O trudnej sztuce rozmawiania z dziećmi

Nie wpuszczaj szakala
Jak rozmawiać z dzieckiem, żeby robiło to, co uważamy za słuszne.
Spełniony i zadowolony rodzic ma więcej sił, cierpliwości i ochoty, by wsłuchać się w potrzeby dziecka i dać mu niezbędne poczucie ważności.
joSon/Getty Images

Spełniony i zadowolony rodzic ma więcej sił, cierpliwości i ochoty, by wsłuchać się w potrzeby dziecka i dać mu niezbędne poczucie ważności.

Joanna Berendt
Piotr Małecki/Polityka

Joanna Berendt

Polityka, BE&W

Posłuszeństwo to sytuacja, w której człowiek spełnia prośby innych bardzo dużym kosztem siebie. Za chęcią, aby dzieci były posłuszne, stoją dobre intencje i ważna rodzicielska potrzeba zapewnienia im bezpieczeństwa. Problem polega na tym, że zbyt mocno przywiązują się do jednej strategii zaspokojenia tej potrzeby i nie wierzą, że inne sposoby mogą zadziałać.

Czy stawiać wyraźne ograniczenia?

Prawie wszyscy rodzice, z którymi się ostatnio spotykam, walczą z dziećmi o tablety. Ograniczają kompromisowo czas z tabletem do godziny, a potem i tak muszą go dziecku wyszarpywać. Radzę, aby porozmawiali z dzieckiem o tym, dlaczego tablet jest ważny. Może chodzi tylko o zabawę, może jest to symbol jego przynależności do grupy rówieśniczej. A może nie chce go oddać, bo w ten sposób zaspokaja swoją potrzebę samodecydowania.

Jednak to, że dziecko zostanie wysłuchane, nie znaczy, że jego zachcianki muszą być spełnione. Trzeba utwierdzić dziecko, że jego stanowisko jest ważne i jako rodzic chciałbym, żeby miało to, na czym mu zależy. Ale jednocześnie wskazać, że pewne ograniczenia – np. nieprzekraczalna godzina – być muszą. Choćby wynikające z troski o jego dobrą przyszłość, której wiele godzin z tabletem mu raczej nie zapewni. Ustępstwo może polegać na propozycji dodania pół godziny na grę w planszówki, czyli spędzenie czasu razem.

Inny przykład: często rodzice stawiają nastolatkom granice w stylu „zawsze o godzinie 21 musisz być w domu”. Spójrzmy na to z perspektywy potrzeb. Być może rodzic nie chce się o dziecko martwić, być może zależy mu na bezpieczeństwie albo własnym odpoczynku. Nastolatek chce chodzić na imprezy. Jeśli wypracują kompromisową godzinę 23 na powrót z imprezy, to i tak nikt nie będzie zadowolony (bo rodzic dłużej będzie się martwił, a dziecko wyjdzie z imprezy przed wszystkimi). Są inne możliwości: można dać mu pieniądze na taksówkę, można się umówić, że będzie dzwonić co godzinę, by zapewnić, że wszystko jest w porządku.

Czy stosować system kar i nagród?

Rodzice bardzo często boją się utraty kontroli nad dziećmi. Chcą być dla nich autorytetem i wydaje im się, że mogą to osiągnąć jedynie za pomocą kar i nagród. Tymczasem nie można zmusić do współpracy, wywołując strach przed karą. Na początku to jakoś działa, ale jaka może być kara dla 15-latka? Obcinanie kieszonkowego? Pójdzie dorabiać w fast foodzie. Areszt domowy? Wyjdzie oknem albo wyprowadzi się z domu.

Zachętą nie powinna być też nagroda. Dziecko może i będzie wyrzucać śmieci, ale zawsze zapyta o coś w zamian. Granie z dziećmi w transakcje nie rozwija w nich motywacji wewnętrznej.

Czy mówić „mamie jest smutno, bo...”?

Czasami mamy mówią: „Mama się złości, bo nie jesz zupy” albo „Mamie jest smutno, bo nie pościeliłeś łóżka”. A to nieprawda. Przecież dziecko widzi, że czasami jak nie pościeli łóżka, to mama się nie złości. Jej uczucia wynikają z zaspokojenia bądź niezaspokojenia potrzeb. Chodzi o to, by dorosły miał ich świadomość, umiał nazwać swoje emocje i brał je pod uwagę przy konstruowaniu konkretnych pozytywnych próśb. To trochę tak jak z maską tlenową w samolocie: najpierw przecież dorosły nakłada ją sobie, a dopiero później dziecku. Z pozoru to zaskakująca instrukcja, nasuwa skojarzenia ze złą matką czy ojcem, bo oto dziecko nie ma tlenu, a rodzic zamiast o nie dba o siebie. Jednak jest w tym ogromna mądrość. Przecież aby zadbać o dziecko, rodzic musi mieć siłę.

Warto zatem zadbać o siebie i własne potrzeby z taką samą troską, jaką odczuwa się wobec swoich dzieci. Spełniony i zadowolony rodzic ma więcej sił, cierpliwości i ochoty, by wsłuchać się w potrzeby dziecka i dać mu niezbędne poczucie ważności.

Tak łatwiej budować relację z dzieckiem, bez wzbudzania u niego poczucia winy albo zmuszania do brania odpowiedzialności za nastroje dorosłych. Gdyby wszyscy wzięli odpowiedzialność za swoje uczucia i zauważali je u innych – ja czuję, bo ja potrzebuję, ty czujesz, bo ty potrzebujesz – świat byłby dużo bardziej przyjazny.

Co to jest i jak stosować strategię NVC?

Moim zdaniem skuteczną strategią jest Porozumienie bez Przemocy (NVC Nonviolence Communication) stworzone przez Marshalla Rosenberga, w której chodzi o to, by mówić w taki sposób, aby druga osoba usłyszała dokładnie to, co chce się powiedzieć, a kluczową intencją jest kontakt. Symbolami używanymi do ilustracji NVC są żyrafa i szakal. Szakal mówi o swoich potrzebach w sposób bardzo zawoalowany, jest drapieżnikiem, który zawsze chce mieć rację. Jego język to język oceny, krytyka. Straszy karami i kusi nagrodą. Żyrafa ma największe serce wśród ssaków lądowych i patrzy na świat z szerokiej perspektywy. Posługuje się językiem uczuć i potrzeb. Wyraża siebie jasno i szczerze. W czasie rozmowy nastawia się na słuchanie i na bycie przez drugiego usłyszanym.

W NVC istotny w budowaniu kontaktu jest model czterech kroków. Pierwszy: wszystkie oceny i osądy powinni wynikać z tego, co człowiek rzeczywiście widzi i co słyszy. Nie można więc powiedzieć do dziecka „jesteś bałaganiarzem”, tylko „widzę, że w tym tygodniu nie posprzątałeś w pokoju, a przecież ostatnio to ustaliliśmy”. Drugi: trzeba mówić o uczuciach, jakie taka sytuacja w rodzicu wywołuje („jestem na ciebie zła, czuję smutek i bezsilność”). Trzeci: rodzic powinien powiedzieć, jakie jego potrzeby są w związku z tym niezaspokojone (porządku w domu). Czwarty: powinien sformułować prośbę o zastosowanie się do ustaleń, którą warto skończyć zaproszeniem do kontaktu („Co ty o tym myślisz?”).

Jeśli dziecko mówi na to „nie będę sprzątał”, nie można mu przykleić etykietki „niegrzeczne”. Trzeba je wysłuchać, dowiedzieć się, co stoi za jego sprzeciwem. Może chce zamanifestować potrzebę autonomii, samostanowienia, wolności (szczególnie w okresie nastoletnim), a być może wsparcia. Jeśli potrzeby rodzica i dziecka są rozbieżne, warto się zastanowić, jak je jednocześnie spełnić. Strategii jest kilka: dziecko może posprzątać wieczorem, można to zrobić razem z nim, można w końcu zasugerować dziecku, żeby ze swoich oszczędności zapłaciło komuś, kto za nie uporządkuje pokój.

Czy zawsze stawiać na swoim?

Rodzice często używają argumentu: mój dom, moje zasady. To jest rodzaj przemocy, bo występują z pozycji osób, które wiedzą, że mogą przeforsować wszystko, bo mają władzę. Do pewnego wieku dziecko może, wbrew sobie, zrobić wszystko, co rodzic zechce. Trzeba mieć jednak świadomość, że w takiej sytuacji nie da się zbudować z nim dobrej relacji. Kiedy jego potrzeba autonomii cierpi, to do pewnego momentu siedzi cicho, aż w końcu powie: teraz wam pokażę! Bunt rozwojowo jest ważny, bo sprawia, że dziecko powoli oddziela się od rodziców, ale jeśli jego potrzeby są w rozsądny sposób zaspokojone, może mieć łagodny przebieg. Nie przybierać formy zemsty.

Neurobiologicznie, kiedy człowiek jest w silnych emocjach, kierują nim przede wszystkim odruchy pierwotne: akcja, walka, ucieczka lub zamrożenie. Nie ma bowiem pełnego dostępu do kory nowej mózgu, która jest odpowiedzialna za empatię, wartości i kreatywne szukanie rozwiązań. Co rodzic może w takim momencie zrobić? Maksymalnie zadbać o wyciszenie tych emocji. Może powiedzieć: „Widzę, że masz zaciśnięte dłonie, złościsz się, chyba dzieje się z tobą coś bardzo ważnego. Może chodzi ci o to lub o to?”. Kiedy dziecko się uspokoi, będzie czas na rozmowę o wartościach takich, jak szacunek, porozumienie i dostrzeganie potrzeb obu stron. Rodzic powinien pamiętać, że nie ma złych i dobrych emocji. Każda jest ważną informacją o kłopocie dziecka. Kiedy rzuci „Uspokój się!”, problem nie zniknie, a jeśli nawet dziecko się wyciszy, to tylko na chwilę.

Zapytałam kiedyś syna, czy może opróżnić zmywarkę, bo jestem bardzo zmęczona. On na to: „Muszę?”. Powiedziałam, że nie musi, ale bardzo by mi pomogło, gdyby to zrobił, choć rozumiem, że w tej chwili może mu się nie chcieć. I w tym momencie on ją opróżnił, bo wiedział, że został usłyszany. Oczywiście czasami dziecko powie, że teraz np. gra i nie będzie układało talerzy, ale wtedy można zaproponować: „Zrobię to sama, a ty, jak skończysz, nakarmisz koty”.

Porozumienie bez przemocy to wciąż na nowo podejmowana próba kontaktu i rozmowy. Budowanie każdego dnia kultury dialogu i brania siebie wzajemnie pod uwagę bez względu na domową hierarchię. Rodzice powinni mówić dzieciom o swoich potrzebach i zapewniać je, że wsłuchują się w ich potrzeby. Jeśli dzieci żyją w starym paradygmacie, nie uwierzą tak od razu, że ich zdanie jest na serio brane pod uwagę. Być może na początku będą chciały wziąć więcej, niż rodzicom się podoba, bo wcześniej bardzo dużo oddały. Ale kiedy zobaczą, że rodzice naprawdę chcą się z nimi porozumiewać, odpłacą tym samym. Z miłości i z szacunku.

***

Joanna Berendt, certyfikowana trenerka Porozumienia bez Przemocy, współautorka (z Magdaleną Sendor) książki „Dogadać się z dzieckiem. Coaching, empatia, rodzicielstwo?” oraz autorka „Przyjaciele żyrafy. Bajki o empatii” odpowiadała na pytania Anny Dąbrowskiej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną