Instynkt macierzyński nie istnieje

Ktoś nowy
Urszula Sajewicz-Radtke o micie instynktu macierzyńskiego.
Instynkt macierzyński nie istnieje.
Unsplash

Instynkt macierzyński nie istnieje.

Urszula Sajewicz-Radtke
Leszek Zych/Polityka

Urszula Sajewicz-Radtke

Joanna Cieśla: – Co to jest instynkt macierzyński?
Dr Urszula Sajewicz-Radtke: – Czegoś takiego nie ma.

Na pewno?
Najprawdopodobniej. Instynkty – mówiąc najprościej – to pewne automatyzmy uwarunkowane biologicznie i charakterystyczne dla każdego przedstawiciela danego gatunku, które uruchamiają się w kontakcie z określonymi bodźcami. To tak, jak np. z polowaniem u kota: zwierzę zaczyna łowy, kiedy coś się rusza w zasięgu jego wzroku.

W myśleniu potocznym to właśnie instynkt macierzyński sprawia, że kobieta chce mieć dziecko, a gdy już je ma, to od początku rozumie jego potrzeby, wie, jak pielęgnować i karmić, no i automatycznie czuje do niego miłość, jeszcze przed porodem.
Tak, i oczywiście musi podjąć funkcje opiekuńcze – nie zostawi przecież dziecka. Dla tego akurat zjawiska moglibyśmy znaleźć potwierdzenie, bo nawet matki z depresją poporodową najczęściej podejmują opiekę nad potomstwem. Ale są też kobiety, które pozbywają się dzieci. Zostawiają je nawet nie w oknach życia, lecz gdzieś, gdzie stanie im się krzywda albo umrą. Są też takie, które nie chcą mieć dzieci. Nie dlatego, że nie mają pieniędzy albo czasu. Po prostu nie chcą. A istota instynktu polega na tym, że pojawia się on u wszystkich, bez żadnego treningu.

Może wspomniane przez panią przypadki to skutek jakichś zaburzeń instynktu?
Osobniki z zaburzeniami instynktu wymierają w procesie ewolucyjnym. Z drugiej strony pewne cechy, które występowały u naszych przodków, wygasły, bo nie były przystosowawcze. Zaburzenia tego domniemanego instynktu w kolejnych pokoleniach powinny więc występować coraz rzadziej. I w końcu w EBSCO, bazie literatury naukowej ze świata, nie ma żadnych badań dotyczących instynktu macierzyńskiego u ludzi. Oczywiście, jak coś nie było badane, to nie znaczy, że tego nie ma. Jednak brak podjęcia przez naukowców tego tematu może wynikać z dwóch przyczyn. Pierwsza to niezwykle trudna procedura badania lub brak narzędzi do pomiaru danej zmiennej. Druga to stan, w którym naukowcy na podstawie innych badań wiedzą, że stawiana teza jest nieprawdziwa, czyli nasza wiedza o kształtowaniu się przywiązania u ludzi właściwie wyklucza możliwość postawienia tezy o istnieniu instynktu macierzyńskiego (w rozumieniu biologicznym). Ewentualnie analizuje się pod tym kątem świnki morskie, szczury albo inne zwierzęta.

W jaki sposób?
Obserwuje się, co się dzieje w sytuacjach odrzucenia potomstwa. Albo podjęcia opieki nad młodymi, które nie są potomstwem biologicznym. Albo też przejęcia opieki nad młodymi innego gatunku. Sprawdza się, jak pojawiające się wtedy stany fizjologiczne mają się do stanów po pojawieniu się własnego potomstwa.

No właśnie, zwierzęta też czasem nie chcą się opiekować własnymi młodymi.
Nie do końca to rozumiemy. A widzimy takie tragedie choćby w ogrodach zoologicznych, gdzie młode są bardzo często odrzucane. Oczywiście wiemy trochę o zaburzonej gospodarce hormonalnej u zwierząt przetrzymywanych w sztucznych warunkach, wiemy, że w ogóle trudno jest rozmnażać zwierzęta w niewoli, ale co dokładnie się dzieje – nie wiemy. Trudno nam to interpretować, bo na ogół zakładamy, że zwierzęta nie mają życia psychicznego.

Może zatem instynkt macierzyński istnieje, tylko nie mamy narzędzi, żeby go badać?
Ja jednak jestem bliższa tezie, że nie ma w ogóle. W każdym razie nie ma dowodów na istnienie instynktu rozumianego jako po prostu potrzeba posiadania potomstwa. Ale można się zastanowić nad potrzebą opiekuńczości, chęcią przejmowania opieki, bez rozgraniczenia, czy to będzie własne dziecko, czy rodzic, czy dzieci innych ludzi, czy nawet obce osoby dorosłe. W taką potrzebę bardziej wierzę, ale też nie nazywałabym jej instynktem. W psychologii wolimy używać sformułowania popęd.

Co różni jedno od drugiego?
Jedna z ważniejszych różnic jest taka, że popęd może być wyuczony, czyli pewne czynniki społeczne wywołują potrzebę jakiegoś zachowania. Popęd opiekuńczy u kobiet może wynikać z oczekiwań otoczenia. Ale aby to sprawdzić, musielibyśmy przez lata przetrzymywać chłopców i dziewczynki w sztucznych warunkach i wychowywać ich równopłciowo. Byłoby to i niemożliwe, i nieetyczne.

Kiedy pojawił się koncept instynktu macierzyńskiego?
Na przełomie XIX i XX w., na fali teorii ewolucji Darwina, powstało wiele koncepcji wyjaśniających zachowanie człowieka przez odwołanie do biologii. W tym kierunku poszła zwłaszcza duża część francuskich naukowców. Przyglądali się przede wszystkim insektom, mrówkom, pszczołom, ale też niektórym gatunkom ssaków. Obserwowali, jak funkcjonują ich społeczności, i próbowali przekładać odkryte zasady na postępowanie ludzi. Przekonywali, że cała masa mechanizmów biologicznych determinuje ludzkie zachowanie.

A czy badacze albo teoretycy wpadli kiedyś na pomysł istnienia instynktu ojcowskiego?
O ile wiem, nie. Mamy coraz więcej badań na temat ojcostwa i roli ojców w opiece, ale wszystkie prace, które znam, dotyczą społecznej roli ojca – na przykład etapów, w których jego obecność jest bardziej lub mniej potrzebna do prawidłowego rozwoju dziecka – albo wpływu obecności ojca przy porodzie na więź z dzieckiem.

Czyli nurt myślenia uruchomiony przez teorię Darwina dobrze wpasował się w ludowe, konserwatywne i patriarchalne postrzeganie roli kobiety?
Oczywiście. Zresztą tłumaczenia ludzkich zachowań mechanizmami ściśle biologicznymi dość szybko i ostro zaczęły kwestionować ruchy feministyczne. Później etolodzy badający ssaki naczelne zwrócili uwagę, że u tych zwierząt nie zawsze działają mechanizmy obserwowane u innych gatunków. Klasyczne są badania Harry’ego Harlowa na rezusach. Jego zespół oddzielił młode małpki od biologicznych matek i umieścił w klatkach z dwiema wykonanymi z drutu atrapami dużych małp. Jedna była dodatkowo pokryta futrem, a więc ciepła i miękka – a druga nie, ale za to ona wydawała młodym jedzenie. Z jakiegoś powodu młode wolały spędzać czas z tą ciepłą i miękką niż z tą, która kojarzyła się z pokarmem. Tymczasem pierwsze poglądy dotyczące przywiązania mówiły, że powstaje ono tylko poprzez zaspokojenie podstawowych potrzeb i po to, by były one nadal zaspokajane – że dziecko ma być nakarmione, ma mieć sucho, i tyle. Zakwestionował to słynny psychiatra i psychoanalityk John Bowlby, zwracając uwagę, że to nie wystarczy. Że konieczna jest jeszcze responsywność emocjonalna, reagowanie i odpowiadanie adekwatnymi emocjami.

Czyli to samo co empatia?
Nie. Bo ktoś może rozumieć, co czuje druga osoba, ale na to nie reagować. Wielkie znaczenie responsywności to kolejny fakt, który przeczy istnieniu instynktu. Bo jeśli wszystko rozgrywałoby się na poziomie procesów biologicznych – automatycznych i niemożliwych do podważenia, to responsywność nie byłaby potrzebna. A jest – także do intelektualnego rozwoju dzieci, który we wczesnym okresie jest ściśle sprzężony z rozwojem emocjonalnym. Badania wykazały, że dzieci matek depresyjnych, których responsywność jest słaba, rozwijają się gorzej niż dzieci matek bez depresji. Na podobnej zasadzie wszystkie badania dotyczące późniejszych etapów budowania przywiązania przeczą koncepcji biologicznej potrzeby posiadania dzieci i uruchamiającego się automatycznie oprogramowania do ich obsługi. Teraz jesteśmy w idealnym momencie, by wreszcie o tym mówić. Kiedyś kobieta nie bardzo miała wybór drogi życiowej i to pokutuje do dziś. Często słyszę od młodych dziewcząt: Wyjdę za mąż i będę miała dzieci. Czasem pytam: A chcesz mieć te dzieci? I dostrzegam zaskoczenie, że ta kwestia w ogóle jest poruszana.

Skoro to nie biologiczny automatyzm, od czego zależy, czy miłość matki do dziecka się uruchomi?
Od relacji kobiet z ich własnymi rodzicami, stylu przywiązania do partnera, poziomu stabilności emocjonalnej i samoświadomości oraz wielu innych czynników. Ten obszar jest opisywany przez co najmniej kilka teorii. Jedna z nich dotyczy gotowości opiekuńczej. Kiedyś uznawano, że okres krytyczny dla jej kształtowania, czyli czas, kiedy dziecko i matka muszą doznawać bliskiego kontaktu fizycznego, to 12 godzin po porodzie. Później naukowcy stwierdzili, że to raczej godzina lub dwie. Moim zdaniem to zbyt krótko – wcześniaki czy noworodki chore, które nie mają możliwości przytulenia się do matki bezpośrednio po porodzie, byłyby z góry pozbawione możliwości nawiązania takiej więzi. Jednak teoria gotowości opiekuńczej utorowała drogę dla bardzo wielu pozytywnych procesów, jak choćby ten, że na większości oddziałów porodowych kładzenie dziecka na matkę do kontaktu skóra-skóra po porodzie stało się standardem. Na mądrze kierowanych oddziałach położniczych ten czas wydłuża się do maksimum, odkładając pomiary główki, ważenie itp. na później, żeby ta gotowość opiekuńcza u mamy mogła się pojawić. To dobrze udokumentowana teoria, uwzględniająca moment wydzielania się odpowiednich hormonów, potrzeby matki, ale też dziecka, tak by lepiej przebiegała laktacja i dziecko miało lepszą odporność. To ważne, by matka mogła sobie stworzyć autentyczną mentalną reprezentację dziecka.

Co to znaczy?
Przyszli rodzice w trakcie ciąży zawsze jakoś sobie swoje dziecko wyobrażają. I zawsze obraz rzeczywisty od tego wyobrażenia w jakimś stopniu odbiega. Stwierdzono i taką zależność, że jeśli matka nie ma możliwości zbudowania sobie prawdziwego obrazu, skonfrontowania oczekiwania z rzeczywistością, to jest bardziej podatna na depresję poporodową. Dziecka trzeba się nauczyć. To jest nowa osoba. Dlaczego jeśli w pracy się pojawia ktoś nowy, to dajemy sobie czas na jego poznanie, a gdy się pojawia niemowlę, oczekujemy, że będziemy je znać od razu?

Wielu sądzi, że i to sprawia instynkt macierzyński.
Uspokójmy kobiety: dziecko można i trzeba poznać. Dowiedzieć się, co znaczy jedna mina, a co inna, co znaczą różne rodzaje płaczu. To wymaga czasu. Danie kobietom przestrzeni do nawiązania bliskiej więzi z noworodkiem, co w konsekwencji wywołuje potrzebę bliskości, jest najistotniejsze. A wciąż nie takie oczywiste. W gabinecie często spotykam się z matkami, które cierpią, ponieważ nie lubią swoich dzieci. Urodziły je, wypełniają wszystkie funkcje opiekuńcze, ale trudno im spędzać z nimi czas. Dziecko je wkurza, denerwuje, uważają, że jest podobne do kogoś, kogo nie lubią.

Jak się pracuje w takich sytuacjach?
To jest bardzo trudne. Zastanawiamy się nad emocjami tych kobiet także w oderwaniu od dziecka – kiedy te negatywne się pojawiły i co one im robią. Jak kształtowały się ich więzi z rodzicami, jaka jest rola i pozycja dziecka w ich rodzinie pochodzenia. A później pracuje się podobnie jak z dwoma przedszkolakami, które muszą się zaprzyjaźnić. To długi proces, niezwykle bolesny. Muszę poświęcić dużo czasu i wysiłku, żeby klientka zaufała mi na tyle, by wypowiedzieć społecznie nieakceptowalną myśl: Nie lubię swojego dziecka. Ale przyznanie się jest niezwykle oczyszczającym doświadczeniem.

To chyba jedno z największych kulturowych tabu.
Tak, bo wychowywanie dzieci nigdy nie było tak bliskie jak jest teraz – były nianie, mamki, babcie, ciocie, podwórka, cała społeczność pomagała. Teraz bardzo często kobiety zostają z dzieckiem sam na sam, w ogromnym poczuciu samotności i opuszczenia, bez wsparcia i wiedzy, za to z przeświadczeniem, że wszystko, co potrzebne, powinno w nich jakoś automatycznie zaklikać.

A jeśli nie zaklika, to są nienormalne?
No właśnie. Zamiast wmawiać kobietom, że mają obudzić w sobie instynkt macierzyński, lepiej byłoby skupić się na uczeniu pewnych strategii wychowawczych. Żeby szkoła rodzenia nie była skoncentrowana tylko na oddychaniu w trakcie porodu, podstawowej pielęgnacji noworodka, ewentualnie doborze zdrowego materacyka i właściwych ciuszków. Najważniejsze, co trzeba przemyśleć, to jakim nasze dziecko ma być człowiekiem. Asertywnym czy niekoniecznie, przebojowym czy raczej wyciszonym. Gdybyśmy w ten sposób przygotowywali dorosłych do myślenia o rodzicielstwie, nie mielibyśmy tak wielu problemów psychicznych i u dzieci, i u ich rodziców. Dziś największe zaskoczenie na twarzach rodziców widzę, gdy pytam ich o cel wychowawczy. Część rodziców nie wychowuje, tylko hoduje dzieci, chaotycznie gasząc bieżące pożary. Do bycia rodzicem potrzebne jest myślenie i świadoma refleksja, a nie wyczekiwanie, aż wystartuje w nas jakiś biologiczny program.

rozmawiała Joanna Cieśla

***

Rozmówczyni jest psychologiem, absolwentką Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego. Pracuje w Specjalistycznej Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej Tęcza w Gdańsku. Specjalizuje się m.in. w systemowej terapii rodzin.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną