Ja My Oni

Uwaga, psychowirusy

Jak w dzisiejszych czasach pozostać przy zdrowych zmysłach

Do zaatakowanej wirusami lęku i nieufności psychiki łatwiejszy wstęp ma emocja krańcowa: nienawiść. Do zaatakowanej wirusami lęku i nieufności psychiki łatwiejszy wstęp ma emocja krańcowa: nienawiść. H. Armstrong Roberts/Classic Stock / Getty Images
Czy dziś nasze zdrowie psychiczne jest wystawiane na szczególne próby. Jakie lęki i emocje we współczesnej Polsce są szczególnie groźne.

Kiedy pyta się psychologów czy historyków, a także specjalistów ze stosunkowo nowej subdziedziny – psychohistorii, co dolegało naszym przodkom, uparcie unikają jednoznacznych odpowiedzi. Zadziwiające, że zwłaszcza wtedy, gdy pytanie dotyczy znanych postaci historycznych – świętych i szarlatanów, wodzów i oprawców, którzy wiedli narody ku przepaściom. Ludzie współcześni, przywykli do języka psychologii, oczekiwaliby diagnoz: ten był paranoikiem, ta z pewnością cierpiała na nerwicę eklezjogenną, ów to oczywiste zaburzenie afektywne. Ale badacze apelują: bierzcie pod uwagę ich czasy – kulturę, wyobrażenia o naturze świata, mentalność. Słowem – powszechny stan psychiczny, w jakim znajdowały się w określonych epokach ludzkie społeczności. Czasem mogło to sprawiać wrażenie epidemii. Jakby – mówiąc językiem współczesnym – to czy inne zaburzenie osobowości albo wręcz psychopatologia stawały się zakaźne niczym ospa.

Oczywiście o zaraźliwości psychologicznej możemy mówić tylko metaforycznie. Ale z całą pewnością można zidentyfikować „wirusy” i „bakterie”, jakie zagrażają nam – ludziom wydającym się sobie zdrowym i stosunkowo odpornym psychicznie – w obecnej cywilizacji, w świecie zachodnim i – co szczególnie interesujące – we współczesnej Polsce.

W 1937 r. Karen Horney napisała legendarną „Neurotyczną osobowość naszych czasów”, diagnozując człowieka Zachodu lat 30. Choć pojęcie neurozy (nerwicy) wyszło z użycia naukowego, możemy pójść terminologicznym tropem słynnej niemieckiej psychoanalityczki i psychiatry. Bo te współczesne zagrożenia układają się właśnie w listę swoistych n(i)euroz.

NIEPEWNOŚĆ, czyli czasy lęku

Emocją, która niesie ze sobą szczególne niebezpieczeństwo, jest lęk. Strach – emocja podobna, tyle że odnosząca się do realnego, a nie przewidywanego czy wyimaginowanego zagrożenia – został wbudowany w ludzki mózg jako bardzo funkcjonalne narzędzie przetrwania: sprawia, że zanim organizm „pomyśli”, już „rozstrzyga”: walczyć czy uciekać, i automatycznie samowyposaża się w adrenalinę i kortyzol, rozszerza sobie naczynia obwodowe i oskrzeliki, hamuje wydzielanie kwasów żołądkowych, kurczy śledzionę, podnosi tętno itd. Problem, gdy robi to chronicznie. Dewastacji fizycznej towarzyszy psychologiczna. Osoba stale znękana lękiem wybiórczo koncentruje się na określonych aspektach rzeczywistości (nazywa się to selektywną abstrakcją), z pojedynczych wydarzeń wyciąga ogólne wnioski (nadgeneralizacja), nadaje faktom przesadne znaczenie bądź je minimalizuje (polaryzacja), wiąże rozmaite zdarzenia z konkretnymi osobami (personalizacja), ujmuje drobne niepowodzenia w kategoriach klęski (katastrofizacja). Słowem – widzi świat w czarnych, nieprawdziwych barwach.

Raj Persaud, brytyjski psychiatra i psychoterapeuta, który ćwierć wieku temu napisał bestseller „Pozostać przy zdrowych zmysłach. Jak nie stracić głowy w stresie współczesnego życia”, twierdzi, że podstawową konsekwencją chronicznego lęku jest ANT (z ang. Automatic Negativ Tought) – automatycznie pojawiająca się myśl negatywna, cokolwiek się ma zdarzyć. Przytacza badania, wedle których piąta część amerykańskich studentów medycyny przeżywa taki stres przed egzaminami, że okresowo stają się diabetykami. Zaś właśnie stres egzaminacyjny uważa on za podstawowy w naszym społeczeństwie. I nie chodzi tu wyłącznie o strach przed dosłownymi egzaminami (szkolnymi, zawodowymi, na prawo jazdy itd.), ale o całą konstrukcję współczesnego życia społecznego, która jest poddana logice egzaminu, testu. Rosną kolejne pokolenia tresowane do zdawania, zaliczania, spełniania oczekiwań, wymogów.

Według raportu rzecznika praw obywatelskich „Ochrona zdrowia psychicznego w Polsce” z 2014 r. przewlekły lęk jest najczęstszym dziś zaburzeniem psychicznym w naszym kraju – dotyka on co szóstego człowieka. (Dla porównania: jedna osoba na dziesięć ma depresję, 7 proc. cierpi na bezsenność, 4 proc. jest od czegoś uzależniona). Oczywiście w zależności od tego, kto i o co pyta, wychodzi trochę inna mapa tych lęków. Boimy się o zdrowie, o przyszłość, o zarobki, o dzieci, o pracę, a także „o życie”, czyli o to, czy mu podołamy, czy zdamy ten egzamin. Ogromny wpływ na stany lękowe ma wciąż historyczny test, jaki zbiorowo zdawaliśmy w ostatnim ćwierćwieczu.

Prof. Krystyna Skarżyńska pisze, że im większa liczba zmian skumulowanych w okresie jednego, dwóch lat, tym większy stres – nawet gdy zmiany mają charakter pozytywny. Lęki zalewały Polaków falami. W 1990 r. w każdej z ośmiu sfer życia, o które pytano, przypomina badaczka, przeważały obawy nad nadziejami. Najwięcej osób (prawie 70 proc.) obawiało się wtedy pogorszenia sytuacji materialnej, wzrostu przestępczości i braku wpływu na własne życie. Bezrobocia bało się 61 proc., a połowa degradacji środowiska naturalnego, 49 proc. agresji i nietolerancji, 47 proc. nowego totalitaryzmu. Potem baliśmy się Unii: 38 proc. Polaków obawiało się wykupu ziemi przez Niemców, 22 proc. lękało się, że prawo obowiązujące w UE zagrozi tradycyjnym polskim wartościom rodzinnym, a 18 proc. miało wizję utraty niepodległości.

I tak te kolejne lęki trzymały nas za gardło, aż przed rokiem władzę polityczną przejęło ugrupowanie, które dokładnie na nich bazuje. W swojej opowieści o świecie ucieka się do nadgeneralizacji, personifikacji, katastrofizacji itd. Dziś lęk jakby zarażał również dotychczas niezalęknionych. Wedle świeżego sondażu IPSOS dla serwisu OKO 42 proc. rodaków boi się islamskich terrorystów. Co trzeci drży na myśl o rosyjskiej agresji i niemal tyle samo obawia się uchodźców z Afryki i Azji. Kolejne obawy wyraźnie łączą się ze spolaryzowanymi poglądami politycznymi: 22 proc. Polaków boi się władz, które ograniczą prawa obywatelskie, a 14 proc. – radykalnych ruchów narodowych. U 11 proc. lęk wywołuje natomiast myśl o ruchach opozycyjnych, jak KOD. Jakbyśmy podzielili się na dwie wspólnoty strachów.

NIEUFNOŚĆ, czyli czasy opacznego indywidualizmu

To fatalne, albowiem nie wróży, byśmy szybko pokonali jako społeczeństwo naszego tradycyjnego wirusa: nieufności. Socjologowie zaczęli już nawet przestrzegać, że może niepotrzebnie tyle o tej nieufności mówimy, bo ten przykry autostereotyp nas dodatkowo w niej pogrąża. Są tacy, którzy przekonują, że Polacy – z natury całkiem ufni – są tylko bardzo ostrożni. Więc gdy w międzynarodowych badaniach zadaje się im standardowe pytanie: „Czy, ogólnie rzecz biorąc, większości ludzi można ufać, czy też ostrożności nigdy za wiele?” – wybierają drugą odpowiedź. W przytłaczającej przewadze. Najświeższe badania CBOS (2016 r.) pokazują, że nic w tym względzie od 4 lat nie drgnęło: tylko 23 proc. Polaków uważa, że większości ludzi można ufać, a 74 proc. opowiada się za ostrożnością.

Jak to obrazowo wyjaśnia prof. Piotr Sztompka w – nomen omen – fundamentalnej pracy „Zaufanie – fundament społeczeństwa”, Polska wciąż sytuuje się wśród krajów, gdzie ludzie działają przeważnie wedle założenia: każdy jest potencjalnym oszustem, złodziejem, łapówkarzem, agentem, dopóki nie udowodni, że jest uczciwy (do tej samej „rodziny” przynależą Rosja czy Włochy, Brazylia czy Nigeria). Na przeciwnym biegunie są społeczeństwa z dewizą: inny jest godzien zaufania, dopóki nie okaże się, że jest oszustem (taka postawa dominuje np. w Norwegii, Szwecji, Japonii, USA). Osobliwością, która dodatkowo łączy Polskę np. z Włochami, jest przy tym gigantyczne zaufanie do rodziny (ono wręcz wzrasta z 82 proc. w 1999 r. do 98 proc. w ostatnich badaniach CBOS).

Dlaczego tacy jesteśmy i nie chcemy być inni? Wyjaśnień badacze poszukują, oczywiście, w polskiej historii, gdy dom, rodzina, klan rodzinny były dla ludzi jedyną ostoją, również w sensie psychicznym. A przynajmniej – zbudowaliśmy sobie mit, że tak było.

Problem, że to właśnie w domach, w trakcie wychowania, to zaufanie jest skutecznie i bezpowrotnie burzone. Jak w ponurej sztafecie pokoleń. 51 proc. Polaków, pisze prof. Skarżyńska, zapamiętało z klimatu rodziny przede wszystkim zalecanie ostrożności w kontaktach z osobami spoza rodziny i ogólną nieufność. „Nic dziwnego, że jesteśmy jednym z najbardziej nieufnych społeczeństw Europy. Boimy się ludzi i nie ufamy im tym bardziej, im bardziej nasycony nieufnością wobec obcych był klimat rodziny w czasach naszego dzieciństwa oraz im bardziej wymagający posłuszeństwa byli nasi rodzice (zwłaszcza ojcowie)”.

Na tę ostrożnościową tradycję wychowawczą nałożył się szok cywilizacyjny. Kapitalizm nadszedł do Polski nago – nieubrany w żaden płaszcz etyczny czy ideowy. Hasła „bierz los we własne ręce”, konkuruj, rywalizuj, oto czasy indywidualizmu – zostały przez wielu zrozumiane opacznie, jako wezwanie do egoizmu i egocentryzmu. Upowszechniać się zaczął obraz świata jako społecznej dżungli, w której zwyciężają silniejsi, bardziej cyniczni, a życie jest grą o sumie zero – ja wygrywam, to znaczy, że ktoś musi przegrać.

„Badania – mówi prof. Skarżyńska – nie pokazują, że ludzie w Polsce stali się źli, wyraźnie wskazują natomiast, że ludzie myślą, iż inni są bardzo źli. Niedawno CBOS pytał, co najbardziej rzuca się w oczy w ciągu minionych 20 lat, jakie zmiany są najbardziej widoczne. Odpowiadano, że ludzie są teraz mniej uczciwi, bardziej pazerni, mniej współpracują. Ale to nie znaczy, że tacy właśnie są – tylko takie jest społeczne wyobrażenie”.

NIENAWIŚĆ, czyli czasy złego słowa

Do zaatakowanej wirusami lęku i nieufności psychiki łatwiejszy wstęp ma emocja krańcowa: nienawiść. Definiowana jest jako przeciwieństwo miłości, silne uczucie wrogości, często połączone z pragnieniem, by obiekt nienawiści spotkało coś złego, oraz z chęcią zemsty, niekiedy obsesyjną. Opisywana bywa jako męczący stan w wyniku silnego, nieustępującego bólu po zranieniu. Wynikałoby z tego, że nienawiść jest cierpieniem. Jest stanem patologicznym.

Nie jest tak traktowana. Ludzie powszechnie wstydzą się (zresztą niesłusznie!) swoich kłopotów psychicznych – nienawiść nie jest wstydliwa. W dyskursie publicznym manifestowanie nienawiści tak dominuje, jakby niestosownie było nie nienawidzić swojego oponenta. Kościół katolicki, dla którego centralnymi pojęciami są rzekomo miłość i miłosierdzie, podsuwa coraz to nowe, z pozoru abstrakcyjne (lecz o personifikację wcale nietrudno) obiekty nienawiści: ideologię gender, cywilizację śmierci.

Nienawiść rozlewa się podobnie jak lęk. „Myślę, że genezy tego stanu należy szukać w podziale smoleńskim – mówi prof. Michał Bilewicz, który od lat bada tzw. język nienawiści. – Na początku było tak, że mniej więcej co czwarty Polak wierzył w zamach, a reszta w katastrofę. To wtedy zaczęto mówić o »sekcie smoleńskiej«, o tym, że niektórych trzeba wysłać do psychiatry. Być może w odpowiedzi na tę pogardę pojawił się pogardliwy język z przeciwnej strony, a wraz z nim te wszystkie kawałki o Lemingradzie. No a potem to zaczęło eskalować”.

Najbardziej powszechnym nośnikiem nienawiści jest dziś sieć – zwłaszcza te jej obszary, gdzie akceptuje się anonimowe komentarze. Z badań Fundacji Batorego (którymi kierował m.in. prof. Bilewicz) wynika, że prawie dwie trzecie polskiej młodzieży zetknęło się w internecie z przykładami antysemickiej mowy nienawiści. Jeden na trzech dorosłych czytał w internecie wypowiedzi rasistowskie – wśród młodych Polaków aż 70 proc. I zaskakująco wielu nie widzi w tym czegoś, co należałoby zakazać. „Brzydzę się pedziów, są wynaturzeniem człowieczeństwa, powinni się leczyć” – co piąty Polak uważa taką wypowiedź w przestrzeni publicznej za dopuszczalną.

Ten wirus, jak mówi prof. Bilewicz, zaraża niepostrzeżenie i nieświadomie: „Z badań wynika, że im więcej ludzie konsumują mowy nienawiści – tym bardziej się na nią znieczulają, co więcej, zmienia się również ich stosunek do obiektów mowy nienawiści. Przeprowadziliśmy na uczelni eksperyment. Jednej grupie studentów daliśmy do czytania dużo artykułów bez obraźliwych komentarzy, drugiej – z komentarzami pełnymi mowy nienawiści. Studenci myśleli, że to test na zapamiętywanie. Potem porównaliśmy akceptację mowy nienawiści oraz stosunek do obrażanych w komentarzach. Okazało się, że ekspozycja na hejt znieczuliła studentów. Więc to naprawdę nie jest takie niewinne. Na ten wpływ najbardziej podatne są dzieci i młodzież, która ma najwięcej kontaktu z internetem i najmniej własnych, wyrobionych poglądów”.

Przekonanie, że wygłaszanie ostrych poglądów poprzez internet to rodzaj wentylu jest całkowitym nieporozumieniem. Mózg myśli słowami. Język ma ogromny potencjał toksyczny. I nie chodzi o to, że ten brudny i brutalny psuje relacje człowieka z innymi. Zatruwa go samego. Wpędza w nienawiść. W cierpienie, choćby nawet człowiek miał wrażenie, że mu z tą emocją lżej. Bo, jak pisze Raj Persaud, jeden z najbardziej intrygujących i szyderczych faktów z dziedziny nauki o społeczeństwie brzmi: potrzebujemy wroga, na którego możemy zwalić odpowiedzialność za swoją niedolę. Wróg niejako zabezpiecza nas przed jakże niekomfortowym poczuciem własnej niedoskonałości i odpowiedzialności za błędy.

NIECIERPLIWOŚĆ, czyli czasy chaosu

Bo też człowiek woli myśleć o sobie dobrze. Lubi pozytywnie wypadać w oczach innych. Kłopot, że dziś tkwi w rozkroku między skrywaną, krańcowo niską samooceną, taką „dwóją” za całokształt, a „celującym”, którego bezustannie łaknie na zewnątrz. Też za całokształt. Za to, że jest perfekcyjnym studentem, szefem, matką, urzędnikiem… Perfekcjonizm, narcyzm, egocentryzm to różne objawy zarażenia podobnym wirusem. Łączy te przypadłości niecierpliwe oczekiwanie nagrody, uznania. Tym intensywniejsze, im wewnątrz mniej stabilnego, adekwatnego – jak powiadają psycholodzy – poczucia własnej wartości.

To w ogromnej mierze efekt czasów, w których świat komercji oraz sprzymierzone z nim media, popkultura, reklama uparcie wmawiają ludziom, że wszystko jest do załatwienia: kupienia, zdobycia, ostatecznie – nauczenia się. Również szczęście. Raj Persaud uważa, że jedno z większych nieszczęść współczesności polega na stworzeniu iluzji, że szczęście to zadanie – dla człowieka, dla społeczeństw, ba, dla rządów. W tym fałszywym przekonaniu umacniali ludzi przez dziesięciolecia nie kto inny, jak psychoterapeuci i psychologowie, autorzy popularnych poradników i „złotych recept”. Oraz socjologowie badający uparcie wskaźniki szczęścia w poszczególnych krajach. (W Polsce np. wedle Diagnozy Społecznej w ostatnich latach poszybował on w górę, co stało się przedmiotem medialnej sensacji, ale nijak nie przełożyło się na ocenę sytuacji politycznej).

Świat wysyła człowiekowi Zachodu nęcący komunikat: jeśli jeszcze czegoś nie masz lub z czymś się borykasz, to tylko dlatego, że jesteś nieskuteczny. A możesz osiągnąć 100-procentową skuteczność. Za pomocą tabletki wzmocnisz: potencję, wzrok, pamięć, inteligencję, również zdrowie psychiczne. Odzyskasz spokój, zaśniesz, „obudzisz w sobie olbrzyma”. Za pomocą żelka z magnezem doprowadzisz do doskonałości swoje tumanowate i zestresowane z byle powodu dziecko. Za pomocą tabletki do prania wywabisz, wybielisz… Aż dziwne, że nikt jeszcze nie wpadł na pomysł tabletki do prania mózgu.

Żyjemy w kulturze, która nie znosi niedoskonałości. Ignoruje tę podstawową prawdę o życiu człowieka, że jest ono z natury pełne rozczarowań i przemija. W tym sensie to wręcz kultura niehumanitarna: łudzi nieśmiertelnością, całkowitą wolnością wyboru w każdej dziedzinie, dostępnością wszystkich możliwych dóbr. Współczesny obywatel świata, jak wynika choćby z badań konsumenckich, jest wszystkim i nikim jednocześnie, albowiem bez trudu zmienia poglądy, gusta, tożsamość.

Dla jednych brak jednoznacznych wzorów, punktów odniesień – od etycznych po estetyczne – to dowód na wolność. Dla innych – na totalny chaos świata. Jednych ten stan rzeczy uszczęśliwia, bardzo wielu – unieszczęśliwia. Żądni natychmiastowego efektu, popadają w uzależnienia i fobie, anoreksje i bulimie, kryzysy i załamania. Ze wspomnianego raportu RPO wynika, że u 23 proc. Polaków można rozpoznać przynajmniej jedno zaburzenie psychiczne w ciągu życia. 20–30 proc. osób w wieku 18–64 lat odnotowuje wcześniej czy później poważne obniżenia nastroju, spadek aktywności życiowej, skrajną drażliwość.

AUTOSZCZEPIONKA, czyli czasy samoświadomości

W obliczu tych czterech „n(i)euroz” świat może wyglądać na nieznośnie toksyczny. Co zatem robić? Jak przy grypie – nie jesteśmy w stanie odizolować się zupełnie od nosicieli zarazków, ale możemy przynajmniej wkładać czapkę i jeść kiszoną kapustę. Profilaktyka zdrowia psychicznego jest i łatwiejsza, i trudniejsza, albowiem może polegać wyłącznie na uodparniającym myśleniu.

Zdrowie psychiczne nie jest chronicznym poczuciem szczęścia – jest zdolnością, która po nieuchronnych kryzysach pozwala wrócić do równowagi. Umiejętnością przyznawania się do błędów i uczenia na nich. Przyjmowaniem odpowiedzialności za siebie, a nie ustawicznym poszukiwaniem winy u innych.

Choć amplituda emocjonalna jest w dużej mierze wbudowana w temperament człowieka (wrażliwcy skłonniejsi są i do entuzjazmu, i do załamań), to zawsze można choć trochę obniżyć swoją uczuciową gorączkę. Nie dać się ponosić lękom, nieufności, nienawiści, niecierpliwości? Tak, człowiek dziś wręcz powinien to robić w odniesieniu do siebie, do dzieci, do kogokolwiek, kto go pyta o radę. Stan „zagrożenia epidemiologicznego” w naszym kraju, w spokojnej do niedawna Europie, na świecie jest poważny. On wynosi do władzy niekoniecznie tych, którzy niepewność, lęki i poczucie chaosu chcą neutralizować. Przeciwnie, wielu daje zwodnicze recepty, dzieli świat na naszych i tych do znienawidzenia. Oby nasi potomni nie musieli się zastanawiać nad diagnozami, kto nas w jakieś obłędy powpychał, co mu dolegało i dlaczego był skuteczny.

***

Czy ludzkiej duszy zawsze dolegało to samo?

Dowodem na to, że zaburzenia psychiczne istniały na długo wcześniej, zanim opisano ich objawy, są choćby ich literackie opisy. Przykładowo zespół stresu pourazowego, którego symptomami są z jednej strony intruzywne nawracanie wspomnień, a z drugiej nadmierne pobudzenie i odrętwienie emocjonalne, jest dość szczegółowo opisany choćby w sztukach Szekspira. Niemniej widzimy też, że na przestrzeni kolejnych dekad częstość występowania poszczególnych problemów psychicznych wydaje się zmieniać. Na przykład obserwowane przez Freuda histerie przejawiające się takimi objawami, jak ślepnięcie, paraliż całkowity lub części ciała, czy też ostre reakcje, takie jak konwulsje czy wygięcie ciała w łuk, współcześnie występują bardzo rzadko. Dlaczego tak się dzieje? Wydaje się, że potencjalnych powodów może być kilka.

Po pierwsze, można przyjąć, że Freud i inni psychiatrzy w jego czasach byli jakoś bardziej wyczuleni na te symptomy i po prostu szczególnie zwracali na nie uwagę. Pojęcia definiują w końcu to, jak spostrzegamy rzeczywistość. Można więc powiedzieć, że ewolucja psychiatrii, nowe taksonomie, zmiany w definicji symptomów, nowe sposoby rozumienia natury różnych zaburzeń wpływają na to, jak interpretowane są zachowania i w jakim stopniu uznawane są za wykraczające poza normę. Jej definicja zresztą ciągle ewoluuje. Przykładowo, jeszcze kilka dekad temu leworęczność uznawano za problem i z nią walczono, co dziś wydaje się tyleż dziwne, co niehumanitarne.

Po drugie, sposób ekspresji problemów psychicznych może się zmieniać i być definiowany kulturowo. Nawet współcześnie istnieją specyficzne dla danej kultury zaburzenia, które nie występują w takiej formie w innych miejscach. Na przykład znane z Japonii zjawisko odcinania kontaktów ze światem zewnętrznym, nazywane Hikikomori, czy silny napadowy lęk przed opętaniem i śmiercią charakterystyczny dla krajów latynoskich, nazywany Susto. Powracając do przykładu histerii – Freud obserwował konwulsje albo paraliże, bo w taki sposób, niekoniecznie świadomy, pacjenci dawali upust problemom, które dziś obserwujemy raczej w formie zaburzeń lęku lub nastroju.

Po trzecie wreszcie, zmieniają się czynniki ryzyka dla różnych zaburzeń, a także zmieniać się może dostępność zasobów chroniących przed ich rozwojem. Np. współczesna presja na szczupłą sylwetkę, a także powszechna dostępność wysokokalorycznego jedzenia tworzą warunki, w których zaburzenia odżywiania mają szansę pojawiać się szczególnie często. Nie oznacza to, że anoreksja czy bulimia nie mogły występować w czasach Freuda i wcześniejszych – zapewne występowały, były jednak znacznie mniej rozpowszechnione.

Magdalena Kaczmarek

***

Kieszonkowy poradnik profilaktyczny

Jak pozostać przy zdrowych zmysłach

1. Jeśli czegokolwiek się obawiasz, unikaj generalizowania, przewidywania wyłącznie czarnych scenariuszy. Czyż wszystkie zdarzenia i okoliczności, które uważałeś za niepomyślne, kończyły się katastrofą?

2. Powiększ kredyt zaufania wobec innych, również całkowicie ci obcych ludzi. Czy aby na pewno większość osób, które w życiu spotkałeś, dbała wyłącznie o swój interes i chciała cię wykorzystać, gdy tylko nadarzyła się okazja?

3. Unikaj przesadnie emocjonalnych określeń, epitetów, inwektyw, wulgaryzmów, nawet gdy odnoszą się one do osób, które nie cieszą się twoją sympatią. Czyż gwałtowne, impulsywne zachowanie i język nie rażą cię u innych?

4. Nie oczekuj i nie domagaj się bezustannego uznania, pochwał, nagród, nawet gdy na to w pełni zasługujesz. Czyż nie jest tak, że najwięksi artyści, uczeni, mężowie stanu doświadczali krytyki i milczenia publiczności?

5. Nie zazdrość innym szczęścia. Czyż nie jest tak, że nawet tym najszczęśliwszym zdarzają się kryzysy i dramaty, bo nie ma żadnego immunitetu, który by przed nimi człowieka chronił?

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną