Ja My Oni

Zaplątane w sieci

Czy internet jest przyjazny kobietom

Rawpixel.com / StockSnap.io
Co i dlaczego kobiety robią w internecie i czy to dla nich bezpieczne miejsce.
Wielu badaczy forsuje dziś tezę, że internet jest dla kobiet przestrzenią wyjątkowo stresującą, by nie rzec – autodestrukcyjną.Mirosław Gryń/Polityka Wielu badaczy forsuje dziś tezę, że internet jest dla kobiet przestrzenią wyjątkowo stresującą, by nie rzec – autodestrukcyjną.

Nie ma zbyt dużego nadużycia w stwierdzeniu, że do niedawna internet był domeną mężczyzn – jeśli nie wyłącznie, to w przytłaczającym stopniu. To mężczyznom w tym wirtualnym środowisku przypadały role pionierów, odkrywców i zdobywców. Nawet jeśli prawda historyczna tylko częściowo to potwierdza, to tak może wynikać choćby z prozaicznych, domowych obserwacji: toporne pecety stawiane w centralnych miejscach w mieszkaniach służyły z początku właśnie im, nawet jeśli tylko do grania w gry wideo (i do poszukiwania mniej chlubnych uciech). Komputer osobisty był rodzajem „męskiego” gadżetu i niekoniecznie niezbędnego rekwizytu.

Jeszcze w okolicach przełomu wieków kobiety nie wydawały się internetem zainteresowane, chyba że zmuszała je do tego praca lub nauka, prywatnie nie miały co tu począć, opierały się długo jego urokom albo wręcz nie miały tu dostępu. To ostatnie kryterium – dostępności do sieci – we współczesnym świecie jest wyznacznikiem wolności i symbolicznym świadectwem uczestnictwa w wielkim projekcie, jakim jest wirtualna rzeczywistość (a zatem nie tylko rozrywka, ale też publiczna, szeroka debata). Nie przypadkiem epitet „cyfrowe wykluczenie” budzi dziś tak jednoznacznie negatywne skojarzenia, zwłaszcza wśród młodych, którzy wchodzą do sieci naturalnie, a właściwie się w niej rodzą. Wyrównanie proporcji płciowych w internecie to poniekąd ich zasługa.

Obecne

A więc kobiety już tu są; dziś nie wydaje się to rewelacją. Ciekawie z perspektywy 2017 r. czyta się raport Pew Research Center z 2005 r., kiedy badacze ogłosili triumfalnie: „Kobiety dogoniły mężczyzn w internecie”. Dane zbierano w samych Stanach Zjednoczonych od 2000 r., gdy w wirtualnej demografii faktycznie zapanowała wzorcowa niemal równość. Z sieci korzystało już 68 proc. młodych Amerykanów i 66 proc. młodych Amerykanek. Największe dysproporcje zanotowano zaś w grupie wiekowej 65+ (34 proc. mężczyzn i 21 proc. kobiet). Co świadczy tylko o tym, że jeśli internet należało opanować od podstaw, to częściej decydowali się na to mężczyźni.

Dziś kobiety nie tyle doganiają, ile prześcigają mężczyzn w internecie. Świeższe badania Pew Research Center – już z 2014 r. – pokazują, że z sieci korzysta 72 proc. Amerykanów i 76 proc. Amerykanek. W wielu zachodnich krajach proporcje te są analogiczne. Z danych CBOS wynika, że w internecie jest już 28 mln naszych rodaków. Firma Gemius SA – jedna z większych internetowych agencji analitycznych – regularnie sprawdza, komu i jakie portale społecznościowe bardziej odpowiadają. Okazuje się, że na polskim Facebooku kobiet jest nieznacznie więcej (51 proc.), nieco większy odsetek mężczyzn loguje się zaś na Twitterze (55 proc.). I jest to zasadniczo trend globalny. Powszechnym zjawiskiem jest i to, że kobiety chętnie korzystają z sieci przez telefon. Sądzi się potocznie, że to męski gadżet – tymczasem według raportu TNS Polska („Polska jest mobi”) panie smartfonami posługują się nawet częściej niż panowie (61 do 55 proc.).

Wróćmy do raportów Gemius SA, w których czytamy, że aż dla 53 proc. kobiet internet to najlepsza forma zagospodarowania wolnego czasu. A mimo to spędzają przed ekranami – to już CBOS – mniej niż 12 godzin tygodniowo (podczas gdy mężczyźni nieco ponad 14). Na Zachodzie czas spędzany online przekracza nawet 20 godzin tygodniowo w przypadku obu płci (zresztą na korzyść kobiet).

Ale to kobiety – i w Polsce, i tamże – są w sieci koniec końców bardziej widoczne. Przypominają państwo sobie masowy protest mężczyzn, szeroko dyskutowany i udokumentowany fotograficznie w internecie? No właśnie. Rodzime Czarne Protesty, zainicjowane zresztą i nagłaśniane na Facebooku, w kategorii „wirtualny fenomen” w zeszłym roku nie miały w zasadzie konkurencji. Marsz Kobiet na Waszyngton z początku tego roku, zorganizowany tuż po zaprzysiężeniu Donalda Trumpa na prezydenta USA, też zdominował sieć. Tego samego dnia manifestowało blisko 5 mln kobiet na świecie – a na wirtualnych wallach zaroiło się od różowych czapek z kocimi uszami, symbolu tych protestów, nawiązującego do jednej z wielu niefortunnych wypowiedzi Trumpa („Grab them by the pussy” – dosł. „Trzeba je łapać za cipki” – pouczał wówczas kandydat na prezydenta, przy czym „pussy” oznacza także kotka).

Widoczne

Kobiety w sieci widać, bo same się o to troszczą. Większość użytkowników internetu korzysta z portali, żeby oglądać, słuchać, czytać i przyswajać określone treści dowolną metodą. To zwykle ich odbiorcy, a nie autorzy. Zwykle – bo okazuje się, że właśnie kobiety częściej tworzą i udostępniają (czyli szerują – od ang. sharing) różne materiały: zdjęcia, filmy, przemyślenia własne i pożyczone. Do wirtualnych spraw podchodzą mniej zadaniowo i pragmatycznie, częściej emocjonalnie. Jest na to odpowiedni przymiotnik w wirtualnym słowniku: są zaangażowane. Reagują na to, co widzą i czytają, podejmują dyskusję, łatwiej zatrzymać ich uwagę, czymś je obruszyć, zaciekawić, sprowokować. Przynajmniej na poziomie statystyk, bo gdy wpada się w środek wirtualnej dyskusji, w której nie sięga się już po merytoryczne argumenty, ale po inwektywy, to kategoria płci w ogóle znika. Co też jest ciekawym wirtualnym fenomenem – język cyfrowych sporów jest dużo bardziej agresywny niż język sporów niecyfrowych, do tego stopnia, że płeć dyskutantów nie gra roli. Fraza „to nie uchodzi” właściwie tu nie pada.

Co nie zmienia faktu, że jeśli chodzi o zróżnicowanie zachowania w sieci ujmowane przez pryzmat płci, to z różnych badań wyłania się obraz wręcz stereotypowy. „Czyż to nie klisze?” – pyta retorycznie Iris Vermeren, publicystka śledzącej sieciowe obyczaje platformy BrandWatch, omawiając raporty takich ośrodków jak Pew Research Center, Nielsen i Burst Media. Wychodzi bowiem na to, że kobietom internet – szczególnie media społecznościowe – służy do podtrzymywania znajomości z przyjaciółmi i krewnymi (mężczyźni inaczej – raczej nawiązują nowe znajomości, niż podtrzymują dawne), zacieśniania więzów, dzielenia się osobistymi doświadczeniami, ujawniania – oczywiście kontrolowanego, wedle życzenia i potrzeb – prywatnych informacji na własny temat, swoich przekonań i poglądów politycznych.

Kobiety częściej czytają blogi i częściej blogują (na ogół są to blogi lifestylowe). Częściej robią w internecie zakupy. Rzadziej niż mężczyźni nawiązują tu kontakty biznesowe, rzadziej też szukają przez internet pracy. To by tłumaczyło, dlaczego wybierają raczej Facebook niż Twitter. Ten drugi jest silniej sprofesjonalizowany, bardziej informacyjny, mało osobisty i nie pozwala – bo tak został pomyślany – tworzyć bogatej sieci relacji z innymi ludźmi.

Kobietom bliższe są za to platformy fotograficzne (ogólniej: nastawione na sferę wizualną), zwłaszcza aplikacja Instagram, popularne portale, takie jak Tumblr i Pinterest. Firma comScore, także śledząca i analizująca ruch w sieci, policzyła, że kobiety stanowią 58 proc. ogółu użytkowników Instagrama (w sumie korzysta z niego ponad pół miliarda ludzi na świecie). W serwisie Pinterest dysproporcje są jeszcze bardziej przepastne (kobiety to aż 82 proc. wszystkich użytkowników!). Niektórzy widzą w tym kontynuację pewnych analogowych tradycji – to kobiety prowadziły w dawnych czasach rodzinne albumy, kolekcjonując zdjęcia z wakacji i innych okoliczności. Teraz prowadzą je w sieci, często publicznie.

Ale jest i druga, nieco bardziej powierzchowna przyczyna ich fotograficznej nadaktywności – próba ściągnięcia uwagi, potrzeba aprobaty. Kolorowe, świeżo zmienione logo Instagrama miało sugerować, że premiuje różnorodność. Ale to pobożne życzenie. Jak zauważa Alice Marwick, specjalistka od sieci z Fordham University, niespecjalnie chcemy się wyróżniać, wolimy przestrzegać pewnych dobrze widzianych norm – konwencjonalnego piękna, starannego makijażu, smukłej sylwetki, zdrowego trybu życia, markowych ubrań. A Instagram jest jak makijaż permanentny i komplet zabiegów kosmetycznych w jednym – zauważa Marwick. Urodę można nieco poprawić, zanim osiągnie się zamierzony cel. Kobiety klepią się tu więc po plecach, wzajemnie dopingują i wymieniają jakże wieloznacznymi hasłami motywacyjnymi w rodzaju: „Do sukcesu nie ma windy, trzeba iść po schodach”.

Krzywdzące i krzywdzone

Wielu badaczy forsuje dziś tezę, że internet jest dla kobiet przestrzenią wyjątkowo stresującą, by nie rzec – autodestrukcyjną. Z wielu powodów, począwszy właśnie od tego, że dużą rolę odgrywa tu sfera cielesna. Narzędzia upiększające nasze wirtualne ciała są coraz bardziej wysublimowane i sprawiają, że coraz mniej mamy wspólnego z człowiekiem, na którego spoglądamy w lustrze. W sieci można wybielić zęby, usunąć trądzik, błyskawicznie się opalić. „Dziewczęta dorastają w przekonaniu, że ocenia się je na podstawie wyglądu, a sfera cielesna to pole wiecznej rywalizacji” – tłumaczy w piśmie „The Atlantic” Rachel Simmons, badaczka różnic międzypłciowych. I dodaje z przekąsem: „Uważa się, że internet jest narzędziem bardzo demokratycznym. I na Instagramie faktycznie udało się to osiągnąć: każdy może tutaj codziennie wziąć udział w konkursie piękności”.

Co ciekawe, pogoń za złudną perfekcją w sieci nie tylko do wyglądu się sprowadza. Nawet zdjęcia potraw powinny być idealne – jakby wyjęte z książki kucharskiej albo wzięte z restauracji. Amerykańska fundacja TODAY Moms przebadała 7 tys. matek pod kątem stresu, jakiego doświadczają w internecie. I oto trwałego stresu związanego z tym, co publikują w sieci, doznało aż 42 proc. badanych, które chciały imponować i jako kobiety, i jako matki właśnie. Rytuały miały podobne: od rana doglądały piekarników, ale efekt i tak okazywał się średnio zadowalający (tj. mniej efektowny niż na zdjęciach koleżanek w sieci). Panie gnały więc do sklepów i kupowały gotowce, a potem prezentowały je w internecie jako dzieła własnych rąk. Dlatego uważa się, że w sieci nie tyle przedstawia się swoje umiejętności, ile fantazje na własny temat.

Rzecz w tym, że – jak podkreślają naukowcy – w erze przedinternetowej cudze powodzenie aż tak nie rzucało się w oczy. Owszem, pewien status społeczny dało się ocenić na podstawie metrażu mieszkania, marki auta czy ubrań. Ale dopiero teraz mamy wgląd w rozmaite sfery intymne bliskich i zupełnie obcych nam osób, i to na wyciągnięcie ręki. Przy czym kobiety porównują się częściej, a przypadek matek jest na tym tle wyjątkowo ciekawy. To już nie są rozmowy przy piaskownicy – to wyścig do miana matki idealnej, świadomej, co najlepsze dla jej dziecka, ale i trzymającej fason. Pod niezwykle popularnym hasztagiem #instamama znajdziemy więc w sieci zdjęcia zarówno rosnącego brzucha (odsłoniętego, rzecz jasna), jak i brzucha malejącego, bo wirtualne mamy szybko wracają do formy, wychowując przy okazji geniuszy.

Jeśli więc internet przypomina jeden wielki ranking, to w dzisiejszych czasach stosunkowo łatwo wyhodować (w sobie) mało szlachetne uczucie, jakim jest zawiść. Ale też samemu sobie zaszkodzić, jeśli nie sprosta się własnym wymaganiom. Stosunkowo nowym zjawiskiem jest np. wirtualna autodestrukcja. Poza siecią autodestrukcję rozumielibyśmy np. jako okaleczanie własnego ciała. W sieci przybiera to formy odmienne: dziewczęta zakładają fałszywe profile, żeby same siebie atakować, obrażać, zwymyślać sobie na forum od brzydkich, wstrętnych, nikomu niepotrzebnych, niekochanych. Zdaniem psychologów to sposób radzenia sobie z doświadczanym bólem i forma wołania o pomoc zarazem. Tym bardziej niepokojąca, że słabo rozpoznana i trudna do uchwycenia, bo fałszywe konta wciąż trudno odsiać od prawdziwych.

Mile widziane?

Specjaliści wciąż się więc zastanawiają, czy internet – czasem okrutny, opresyjny, seksistowski, zapełniony grubymi żartami – to dla kobiet w ogóle bezpieczne miejsce. W 2014 r. w magazynie „Pacific Standard” ukazał się głośny tekst publicystki Amandy Hess „Dlaczego kobiety nie są mile widziane w internecie?”. Hess przekonuje, że źle podeszliśmy do problemu nękania w sieci. Kobiety pouczano bowiem, żeby na nękanie odpowiadały milczeniem. Czyli biernością. Nie podoba się w internecie? To się wyloguj – słyszą, gdy próbują stawiać opór. „A przecież tak [napastliwością w sieci] rujnuje się ludziom kariery, szkodzi ich psychice i odbiera im swobodę korzystania z internetu” – notuje publicystka. Hess sama padła ofiarą ataku – na Twitterze ktoś regularnie groził, że pozbawi ją życia. „Wiem, jak wyglądasz, znajdę cię, zgwałcę i odetnę ci głowę” – pisał anonimowo. Zaniepokojona Amanda wezwała policję. Od oficera usłyszała: „Ale co to jest Twitter?”.

To kobiety częściej odbierają takie jak powyższa wiadomości. Padają ofiarami stalkingu. Incydenty z internetu częściej zaś mają kontynuację w świecie pozainternetowym (z badań Pew Research Center wynika, że dotyczy to – tylko i aż – 5 proc. użytkowniczek sieci). Wystarczy, że w nazwie konta jest żeński rzeczownik, a prawdopodobieństwo, że będzie zasypywane materiałami wulgarnymi, czasem pornograficznymi, od razu wzrośnie. Hess pisze, że na konta o kobieco brzmiących nazwach i fanpage’e celebrytek spływa setka wiadomości takiej treści dziennie. Co potwierdzam jako administratorka jednego z nich.

Do tego w wirtualnych sporach pokpiwanie z czyjegoś – głównie kobiecego – wyglądu traktuje się czasem jak nieodzowne uzupełnienie dyskusji, argument ostateczny. Dotyczy to zresztą i prawej, i lewej strony politycznych sympatii. Publicysta Rafał Ziemkiewicz nazwał aktywistkę społeczną Annę Dryjańską „zdeformowaną” („a jednak mama ją urodziła”), choć dyskusja dotyczyła (również kontrowersyjnych) słów Jarosława Kaczyńskiego o zmianach w prawie aborcyjnym. Cokolwiek by napisała na Facebooku Krystyna Pawłowicz – komuś zawsze się wyrwie w odpowiedzi, że jest niezamężna i bezdzietna. Mężczyźni rzadko są w sieci atakowani za powierzchowność, urodę czy stan cywilny. „To wszystko jest tak oczywiste, że nie możemy tego ignorować” – pisze Soraya Chemaly na łamach magazynu „Time”, który opublikował niedawno duży raport „Jak trolle zepsuły internet”. Istotnie, przyzwyczajenie do agresji w sieci nie powinno usypiać niczyjej czujności. „Time” przeprowadził niedawno anonimową ankietę wśród czytelników zatrudnionych w branży dziennikarskiej. Okazało się, że prawie połowa dziennikarek rozważała zmianę zawodu z powodu nękania w sieci – bo na autorów rozmaitych tekstów w internecie spadają zwykle gromy. Żaden mężczyzna nie miał podobnego dylematu.

Zanim więc problem zostanie rozwiązany systemowo, należy wzmóc czujność. Ale też – po ludzku – być dla siebie mniej surowym, nieco stępić perfekcjonizm. A poza wszystkim docenić dobre strony sieci – co też powtarzają psychologowie, zdając sobie sprawę, że krytykę anonimowych tłumów łatwiej sobie wmówić, niż przyjąć najszczerzej wypowiedziany komplement. Dobre strony przecież są: kobiety doskonale się w internecie organizują, solidaryzują, skrzykują we własnych sprawach. Ot przykład: Anna Dryjańska w niespełna godzinę zebrała tu pieniądze na proces z Rafałem Ziemkiewiczem.

Powiada się czasem, że internet mężczyznom życie ułatwia, a kobietom ulepsza. A może lepiej by było, żeby nie internet ulepszał ludzi, ale żeby ludzie ulepszali internet?

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną