Trudne polityczne rozmowy przy rodzinnych stołach

Mur ze znaczeń
Prof. dr hab. Włodzimierz Gruszczyński o tym, jak polityka podzieliła Polaków na dwa społeczeństwa mówiące osobnymi językami.
Mirosław Gryń/Polityka

Prof. dr hab. Włodzimierz Gruszczyński
Leszek Zych/Polityka

Prof. dr hab. Włodzimierz Gruszczyński

Poniższy tekst ukazał się w Poradniku Psychologicznym „Ja My Oni” w sierpniu 2016 r.

Katarzyna Czarnecka: – „Mój dom murem podzielony” – napisał w 1987 r. w piosence „Arahja” Kazik. Odnosił się, co prawda, do muru berlińskiego, ale dziś można te słowa odnieść do sytuacji w Polsce.
Włodzimierz Gruszczyński: – Niestety. Polacy nigdy nie byli jednomyślni, ale teraz w zasadzie mówimy dwoma różnymi językami.

Co do tego doprowadziło?
Polityka. A właściwie specyficzne wykorzystanie języka polityki, bo wszyscy mówimy jednak po polsku. Wystarczy z kimś, kogo się nie zna, zamienić kilka zdań dotyczących szeroko rozumianej sfery publicznej, i nawet jeżeli nie padną żadne deklaracje, to po użyciu pewnych słów, a szczególnie z odpowiednią intonacją, od razu wiadomo, z kim mamy do czynienia.

To chyba dość naturalne w każdej społeczności.
Otóż nie. Mam mnóstwo przyjaciół w Szwecji, ale o przeważającej większości nie umiem powiedzieć, jakie mają poglądy i na kogo głosowali w ostatnich kilku wyborach. Tam rozmowy na tematy polityczne, nawet w rodzinie, są absolutnie zakazane. Zadanie w towarzystwie pytania o poglądy jest niewybaczalnym faux pas.

Szwedzi nie ekscytują się polityką tak jak Polacy, czy po prostu dbają o swoje zdrowie psychiczne?
Ani to, ani to. Po prostu uważają, że to jest prywatna sprawa każdego człowieka. Podobnie zresztą traktują religię. Ja mam swój rozum i swoje poglądy – mówią. To moje terytorium i wara od niego całemu światu. Nie wchodzę na twoje pole i ty nie waż się wchodzić na moje.

W tym ostatnim poniekąd jesteśmy podobni.
Nie powiedziałbym. Po pierwsze, przecież teraz bez przerwy próbujemy dociec, kto co myśli, bo poglądy stały się kwestią tożsamościową. Po drugie – i ważniejsze – nasze rozmowy nie są zwykłą wymianą poglądów. Jest jak w dowcipie. Salon samochodowy w Genewie. Przedstawiciel ZSRR prezentuje supersamochód, ale jakoś nie bardzo chce pokazać, co jest pod maską. W końcu amerykański dziennikarz podnosi tylną i przednią i krzyczy: „Ale tu nie ma silnika”. Na to Rosjanin odpowiada: „A u was to Murzynów biją”. Tak rozmawiamy. Kiedy zabraknie argumentów albo ktoś wykaże, że nie mamy racji, to się nie poddajemy, tylko mu z zupełnie innej beczki przywalamy. Przez to następuje jeszcze większa polaryzacja. A wydaje się, że już coś tak w nas pękło, że jesteśmy niemal jak Tutsi i Hutu. W jednym państwie dwa plemiona.

Polacy nigdy nie mieli specjalnego zaufania do polityków

Z opublikowanego w 2013 r. przez CBOS raportu wynika, że młodzież uważa, iż dbają oni jedynie o swoje kariery (92 proc.), a partie polityczne nie reprezentują nie tylko interesów, ale też poglądów zwykłych ludzi (68 proc.). Dlaczego zatem zaczęli mówić ich językiem?
Jeśli chodzi o młodzież, to może wyglądać na paradoks. W pokoleniu wczesnych 30-latków przeważającą większość stanowią ludzie, którzy programowo nie mają telewizora, a kontakt z internetem ograniczają do spraw zawodowych, hobbystycznych czy ogólnokulturowych. Oni często nie bardzo wiedzą nawet, kto w Polsce rządzi, bo się od tego odcinają. Duża część nie uczestniczyła zresztą w wyborach.

Ale też pokolenie 20-, 30-latków nie ma treningu z okresu PRL: czytania między wierszami, domyślania się, wyciągania wniosków o ważności informacji na podstawie umiejscowienia jej na kolumnie gazety itd. W PRL mieliśmy to zaszyte głęboko pod skórą i intuicyjnie wiedzieliśmy wszystko; wtedy polskie społeczeństwo było na język propagandy wyczulone. Dziś ogromna jego cześć jest wobec propagandy bezbronna. Ci, którzy PRL nie doświadczyli, ale też ci, którzy o tym wszystkim zapomnieli, albo przyjmują słowa polityków z pełną wiarą i brakiem krytycyzmu, albo wieszają na nich psy. To jest tragedia, która powoduje, że ciągle się rozchodzimy. Przede wszystkim chodzi o wartościowanie tych samych słów, ale też nazywanie faktów. Choćby dotyczących Smoleńska. Wystarczy jedno zdanie: zginęli w katastrofie albo polegli. I wszystko jasne.

Niekiedy te same słowa co innego dla różnych osób znaczą.
Tak, przykładem niepolitycznym są wyrazy przyjacielprzyjaciółka. One przestały znaczyć tyle co angielskie friend. Jeżeli facet mówi, że ma przyjaciela, to często jest to odbierane, jakby deklarował się jako osoba nieheteroseksualna. Słowo przyjaciółka zaczęło zaś funkcjonować w znaczeniu „kochanka”.

Istnieją też słowa partnerpartnerka, które w zachodnim świecie są używane dla określenia bliskiej relacji niemałżeńskiej. W Polsce sformułowanie związek partnerski nie jest dobrze przyjmowane.
No tak. Mamy również słowa konkubentkonkubina. Słownikowo oznaczają one po prostu osoby żyjące w niezalegalizowanym związku. Ale mają fatalne konotacje, bo zazwyczaj tak się pisało w komunikatach policyjnych czy sądowych. Nie zostały więc przez społeczność przyjęte, bo kojarzą się z marginesem społecznym. Partnerpartnerka nie zyskały zaś aprobaty środowisk bliskich Kościołowi, bo „życie na kocią łapę” to przecież grzech. I w ten sposób na poziomie językowym nie zostało nic. Ale to nie jest tak groźne, jak to, co się dzieje z „dużymi” słowami.

Dla jednych Unia Europejska to jest coś bardzo dla Polski pozytywnego i pożądanego, dla innych – coś, co nasz kraj gnębi, okupant. Podobnie ze słowem demokracja: jedna strona rozumie je jako bezapelacyjne rządy większości, bez liczenia się ze zdaniem mniejszości, druga uważa, że najważniejszy jest w niej właśnie szacunek dla mniejszości. Albo patriotanacjonalista – części polskiego społeczeństwa jedno zaczęło już jednoznacznie kojarzyć się drugim.

A nawet z faszyzmem.
Tak. Efekt jest taki, że ja, który przez większość swojego życia czułem się po prostu patriotą, w tej chwili mam problem. Kiedy mam użyć wobec siebie tego słowa, czuję, że muszę co najmniej dodać, że chodzi mi o patriotyzm w rozumieniu pozytywistyczno-romantycznym.

Wszystkie ważne słowa zostały przez jedną ze stron zawłaszczone i zreinterpretowane. Słowo patriotyzm używane jest przez obóz władzy w odniesieniu do określonego typu manifestacji miłości do ojczyzny, w czym duża część społeczeństwa się nie mieści. W odpowiedzi zaczęto je zatem stosować w ironicznym cudzysłowie. To samo słowo jest więc używane z jednej strony do wykluczania, z drugiej do ośmieszania.

Stały się trzy bardzo złe rzeczy. Po pierwsze, politycy usankcjonowali swoje ujadanie. Po drugie, doprowadzili do tego, że obydwie strony zaczęły ujadać. Po trzecie, zachwiali poczuciem wspólnoty, bo wiele słów, które nieomal chciałoby się pisać wielkimi literami i które powinny mieć dla wszystkich to samo pozytywne znaczenie, zaczęło być niewygodne i podejrzane. I to ostatnie jest najgorsze, to prawdziwy dramat naszego języka.

Jak doszło do podziału

Laura Polkowska, której książkę omawiamy na s. 80, po przeanalizowaniu wystąpień parlamentarzystów w latach 2001–07, zauważyła, że o ile w języku lewicy w przewadze jest argumentacja racjonalna, o tyle w prawicowym dominują argumenty odwołujące się do emocji.
Po pierwsze, dziś trudno używać starego podziału lewica–prawica. Nasze formacje polityczne powędrowały dziwnymi drogami. Druga rzecz: każde zastosowanie języka w celach perswazyjnych, jeśli ma być skuteczne, musi oddziaływać na emocje odbiorców. To jest uniwersalna metoda – działa na wykształconych, ale przede wszystkim na tych mniej wyedukowanych, do których racjonalność nie dociera. Z tymi zastrzeżeniami zgadzam się z Laurą Polkowską. Na demonstracjach KOD czy na forach sympatyków opozycji pojawia się bardzo dużo emocjonalnych komunikatów, ale to, co robił jeszcze w opozycji i robi teraz obóz rządzący, to majstersztyk perswazyjny. Widać to po słupkach poparcia, które od wyborów utrzymują się na tym samym poziomie, a czasem wręcz rosną. Retoryka ma trzy zasadnicze cele: utwierdzać w przekonaniach tych, którzy są po stronie mówcy, przeciągnąć na swoją stronę tych, którzy się wahają, i ewentualnie wpływać na najsłabszych po drugiej stronie. W tej chwili znakomita większość polityków stara się utwierdzać swoich. Nie ma miejsca na rozmowę merytoryczną, bo nieustannie trwa rywalizacja i „szczekanie” na siebie.

Prof. Andrzej Leder w „Prześnionej rewolucji” pisze: „W Polsce zawsze było i jest wielu ludzi, którzy czują się – słusznie czy nie – skrzywdzeni i traktowani niesprawiedliwie. W związku z tym pragną odwetu. A także języka, który to pragnienie wyraża”. Czy obecna władza dała ludziom ten język?
Zdecydowanie. Najważniejszym jego elementem jest figura wroga. Trzeba dać ludziom kogoś, na kogo można zwalić wszystkie dotychczasowe klęski. Kogoś, kto nami rządzi, czyli jest krwiopijcą. My, Polacy, jesteśmy dobrzy, w zasadzie bez wad, nigdy nie występowaliśmy przeciwko sąsiadom itd. To wszyscy naokoło tylko czyhają na to, co my w najlepszej wierze wypracujemy. Jeżeli coś nam się nie udaje, to nie dlatego, że jesteśmy słabi i niekompetentni, tylko dlatego, że ktoś nam przeszkadza. I to są ci oni. Ci źli. Ci obcy. Ostatnio szczególnie imigranci.

Ale „ci oni” to także część Polaków?
Oczywiście. Ci, którzy są za Brukselą. Albo ci, którzy chcą wpuszczać tych brudasów i terrorystów. To są zdrajcy i trzeba ich wieszać. Czyż to nie zostało już powiedziane? Myślę, że figura zdrajcy będzie coraz mocniej eksploatowana wobec tych, którzy usiłują przeszkadzać „dobrej zmianie”. Trzeba stwarzać wrażenie konfliktu i to wywołanego przez kogoś z tamtej strony, żeby sprawiać wrażenie, że nasza kochana ojczyzna, nasza wolność, nasz spokój, bogactwo, dzieci, my jesteśmy zagrożeni. Bo wtedy władza może powiedzieć: „My sobie mimo wszystko damy radę, nie oddamy ani guzika. Żeby to zrobić, każda metoda jest dobra”. I jest duża szansa, że przy takim poziomie emocji zostanie zaakceptowana.

Ludzie z obozu rządzącego grają zresztą na emocjach nawet wobec siebie, bo im się wydaje, że już wszystko mogą powiedzieć i wszystkiemu zaprzeczyć. Jak powiedział któryś z komentatorów i ja się pod tym podpisuję – udało im się zrobić coś zupełnie niewyobrażalnego: mają pełnię władzy, a zachowują się tak, jakby byli w opozycji. Wszystkie winy za byłą i obecną sytuację ciągle przypisują wrogom. Stawiają kontrę rzeczywistości, którą sami kształtują.

Nadal za pomocą języka?
Tak. Przykładem są niektóre słowa czy zwroty, których używa Jarosław Kaczyński w swoich przemówieniach. Można odnieść wrażenie, że mu się przypadkiem wymsknęły. Ale to świadoma polityka. Np. demonstrację KOD 4 czerwca nazwał rebelią. A to słowo, które wszystkim Polakom, bez względu na przekonania, kojarzy się negatywnie. Jednocześnie wobec własnych działań, które budzą niechęć drugiej strony, stosuje określenia, które są co najmniej neutralne, a jeszcze lepiej – pozytywne. To stara zasady klasycznej retoryki, nie tylko politycznej: nazwij brzydką rzecz ładnymi słowami, a zyska ona sympatię. Stary przykład prof. Walerego Pisarka z jego „Nowej retoryki dziennikarskiej”: kiedy angielscy rybacy zaczęli łowić ryby, które nazywały się w ichtiologii dogfish, pojawił się problem. Bo czegoś takiego nie da się sprzedać na targu. No chyba, że się rybce zmieni nazwę na rock salmon (skalny łosoś).

A po co Jarosław Kaczyński użył trudnego słowa animalny?
Ono kojarzy się ze zwierzętami, z anormalnością, z minimalnością. Świetne słowo z punktu widzenia prezesa. W retoryce politycznej nie chodzi o to, by słuchacz zrozumiał. To się nie liczy. Ważne, by uwierzył. By wzbudziły się w nim takie emocje, że zrobi to, czego polityk chce. Lepiej, żeby nie rozumiał, bo jak zrozumie, to może być kłopot.

15 lat temu zrobiłem ze studentami ćwiczenie: które pierwsze strony gazet są najmniej zrozumiałe? „Wygrały” „Nasz Dziennik” i „Trybuna”. Bo obie miały nie tyle informować, ile przekonywać. W książkach Wiecha mamy stare warszawskie przekleństwa. One nie były wulgarne. „A żesz ty bramaputro” – wyzywał jeden drugiego. Bo nieważne, co to znaczy. Ważne, jakim tonem jest powiedziane i w jakim kontekście. Co z tego, że 90 proc. publiczności nie wie, co to znaczy animalny, gdy wiadomo, o co chodzi: że gorzej być nie może. I tyle.

Obelg czy języka nienawiści używa się także pośrednio. A właściwie nie przeszkadza się tym, którzy niejako za władzę je rzucają. Jakieś słowa padają na demonstracjach nacjonalistycznych, ktoś pali kukłę Żyda. Obóz rządzący tego nie powie i nie zrobi, ale jak ktoś go wyręczy, to się go nie tępi, nie piętnuje jako antysemity. W ten sposób zrzuca także z siebie odpowiedzialność za zaostrzenie debaty publicznej, a co ważniejsze – łatwiej powiedzieć w razie czego, że np. odmawiając przyjęcia imigrantów, tylko spełnia się wolę suwerena.

Jarosław Kaczyński powiedział, że trzeba zmienić władze w Warszawie, bo „dobra zmiana” musi też dotrzeć do stolicy. Zabrzmiało to groźnie.
Jedni słyszą w tym ironię albo groźbę, dla drugich to „dobra zmiana” naprawdę. Cóż, przecież to jest Orwell. U niego jeżeli ktoś mówił: „Zainteresują się tobą ludzie z ministerstwa miłości”, oznaczało to straszenie. Oczywiście autor wypowiedzi by się oburzył: „Broń Boże, nie straszę, przecież to jest ministerstwo miłości”. Dla Jarosława Kaczyńskiego sformułowanie „dobra zmiana” może być pozytywne i jednocześnie stanowić narzędzie manipulacji: „Uważajcie!”. On wie, że na stronę liberalną to określenie działa jak płachta na byka. To jednocześnie potwierdzanie opinii we własnym elektoracie i grożenie palcem nieprzychylnym. Elementarny chwyt. Czysta propaganda.

Blisko nam do świata „Roku 1984”?
Zaczynamy się do niego zbliżać, bo każde z żyjących w naszym kraju społeczeństw coraz bardziej się izoluje. Czy zna pani choć jedną osobę, która kupuje „Politykę” i „wSieci”, „Gazetę Wyborczą” i „Nasz Dziennik”? Za PRL, jeśli słuchałem Radia Wolna Europa czy BBC, to przede wszystkim po to, by konfrontować informacje. Wiedziałem, co się dzieje na ulicach, wiedziałem, co pisała „Trybuna Ludu”, „Życie Warszawy” czy „Sztandar Młodych”, i porównywałem to z tym, co mówili w zagranicznych stacjach. Dziś czytam swoją gazetę i nie interesuje mnie, co piszą media Rydzyka. To samo robi człowiek, który czyta „Nasz Dziennik” i ogląda Telewizję Trwam. Żyjemy w gettach, w których obowiązuje prawo Orwella i język własnej opcji. Kiedy członkowie poszczególnych grup rozmawiają tylko ze sobą, we własnym towarzystwie, to jest w porządku. Dogadują się, bo mówią tym samym językiem. Kiedy towarzystwo jest mieszane, pioruny lecą.

Jak zburzyć mur

„Politycy, którzy chcieliby do ludu krzywdy przemawiać językiem polityki – a jest to język wyrzekający się otwartej konfrontacji (…) – pozostają dla niego niemi” – pisze prof. Leder. Czy jest jakaś szansa, żeby Polacy znaleźli wspólny język?
To nie język sprawia, że skonfliktowane strony nie mogą się dogadać. Nawet gdyby wyznające różne wartości osoby usadzić przy stole i zafundować im tłumacza, i tak z porozumienia nic nie będzie.

Bo – po pierwsze – słowa łatwo się psuje, trudniej naprawia. Są oczywiście takie, które przeżywają załamanie i później się podnoszą, ale potrzebne są na to wieki. Słowo kobieta w XV w. było nieprzystojne, wręcz obelżywe. Od XVIII w. stało się neutralne, a dopiero od XIX w. jest na sztandarach.

Po drugie, najpierw musiałoby dojść do zbliżenia postaw. Każda ze stron musiałaby na początek choćby w drobiazgu przyznać rację drugiej, nie traktując tego jako ustępstwa, poddania się. Musiałyby się wykazać dobrą wolą. A tu nawet o deklarację dobrej woli trudno.

Władza przecież wciąż mówi, że chce rozmawiać z opozycją.
To funkcjonuje raczej jako zaklęcie. Realnych prób nie ma. I nic w tym dziwnego. Pamiętne nocne obrady (grudzień 2015 r.) w sprawie ustawy o Trybunale Konstytucyjnym to niby chęć rozmowy. Tyle że ostatecznie żadna z propozycji opozycji nie została uwzględniona. Mydlenie oczu. PiS gra na utrwalanie opinii o sobie wśród wyborców, dzięki temu może powiedzieć: „Popatrzcie, my naprawdę chcemy rozmawiać, naprawdę chcemy debaty, a oni, skubani, nie chcą, bo im się nie podoba, że im się wyłącza mikrofon po dwóch minutach. A przecież nam też wyłączali”. No i „ciemny lud” to kupuje, zwłaszcza że się zakochał. A miłość, jak wiadomo, zaślepia.

Co musiałoby się stać, żeby Polacy się dogadali?
Do prawdziwej rozmowy mogłoby dojść tylko wtedy, kiedy władzy zacznie spadać poparcie. Wtedy może ona sama będzie w stanie się przyznać: może trochę przesadziliśmy, może nam się co nieco nie udało. Tyle że twardy elektorat raczej by tej wolty nie zrozumiał. Sądzę więc, że mamy klincz.

Może coś zmieni kryzys ekonomiczny, do którego – jak przewidują specjaliści – może dojść z powodu rozdawnictwa. Kiedy już trudno będzie zwalić winę na poprzedników, może ktoś w końcu krzyknie „Król jest nagi” i ludzie otrzeźwieją.

Ktoś nam może pomóc?
Dziennikarze – wy możecie naprawdę dużo. Powinny istnieć media niezwiązane z żadną stroną polityczną, takie BBC z najlepszych czasów. Tylko czy one przeżyłyby na rynku? Nie wiem.

Jest także szansa w tym, że społeczeństwo podzielone zacznie być zmęczone. Może ten moment się zbliża. Coraz więcej osób mówi: „Niczego nie oglądam, niczego nie czytam, nikomu nie wierzę”. I zaczyna myśleć samodzielnie.

Jeśli nic z tego nie zadziała, może się ziścić inny scenariusz. Polacy najlepiej jednoczą się w obliczu zagrożenia. Jeśli coś strasznego z zewnątrz zawisłoby nad nami, może się porozumiemy. Tego jednak bardzo bym sobie nie życzył.

rozmawiała Katarzyna Czarnecka

* Definicje ze słownika PWN.

***

Rozmówca jest językoznawcą. Prowadzi zajęcia z kultury języka polskiego na Uniwersytecie SWPS. Kieruje Pracownią Historii Języka Polskiego XVII i XVIII w. w Instytucie Języka Polskiego PAN. Autor i współautor książek, m.in. „Jasnopis, czyli mierzenie zrozumiałości polskich tekstów użytkowych”(2015).

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną