na tyle, że został premierem, to i ona musi zaufać, że nie stłucze wazy.

W Dzień Dziecka, co roku w „Super Expressie”, obowiązkowy materiał: politycy maszerują do swoich wnuków i dzieci z prezentami. Prezes Kaczyński kupuje pluszowe misie wnukom zmarłego brata. Cztery lata temu dowiedzieliśmy się też, że wnuczka państwa Komorowskich dostała „piszczącą książeczkę do kąpieli”, bo zabawka ma nie tylko bawić, lecz także pomagać w rozwoju.

Dr Julita Koszur zwraca uwagę, że dzieci wzbudzają dobre emocje, rozczulają: – Pokazywanie się w kontekstach rodzinnych, a szczególnie wśród dzieci, ma wzbudzić w nas, wyborcach, poczucie, że polityk jest opiekuńczy, potrafi się zająć najbliższymi, więc i nad nami roztoczy skrzydła opiekuńczości.

Polacy we wszystkich badaniach zapytani, co jest najważniejszym elementem udanego życia, odpowiadają, że zdrowie i rodzina. Dla wielu to, że prezydent stworzył szczęśliwą rodzinę, może być ważniejsze niż jego osiągnięcia zawodowe. Są badania dowodzące, że dalej nam emocjonalnie do polityka pokazywanego na tle swojego gabinetu, przy biurku założonym papierami, a zdecydowanie bliżej do tego, który spędza czas w sielankowej atmosferze rodzinnej.

Ważne, aby w tym wszystkim widać było jakąś elementarną spójność między tym, jak jest naprawdę, a tym, co się nam pokazuje. Aby ta prywatność była choć trochę autentyczna. Mało kto nabierze się dziś na ciepłe, rodzinne zdjęcia Marty Kaczyńskiej ze stryjem Jarosławem, bo wiadomo, że panują między nimi raczej chłodne relacje. Kaczyński nigdy nie był zachwycony jej drugim małżeństwem z Marcinem Dubienieckim, synem byłego barona SLD. Jak zauważyła kiedyś prof. Krystyna Skarżyńska, na pewno wizerunek prezesa PiS skuteczniej ociepliłby materiał, jak spędza czas w gronie przyjaciół profesorów oraz działaczy, którzy trwają przy nim od początku jego kariery politycznej.

Po co nam wiedza o senatorze w sukience?

To, co dziennikarz może napisać o życiu prywatnym polityków, reguluje prawo prasowe i jego dość restrykcyjny zapis. Media nie mogą publikować żadnych informacji dotyczących prywatnej sfery życia osoby publicznej bez jej zgody. Ale wyjątkiem jest sytuacja, kiedy informacja jest związana bezpośrednio z działalnością publiczną. Opisywanie spraw, które dzieją się w czasie prywatnym polityka, powinno więc być rzadkością i musi je uzasadniać ważny interes społeczny. Ale granice są płynne i muszą być wyznaczane wciąż na nowo w konkretnej sytuacji.

Teoretycznie chodzi o to, by nie szukać taniej sensacji i główny akcent położyć na interes społeczny. Tu warto jednak przypomnieć sprawę senatora, prawnika, scenarzysty Krzysztofa Piesiewicza.

Po opublikowaniu kilka lat temu przez „Super Express” zdjęć i filmu z prywatnego party, rzekomo z narkotykami, na których senator wystąpił w damskiej sukience, jego polityczna kariera legła w gruzach. Dostał zarzuty prokuratorskie (zażywanie narkotyków i nakłanianie do ich zażywania innych osób). Piesiewicz od początku utrzymywał, że padł ofiarą szantażystów, którym zresztą płacił. Przez dwa lata bronił się przed sądem i wreszcie został uniewinniony. Większość komentatorów uznała, że mamy prawo wiedzieć, iż polityk, dla wielu autorytet moralny, uległ szantażowi o charakterze obyczajowym. Seria zdjęć w kolejnych numerach tabloidu i film opublikowany na stronach internetowych dziennika nie wniosły do sprawy nic nowego. Były jedynie upokorzeniem człowieka.

Dlaczego tamte numery „Super Expressu” wyprzedawały się na pniu? – Podglądanie w upokarzających sytuacjach polityków najwyższego szczebla, z którymi politycznie ktoś się nie zgadza, utwierdza go w przekonaniu, że stoi po dobrej politycznie stronie – mówi dr Julita Koszur. Dodatkowo prowokuje ludzi do tego, by dali upust narzekaniu na polityków, na państwo, na cały system.

Prawica powinna żyć tak, jak mówi?

Kluczowe znaczenie przy decydowaniu, co i po co pokazywać, powinna mieć kategoria „związek z działalnością publiczną”. Czy można uznać, że ujawnienie podwójnego życia posła, którego ugrupowanie głosi nierozerwalność małżeństwa, leży w interesie publicznym? Jacek Kurski pisał na swojej stronie internetowej: „w swoim życiu zawsze kierowałem się chrześcijańskimi wartościami i zasadami. (…) Jestem przekonany, że te wartości pozwolą na budowę Polski silnej i niezależnej”, a później wyszło na jaw, że chciał się rozwieść z żoną i to najlepiej w Brukseli, aby o sprawie nie było zbyt głośno. Czy jego wyborcy mają prawo o tym wiedzieć?

Kiedyś jeden z posłów z kierownictwa PiS publicznie upominał Ludwika Dorna, gdy ten wniósł sprawę o obniżenie alimentów na dzieci z poprzedniego małżeństwa. Zaraz po tym okazało się, że przeciwko niemu też toczy się sprawa o podwyższenie alimentów, bo to, co płaci na swoje dzieci, nie zaspokaja ich potrzeb. Była żona upubliczniła sprawę, bo – jak mówi – dłużej nie mogła znieść jego hipokryzji i wyborcom należała się prawda.

A co my, wyborcy, myślimy o takiej prawdzie? Wspomniane badanie CBOS wykazało, że 46 proc. Polaków poparłoby zdradzającego swego partnera kandydata, jeśli uważałoby, że jest on merytorycznie dobry. Tylko wyborcy prawicowi wycofaliby swoje poparcie. Nie pozwalają sobie na dyskomfort popierania kogoś, kto żyje inaczej, niż mówi.

Wyborcy są w stanie wiele wybaczyć. Ale pod jednym warunkiem: kiedy polityk nie idzie w zaparte. Trudno było uwierzyć, że chwiejący się w Charkowie Aleksander Kwaśniewski miał kłopot z goleniami albo że byłemu dziś posłowi, przyłapanemu przez drogówkę, pachniało z ust – jak tłumaczył – spryskiwaczem do szyb, a nie alkoholem.

Lepiej okazać skruchę, jak kiedyś poseł Janusz Wójcik z Samoobrony przyłapany przez policję, gdy prowadził auto, mając we krwi ponad promil alkoholu. Posypał głowę popiołem, wziął później udział w kampanii antyalkoholowej, a swoją wizerunkową klęskę przekuł w sukces. Prof. Zbigniew Nęcki, psycholog, mówi, że przestaliśmy już wierzyć w bohaterów bez skazy, którzy nie mają nic na sumieniu. Nie szukamy ideałów absolutnych.

Seks dla polityków, nie dla polityczek?

Najbardziej intymną sferą człowieka jest jego seksualność, a – jak mawiał Henry Kissinger – największym afrodyzjakiem jest władza. To ona najbardziej sprzyja sukcesowi seksualnemu mężczyzny. „Jesteś narkotykiem silniejszym niż afgańska heroina i kokaina z Kolumbii” – śpiewała Carla Bruni o Nicolasie Sarkozym. Według wielu psychologów ewolucjonistów istnieje coś, co można nazwać genetycznym zaprogramowaniem kobiet, które nakazuje im intensywne kontakty z mężczyznami u władzy. Nieważne, jak wyglądają, czy są zdrowi i w jakim wieku, ważne, że rządzą, bo w ten sposób zapewniają najlepsze szanse na przeżycie ich potomstwu. Wielu psychologów twierdzi też, że zarówno w seksie, jak i w polityce największe sukcesy odnoszą ci, u których poziom agresji jest wyższy od przeciętnego. To efekt wzmożonego wydzielania testosteronu, a wyższy poziom tego hormonu oznacza większą wytrzymałość.

Jak pisze w książce „Szaleńcy u władzy” profesor psychologii politycznej Pascal de Sutter, wykładowca na Uniwersytecie w Leuven, u mężczyzn sukces zawodowy działa jak kolejny bodziec, ich potrzeby seksualne rosną. Według Wernera Habermehla z hamburskiego Instytutu Badań Medycznych intensywne życie erotyczne polityków pozytywnie wpływa na ich możliwości intelektualne. „Orgazm podnosi poziom endorfin i serotoniny, a te z kolei poprawiają wiarę we własne możliwości. Seks zapewnia organizmowi dużą umysłową gimnastykę”. W książce „Rosja carów” amerykański sowietolog prof. Richard Pipes pisze, że sami poddani domagali się od carów, by ci mieli wiele kochanek. Co więcej, kiedy rezygnowali z seksualnych przywilejów, to w oczach ludu okazywali się słabymi władcami.

Mechanizmy te nie działają jednak w przypadku kobiet u władzy. Po pierwsze, władcze kobiety mężczyzn nie pociągają. Jak tłumaczy seksuolog dr Andrzej Depko, wyraźnie obserwowany jest atawistyczny lęk mężczyzn przed silnymi partnerkami. Po drugie, jak utrzymuje prof. Sutter, kobiety, wchodząc do polityki, na ogół znacznie tracą zainteresowanie sferą erotyczną (choć są tu wyjątki, choćby rosyjskie caryce). Wiadomo, że pożądanie kobiet jest bardzo wrażliwe na stres, a w polityce trudno się bez niego obejść. Presja czasu, odpowiedzialność, trudne decyzje, ryzyko i kalkulacje często nie pozwalają kobietom na stworzenie atmosfery sprzyjającej zmysłowości. One nie potrafią i często nie chcą zadowolić się szybkimi przygodami.

Po trzecie wreszcie: o ile mężczyznom politykom takie relacje są szybko wybaczane, to przygody erotyczne polityczek – według wyborców – nie świadczą o nich najlepiej. Tę tezę potwierdza Roselyne Bachelot, minister w kilku francuskich rządach: „My kobiety w polityce prowadzimy życie zakonnic, niemal jak w klasztorze. Kobiety wiedzą, że trochę swobodniejsze życie miłosne byłoby wykorzystane przez ich przeciwników”.

Które kompetencje są najważniejsze?

Mamy więc z tą prywatnością spory kłopot. Prezydenci, premierzy, politycy z pierwszych szeregów opowiadający o rodzinnych kłopotach, robiący zakupy w dyskontach, spędzający wakacje nad Bałtykiem być może niektórym z nas pomagają wyrwać się z dołującego poczucia zwyczajności. Dzieląc się receptami na to, jak wyjść z życiowego zakrętu, dają nadzieję, że i my damy sobie radę. Ale to opowiadanie w kolorowych pismach o tzw. codziennym życiu znanych osób niesie ze sobą koszty, większe chyba od korzyści.

Nietykalna strefa prywatna polityków skurczyła się dramatycznie. Trochę na ich własne życzenie, a trochę z zapotrzebowania na jawność życia politycznego. Miała ona chronić przed nieuczciwością, podwójnymi standardami i hipokryzją. Tyle że potrzeba dowiedzenia się o politykach wszystkiego poszła w złym kierunku. I może zaszkodzić. Nie tylko politykom, również wyborcom.

Ci, którzy stają się celebrytami, tracą wiele ze swojej powagi, która do rządzenia krajem jest potrzebna. W kampaniach wyborczych coraz mniej miejsca zostaje na rozmowę o programach, ideach, poglądach. Ogromna liczba wyborców decyzje polityczne podejmuje na podstawie treści w istocie rozrywkowych. Choć mamy wrażenie większej transparentności, to jednak coraz mniej wiemy o tym, co naprawdę ma znaczenie dla rządzenia krajem.

Największy paradoks polega na tym, że choć w rodzinnych ustawkach polityków szwy widać już na pierwszy rzut oka, to publiczność te zabiegi docenia. Psychologowie mówią, że choć mało kto nabierze się już dziś na sztuczność, to premiujemy wysiłek polityka, że mu zwyczajnie chce się do nas dotrzeć. Trudno uwierzyć, by Grzegorz Napieralski odprowadzał swoje córki codziennie do szkoły, ale choć raz mu się chciało. Stanął przed fabryką i rozdawał rozpoczynającym pracę robotnikom jabłka (w kampanii prezydenckiej 2010 r.). Zdołał wstać o nieludzkiej porze – była 5 rano. Wyborcy docenili takie gesty, w I turze Napieralski był trzeci, zdobywając 13,7 proc. głosów. To naprawdę działa.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną