Jak się uczyć na własnych błędach?

Cenna porażka
Miliony ludzi sięgają po tabletki przeciw depresji – czy na pewno tego im potrzeba?
Depresja to – być może – program ułatwiający zaakceptowanie porażki, a następnie oswojenie się z obniżeniem społecznej rangi.
Chris Dale/Getty Images

Depresja to – być może – program ułatwiający zaakceptowanie porażki, a następnie oswojenie się z obniżeniem społecznej rangi.

Depresja to najczęściej występujące z zaburzeń afektywnych. Szacuje się, że ponad 350 mln ludzi w różnym wieku cierpi z jej powodu. W samej tylko Unii Europejskiej problem dotyka każdego roku ponad 30 mln osób. Światowa Organizacja Zdrowia od pewnego czasu ostrzega, że może ona stać się problemem numer jeden w krajach rozwiniętego świata do 2020 r. Jednak część badaczy sceptycznie reaguje na wieść o epidemii depresji. Twierdzą, że stan przygnębienia, poczucia bezradności, zmęczenia bywa dla człowieka zupełnie naturalny. I wielu z nas powinno nauczyć się radzić sobie z życiowymi porażkami, zamiast od razu sięgać po inhibitory wychwytu zwrotnego serotoniny, czyli popularne antydepresanty.

Depresja: epidemia czy marketing

Kontakty współczesnych pacjentów z medycyną odbywają się na ogół w ramach systemu podręczników diagnostycznych oraz skróconych testów, używanych do szybkiego określenia stanu zdrowia pacjenta. Dzięki nim lekarze stawiają rozpoznanie niezwłocznie – bez konieczności babrania się w długotrwałym procesie kompleksowej diagnozy pacjenta, połączonej z analizą jego otoczenia. Uwaga współczesnej medycyny koncentruje się na jednostce, pomijając jej związki z rodziną, lokalną wspólnotą i społeczeństwem. Psychiatra dr David Healy z Bangor University w Walii określa to mianem uprzemysłowienia służby zdrowia.

Prof. Allan V. Horwitz z Rurgers University i prof. Jerome C. Wakefield z New York University w książce „The loss of sadness: how psychiatry transformed normal sorrow into depressive disorder” („Śmierć smutku – jak psychiatria przekształciła zwykły smutek w zaburzenie depresyjne”) zwracają uwagę na fakt, że począwszy od starożytności do lat 70. XX w., klinicyści nie uważali objawów depresyjnych za patologię. Każdorazowo rozpatrywali je w kontekście okoliczności, w których znalazł się pacjent. Psychopatologię diagnozowali tylko wówczas, gdy objawy wystąpiły bez wyraźnej przyczyny albo były zbyt nasilone lub zbyt długotrwałe względem czynnika, który je wywołał. Dopiero w latach 80. w oficjalnym podręczniku Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego DSM-III wydano zalecenie diagnozowania choroby psychicznej niezależnie od okoliczności, jeśli tylko wystąpią u pacjenta określone symptomy depresyjne (jedyny wyjątek od tej reguły stanowiło przeżywanie przez pacjenta żałoby). I od tamtego czasu kryteria niezbędne do postawienia dorosłemu pacjentowi diagnozy tzw. depresji wielkiej stały się bardzo łatwe do spełnienia – odczuwanie przygnębienia oraz występowanie prawie każdego dnia przez co najmniej dwa tygodnie przynajmniej czterech z ośmiu poniższych dolegliwości:

zaburzenia łaknienia (spadek apetytu albo znacząca utrata wagi lub nadmierny apetyt lub znaczące przybranie na wadze),

zaburzenia snu (bezsenność albo nadmierna senność),

pobudzenie albo spowolnienie psychomotoryczne,

spadek zainteresowania lub przyjemności płynącej z wykonywania codziennych czynności albo spadek libido,

spadek energii, zmęczenie,

poczucie bezwartościowości, samooskarżanie, nadmierne poczucie winy,

trudności z koncentracją,

nawracające myśli o śmierci, myśli samobójcze lub próba samobójcza.

Wielu pracowników służby zdrowia zapomniało, że podręcznik diagnostyczny DSM został wydany nie jako wyrocznia, lecz jako wsparcie dla decyzji diagnostycznych. Dlatego na łamach jego czwartego wydania zaznaczono wyraźnie: „jest ważne, aby DSM-IV nie używać w sposób mechaniczny niczym książki kucharskiej”. Jak zauważa prof. Joan Busfield z University of Essex, lekarz w razie wątpliwości może decydować się na długotrwałą terapię lekową w myśl zasady, że bardziej niebezpieczne byłoby zaniechanie leczenia. Lekarze są też na ogół mniej skłonni do rozważania niefarmaceutycznych metod leczenia, jeśli tylko mają dostępną alternatywę w postaci leków – nawet w przypadku, gdy nie ma dowodów, że zastosowanie farmakoterapii przynosi lepsze rezultaty.

Problem szkód dla pacjenta i kosztów fałszywych diagnoz budzi coraz większe zainteresowanie. W USA w 2011 r. z powodu „nadmiernego leczenia” zmarnowano pomiędzy 158 a 226 mld dolarów. Diagnozowanie depresji „na wszelki wypadek” może być więc kosztowne zarówno dla zdrowia pacjenta, jak i finansów publicznych.

Firmy farmaceutyczne od dłuższego czasu oskarża się o tworzenie chorób i promowanie ich jako olbrzymiego problemu. Co więcej, Lisa Cosgrove z University of Massachusetts na łamach pisma „Psychotherapy and Psychosomatics” publikuje dane, z których wynika, że ponad 56 proc. panelistów DSM posiadało związki finansowe z firmami z branży farmaceutycznej, co może tłumaczyć zliberalizowanie kryteriów diagnostycznych w przypadku chorób takich jak depresja. Jennifer Neuman z Mount Sinai School of Medicine wskazuje na analogiczne powiązania lekarzy odpowiedzialnych za opracowywanie wytycznych dla praktyki klinicznej.

Przygnębienie: choroba czy norma

Odczuwanie przygnębienia to normalna rzecz – stwierdza prof. medycyny Gordon Parker. Grupie 242 nauczycieli przedstawiono definicję depresji jako „znaczne obniżenie nastroju z/bez: poczucia winy, rozpaczy, poczucia bezradności, spadku samooceny czy też szacunku do samego siebie. 95 proc. spośród nich zidentyfikowało u siebie takie uczucia (średnio 6 epizodów w ciągu roku).

Jeśli normalnie występujące stany emocjonalne klasyfikowane są jako depresja, rodzi to ryzyko pozostawienia pacjentów poważnie chorych bez wymaganej opieki – np. poprzez konieczność wydłużonego oczekiwania przezeń na przyjęcie przez lekarza albo wyczerpanie puli finansowej na terapię.

Kiedy opracowano pierwszy antydepresant (imipraminę), firma Geigy nie kwapiła się do wprowadzenia jej na rynek, sądząc, że na ów lek będzie zbyt mało klientów. Dziś miliony osób na całym świecie biorą inhibitory wychwytu zwrotnego serotoniny. Fluoksetyna ma swoje dobre strony – popycha do działania. Nie ma jednak róży bez kolców. Ci, którzy ją przyjmują, tracą instynkt samozachowawczy – słabiej odbierają negatywne sygnały, przez co realizują cele niekoniecznie dobre dla siebie. Prozac pomaga milionom ludzi na całym świecie w dopasowaniu się do współczesnych norm społecznych. Według Ronalda W. Dworkina trend kontrolowania zaburzeń depresyjnych przy pomocy leków w przyszłości będzie jeszcze narastał – zostanie wymierzony w nasze naturalne, codzienne zgryzoty i niepokoje.

Prof. Paul Gilbert, szef Mental Health Research Unit oraz wykładowca psychologii klinicznej na University of Derby, uważa, że należy uświadamiać pacjentów, iż aktywowanie się modułu depresji w następstwie traumatycznych okoliczności jest czymś naturalnym. Co więcej, zamiast tłumić początkowe objawy, warto wsłuchać się w nieprzyjemne sygnały płynące z organizmu i przekuć je na swoją korzyść. Choć może się to nam wydawać niedorzeczne, ów stan wyewoluował po to, żeby pomóc naszemu gatunkowi w przetrwaniu.

Depresja to nieświadomy, niepodlegający wolicjonalnej kontroli program, ułatwiający zaakceptowanie porażki w rytualny sposób, a następnie oswojenie się z obniżeniem społecznej rangi. Zły nastrój sprzyja refleksji i wprowadzeniu stosownych korekt do obranego przez siebie życiowego kursu. Obniżony nastrój pomaga nam wycofać się z sytuacji daremnych, nieopłacalnych lub niebezpiecznych. Tłumaczy to fakt współwystępowania epizodów depresji reaktywnej z kryzysami życiowymi. Obecnie są nimi np. utrata pracy lub rozwód.

Zdaniem biologa ewolucyjnego prof. Randolpha M. Nesse „depresja” może być użyteczna tylekroć, ilekroć warto zaprzestać brnięcia w niesatysfakcjonującą inwestycję życiową lub powstrzymać się od przedwczesnej pogoni za alternatywami. Pod wpływem pozytywnego afektu mamy tendencję do niezważania na niebezpieczeństwo i przeceniania szans na sukces. Zaś afekt negatywny uruchamia systemy behawioralne odpowiedzialne za unikanie ryzyka i potencjalnych zagrożeń. Na analogicznej zasadzie ostry, skrajnie nieprzyjemny ból fizyczny po doznanym urazie powstrzymuje nas od podejmowania aktywności ruchowej, mogącej doprowadzić do poważnych obrażeń ciała.

Symptomy depresyjne mogą być więc postrzegane nie jako patologia, ale jako komunikat emocjonalny, który mówi „nie brnij w to”, „wycofaj się”. Mogą ułatwić zaniechanie działań ukierunkowanych na zdobycie nieosiągalnych w danym momencie celów i prowadzić do bardziej efektywnego ukierunkowania wysiłków. W licznych badaniach wykazano, że osoby, które mają wyższe zdolności porzucania obranego celu w obliczu nieuchronnej porażki, są zdrowsze. Cieszą się lepszym samopoczuciem, mają niższy poziom kortyzolu we krwi, rzadziej cierpią z powodu stanów zapalnych i deklarują mniej symptomów chorobowych.

Porażka: dlaczego stała się tabu

Porażka, niepowodzenie, zawód, strata. Zjawiska te dotyczą każdego z nas, mogą się zdarzyć we wszystkich dziedzinach życia. Z jednej strony wiążą się one z negatywnymi emocjami, czasem utratą reputacji. Z drugiej zaś stanowią szansę na wprowadzenie ulepszeń. Śmiem wręcz twierdzić, że doznanie licznych porażek jest niezbędne do osiągnięcia w życiu rzeczy wielkich. Biografie ludzi osiągających spektakularne życiowe sukcesy wypełnione są po brzegi opisami ich życiowych trudności i nieszczęść. Porażka to czynnik prorozwojowy, potencjalnie kierujący nas ku lepszemu życiu. „Dla mnie porażka w czymkolwiek jest czymś tymczasowym… porażka mówi mi po prostu, że zrobiłem coś źle, to jest ścieżka, która prowadzi mnie do sukcesu i prawdy” – tako rzecze mistrz karate Bruce Lee. Thomas J. Watson, założyciel koncernu IBM, zapytany o receptę na sukces odparł: „Podwójcie tempo, w jakim doznajecie porażek”.

Dlaczego zatem ludzie tak bardzo się ich boją? Bo nie przystoją one ani supermenowi, ani supermence w świecie, w którym panuje kult sukcesu. W mediach kreowany jest obraz nadczłowieka, któremu wszystko się udaje. Regularnie karmieni jesteśmy konkursami piękności oraz listami najzamożniejszych obywateli. Jak zauważył amerykański socjolog prof. Richard Sennett, „w naszych czasach nie wolno mówić o porażce – to temat tabu. Literatura popularna oferuje mnóstwo przepisów na sukces, jednakże niewiele ma do powiedzenia na temat klęsk i niepowodzeń. Choć często w głębi ducha dręczy nas konieczność nazwania danego doświadczenia porażką, zaakceptowania go i przyznania mu miejsca w historii naszego życia, mimo to rzadko kiedy jesteśmy skłonni rozmawiać o tym z innymi”. Swoje CV trzeba przecież zapełniać sukcesami i oryginalnym hobby.

W rzeczywistości nadczłowiek nie istnieje. Życie każdego z nas składa się zarówno z sukcesów, jak i porażek. Tych ostatnich jest nawet więcej. Nie chcemy jednak się z tym pogodzić i zamiast dać sobie do nich prawo i wyciągać z nich cenne lekcje, wolimy zażyć tabletkę szczęścia i przyjąć jedną z poniższych strategii defensywnych:

Przeczekanie. Radzenie sobie z porażką sprowadza się wyłącznie do wymazania jej z pamięci. I choć rzeczywiście czas leczy rany, to jego upływ nie sprawia, że automatycznie stajemy się mądrzejsi.

Prokrastynacja, czyli odwlekanie na później realizacji zadań, które mogą zakończyć się kolejną porażką. Stanowi bardzo stresogenny schemat, w który wpisane jest narastające napięcie. Koniec końców „zwlekacz” rzutem na taśmę osiąga cel w ostatniej chwili lub realizuje go z opóźnieniem.

Defensywny pesymizm chroni przed wstydem, który pojawia się w następstwie porażki. W efekcie samoutrudniania – rzucania kłód pod własne nogi – zmniejszamy szanse na osiągnięcie sukcesu, ale zyskujemy usprawiedliwienie potencjalnej porażki „obiektywną przyczyną”.

Stan zawieszenia polega na zaniechaniu podjęcia działania po sformułowaniu celu. Przypomina to pracę silnika na biegu jałowym, gdy wehikuł zużywa energię, lecz nie posuwa się do przodu.

Deklaracja niezaangażowania: „wkładam minimalne wysiłki w realizację danego zadania”. W razie porażki może to pomóc w ochronie własnej samooceny. Przykładowo mistrzyni olimpijska Otylia Jędrzejczak zapytana w czasie, gdy wracała do czynnego uprawiania sportu, o swoją postawę względem zawodów, odparła, że teraz jest innym człowiekiem i zależy jej przede wszystkim na przyjemności czerpanej z pływania i uczestnictwa w mistrzostwach.

Wyparcie. Porażka zepchnięta do podświadomości przypomina wrak spoczywającego na dnie oceanu tankowca. Prędzej czy później wypierana emocja przeniknie do świadomości niczym ropa naftowa, która przedostaje się na powierzchnię i zatruwa środowisko.

Zaprzeczenie to taktyka podobna do wyparcia. Po porażce stwierdzamy, że „porażki nie ma”. A skoro tak, to nie trzeba w jej obliczu podejmować żadnych działań zaradczych. Niczym w kibicowskiej pieśni „Polacy nic się nie stało”.

Nadużywanie racjonalizacji uniemożliwia uczenie się na własnych błędach. Przypomina postępowanie lisa z bajki Ezopa. Zwierzę bardzo chciało zjeść wiszące wysoko winogrona. Skakało do nich wielokrotnie, lecz nie udawało mu się ich dosięgnąć. W końcu rzekło: wcale nie chciałem tych winogron; są niesmaczne i kwaśne. W ten sposób lis obniżył wartość celu, którego nie udało mu się osiągnąć.

Zamiast tabletki: jak uniknąć „depresji”

Thomas Edison, poszukujący właściwego włókna pozwalającego na rozświetlenie przestrzeni dzięki energii elektrycznej, osiągnął swój cel dopiero po przeprowadzeniu ponad 10 tys. prób. W szkole średniej Michael Jordan został wykluczony z drużyny koszykarskiej, nie poddał się jednak i został gwiazdą w ukochanej dyscyplinie. Henry Ford, zanim odniósł ogromny sukces finansowy, 5-krotnie zbankrutował. Hemingway musiał poprawić tekst opowiadania „Stary człowiek i morze” 80 razy, zanim zostało opublikowane i uzyskało status klasyki.

Chociaż determinacja to klucz do sukcesu w obliczu porażki, nie chodzi jednak o to, żeby bić głową w mur, powtarzając z uporem maniaka wciąż te same błędy. Warto miast tego postąpić zgodnie z modelem „Stój, to porażka”, autorstwa Nancy A. Newton i dr psychologii Jennifer Thompson z Chicago School of Professional Psychology oraz Charu Khanny z organizacji non profit HumRRO.

Pierwszy krok to stawienie czoła rzeczywistości i przyznanie, że mamy do czynienia z niepowodzeniem.

Drugi krok to przegrupowanie – zastosowanie mechanizmów radzenia sobie z psychicznymi przeszkodami, których doświadczamy w toku porażki; godne polecenia praktyki to m.in.: poszukiwanie wsparcia bliskich, odtrucie się poprzez przywołanie w pamięci swoich sukcesów i zalet, zastosowanie pozytywnej afirmacji (powtarzanie krótkich, sformułowanych w sposób pozytywny zdań, dotyczących realizowania przez siebie ważnego, osiągalnego celu) oraz wizualizacji (techniki zakładającej wykorzystanie wyobraźni do kształtowania rzeczywistości zgodnie z własnymi pragnieniami – rozgrywanie w umyśle pozytywnych scenariuszy).

Trzeci krok to uczenie się, czyli wyciągnięcie dobrych lekcji z zaistniałej sytuacji. Nie wystarczy tu jednak samo doświadczenie trudności. Należy pójść krok dalej – przyjrzeć się niepowodzeniu tak, jak by zrobiła to niezależna, profesjonalna i kompetentna komisja badająca przyczyny katastrof. Kluczem do sukcesu jest emocjonalne zdystansowanie się do sytuacji, co może być trudne. Dlatego, jeśli tylko istnieje taka możliwość, warto skorzystać z pomocy innej osoby, która była świadkiem danego wydarzenia.

Należy odróżnić wyciąganie lekcji z porażki od racjonalizacji. Weźmy przykład bankructwo. Racjonalizacją będzie taka reakcja: „Dobrze się stało, że zbankrutowałem, teraz będę miał więcej czasu dla siebie”. Wyciagnięciem nauki: „Dobrze się stało, że zbankrutowałem. Przekonałem się na własnej skórze, że brak dbałości o detale słono kosztuje. Następnym razem poświęcę więcej uwagi dopracowaniu mojego produktu przed wprowadzeniem go na rynek”.

Rezyliencja to zdolność do zaradnego i adekwatnego radzenia sobie w realizacji codziennych zadań pomimo stresorów. To elastyczność ułatwiająca powrót do równowagi po zażegnaniu kryzysu. Człowiek posiadający tę umiejętność jest niczym drzewo uginające się pod naporem wiatru, aby odtworzyć pierwotny kształt korony po jego ustaniu, dzięki czemu nadal może się rozwijać.

Kształtowanie otwartości na porażki jest możliwe dzięki rozwojowi trzech sił psychicznych: nadziei, pokory i dzielności. To niewątpliwie droga dłuższa i trudniejsza od przyjmowania w obliczu porażki strategii defensywnych i niezwłocznego zagłuszania objawów depresji przy pomocy „tabletki szczęścia”. Jednak na dłuższą metę zdrowsza i skuteczniejsza. Być może warto nią pójść? Na początek zaakceptuj siebie takim, jaki jesteś – a jesteś niedoskonały, bo nikt doskonały nie jest. Pomogą ci w tym dystans do siebie i umiejętność śmiania się z samego siebie.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną