Ja My Oni

Impulsy pod presją

Afekty, emocje, impulsy – jak sobie z nimi radzić

Ludzie czują się nieszczęśliwi, zagubieni, mają problemy w relacjach międzyludzkich, w rodzinie. Ludzie czują się nieszczęśliwi, zagubieni, mają problemy w relacjach międzyludzkich, w rodzinie. Ricardo Mancía / Unsplash
Jens Tasche o zaburzeniach naszych czasów: narcyzmie i borderline.
Jens TascheDarek Gontarski Jens Tasche

Eliza Koźmińska-Sikora: – Czy to prawda, że każda epoka generuje inne, charakterystyczne dla swoich czasów, zaburzenia psychiczne i emocjonalne?
Jens Tasche: – Życie całych społeczeństw w przeciągu ostatnich stu lat przechodziło wielokrotnie różnorodne, intensywne zmiany. A kiedy zmieniają się warunki życia, to zmienia się społeczeństwo i problemy członków tychże społeczności. Nowe problemy rodzą nowe zaburzenia, a te potrzebują nowych form leczenia. Zmiany wyraźnie widać w dominujących strukturach charakteru, jakie prezentują współcześni ludzie. Różnią się od tych, jakie dominowały pięćdziesiąt czy sto lat temu. Większość ludzi obecnie nie prezentuje typowych symptomów nerwicy, a tak było kiedyś.

Jakie zaburzenia dominują teraz?
Ludzie czują się nieszczęśliwi, zagubieni, mają problemy w relacjach międzyludzkich, w rodzinie. Nie mogą odnaleźć sensu istnienia. Są bardziej niż kiedyś emocjonalnie zdezorganizowani. Dominujące wzorce zaburzeń naszych czasów to narcyzm i struktura charakteru borderline. Winę za ten stan rzeczy ponosi powszechny brak zdolności do regulowania własnych emocji.

Co na to wpływa?
Zmiany w zaburzeniach psychicznych są rezultatem zmian w celach i sposobach wychowania dzieci. Widać to także w systemie edukacji. Wychowanie zawsze jest nastawione na realizację celów przydatnych społeczeństwu. W XIX i XX w., właściwie już od początku rewolucji przemysłowej, główną i najważniejszą rzeczą było posłuszeństwo. W wojsku, w pracy czy w rodzinie – liczyło się głównie to, żeby być posłusznym. Wobec nauczyciela, rodziców, szefa, dowódcy w wojsku, policjanta na ulicy. To był społeczny temat przewodni. Całe społeczeństwo było kierowane strachem przed karą.

Techniki wychowawcze były więc w miarę proste: kary i nagrody. Problemy pojawiały się wtedy, gdy metody były nadużywane: stosowano kary cielesne (nierzadko brutalne), zarządzano strachem i wstydem, nadużywano władzy. Rezultatem takich metod bywały wyniesione z dzieciństwa doświadczenia traumatyczne. Ale paradoksalnie ten system dawał dziecku wyraźne granice, w ramach których wiedziało, co mu wolno i czego się od niego oczekuje.

Tak więc członkowie społeczeństwa byli uczeni, przyzwyczajani do tego, że w życiu społecznym liczy się posłuszeństwo, a jego konsekwencją jest – bo nie ma innego wyjścia – silna kontrola własnych impulsów.

Zarazem w życiu prywatnym pozostawała przestrzeń na to, aby tę kontrolę odpuścić. W warunkach domowych mąż mógł bić żonę, nie hamując swoich impulsów, jakiekolwiek miały źródło. Nikt tego nie piętnował ani nie analizował, nawet jeśli z tego powodu kobieta trafiała do szpitala. Matka mogła bić swoje dzieci, gdy odczuwała słuszny czy niesłuszny gniew. Starsze dziecko mogło bić młodsze i tak dalej. Najmłodsze biło psa. Istniała ścisła hierarchia dziobania i to dziobanie nie było zabronione. Uważano je za coś normalnego i zdrowego. Nikomu nie przychodziło na myśl, że to choroba albo zaburzenie. Że to przemoc.

Dopiero w 1997 r. niemiecki parlament uznał gwałt w małżeństwie za przestępstwo. Wcześniej żona mogła wnieść oskarżenie wyłącznie o pobicie. W świetle prawa musiała tolerować potrzeby seksualne męża, nawet jeśli realizował je wbrew jej woli. Taka była sytuacja w kapitalistycznym patriarchalnym społeczeństwie do lat 90.

Co z tymi, którzy stali w hierarchii niżej? Bita czy gwałcona żona chyba nie miała poczucia, że jest wolna w rozładowywaniu impulsów, skoro w rewanżu nie mogła podnieść ręki na męża?
Większość kobiet nie miała takich refleksji, uważała to za naturalne. Zasady życia społecznego porządkowały nie tylko ład społeczny, ale także porządek wewnętrzny jego członków, a więc również przekonania i postawy kobiet. Jeśli wszyscy członkowie mają wpajane te same zasady, nikt nie uważa ich za odchylenie od normy. Oczywiście, nam teraz to wydaje się chore i szalone, ale taki porządek społeczny stwarzał warunki, by ludzie mogli rozładowywać swoje impulsy. W naszym społeczeństwie w dzisiejszych czasach jest to o wiele trudniejsze.

Jakie zaburzenia dominowały wcześniej?
Na tyle, na ile mamy wiedzę na ten temat, w XIX w. królowała histeryczna i kompulsywno-obsesyjna struktura charakteru, ponieważ głównym tematem w społeczeństwie – obok czy też w ramach posłuszeństwa – było tłumienie wszelkich form seksualności. Zawsze znajdowały się osoby, którym to się nie udawało i stawało się przyczynkiem do różnych zaburzeń. W XX w. temat seksualności nie był już najważniejszy, ale kwestia posłuszeństwa pozostała nadal istotna. Do lat 70. w Niemczech spotykało się wiele osób silnie zrepresjonowanych przez rodziców i tego rodzaju edukację – jednostek o masochistycznej strukturze charakteru. To ludzie z ogromnymi pokładami złości, której nie wyrażali; nie pokazywali swojej prawdziwej twarzy innym ludziom. Za to czuli, że muszą podlegać i służyć innym, tak jak kiedyś swoim rodzicom. Płacili za to wysoką cenę odcięcia się od swoich głębokich, prawdziwych uczuć. Tkwili w iluzji, że dzięki posłuszeństwu zyskają akceptację i poczucie przynależności, tak człowiekowi potrzebne.

Kiedy to się zmieniło?
W latach 60. i 70. zmieniała się koncepcja wychowywania dzieci. Zapanował model „wolnego dziecka”, które ma prawo robić, co chce, być swobodne w realizowaniu swoich potrzeb i impulsów. Rodzice przestali już tak bardzo oczekiwać od dzieci posłuszeństwa, zaczęli za to chcieć, by były szczęśliwe. A to stało się zupełnie innym rodzajem presji. Niektóre dzieci sobie z tym radzą, znajdują na to swój sposób. Ale wielu się nie udaje.

Problemy pogłębia fakt, że dzieciom brakuje przestrzeni do uwolnienia emocji. Nie wiem, jak to wygląda w Polsce, ale w Niemczech czterolatek w przedszkolu nie może wejść w fizyczny konflikt z innymi dziećmi, bo to jest absolutnie zabronione. Gdy to robi, jest postrzegane jako złe i problematyczne dziecko. Społeczeństwo oczekuje od dzieci, że od małego będą umiały kontrolować swoje zachowanie, będą wpisywały się w nurt poprawności społecznej. I to się nazywa pedagogika. Tyle że dla czterolatka panowanie nad swoimi impulsami, emocjami i zachowaniem to zadanie ponad jego możliwości.

Oczekujemy od dziecka tłumienia i represjonowania emocji, a równocześnie chcemy, aby było szczęśliwe. Dlatego nie jest zaskakujące, że wiele dzieci wyrasta na silnie narcystyczne jednostki, próbując zaspokoić te sprzeczne i wzajemnie się wykluczające oczekiwania. Starają się być „uszyte” na miarę oczekiwań innych, nie mając jednocześnie kontaktu ze swoim prawdziwym ja, które były zmuszone porzucić na wczesnym etapie swojego rozwoju.

Co dziś właściwie jest tym naczelnym celem wychowawczym?
Samoregulacja. Każdy członek społeczności ma być zdolny regulować sam siebie – odczytywać impulsy płynące z ciała, zarządzać swoimi emocjami i zachowaniem. Celem wychowawczym rodziców stało się wychowanie dzieci z wysokim poczuciem własnej wartości. Dziecko dość szybko ma regulować samo siebie i to najlepiej bez nacisków i obecności matki czy ojca, którzy zresztą są często nieobecni fizycznie i emocjonalnie – zajęci innymi zadaniami, które stawia przed nimi społeczeństwo. Dlatego dzieci podlegają teraz innym technikom wychowawczym niż kiedyś. To szeroko rozumiane wsparcie – w ich rozwoju, w budowaniu poczucia własnej wartości. Co niekoniecznie wiąże się ze zwykłą obecnością i bliską relacją z dzieckiem. Jak się okazuje, to nie wystarcza, aby zbudować u dziecka zdrowe granice: i te wewnątrzpsychiczne, i te, które są istotne w budowaniu relacji z innymi ludźmi oraz kontaktowaniu się ze światem. Koszty takiego stanu rzeczy są różne. Młodzi pacjenci gabinetów psychoterapeutycznych relacjonują, że ich dzieciństwo nie było naznaczone traumami. Nie mają pretensji do swoich rodziców – nie bili ich, dawali dużo wsparcia i wolności. Mimo to mają problemy z poczuciem własnej wartości, brakuje im poczucia sensu, nie potrafią się przy niczym ani nikim na dłużej zatrzymać. Zlewa im się, co jest naprawdę ich, a co zbyt szeroką ofertą płynącą ze świata.

W relacjach partnerskich zachowują się jak dzieci. Mają oczekiwania z poziomu dziecka: że partner lub partnerka zaspokoi wszystkie ich potrzeby, zapełni braki, które odczuwają jeszcze od czasu dzieciństwa.

Brakuje im jakiegoś rodzaju kotwic emocjonalnych?
Moim zdaniem współcześni ludzie mają większy niż w przeszłości problem z kontrolą swoich impulsów.

Dlaczego? Wydaje się, że przynajmniej w teorii staramy się budować społeczeństwa oparte na coraz większej tolerancji.
Nie uważam, abyśmy ludziom na zbyt wiele przyzwalali. Oczywiście można mieć różne style życia, być hetero- czy homoseksualnym. Ale jeśli chodzi o afekty, emocje, impulsy, trzeba się starać dużo bardziej kontrolować niż pięćdziesiąt czy sto lat temu. W wielu miejscach na świecie, od Nowego Jorku począwszy, jeśli pójdziesz na imprezę po pracy i skomplementujesz sukienkę koleżanki, może to zostać odebrane jako molestowanie seksualne. Standardy kontroli impulsów bardzo się podniosły. W związku z tym niektórzy radzą sobie z regulacją swoich emocji, ale wielu sobie nie radzi. Co rodzi inne niż kiedyś rodzaje zaburzeń.

Czym więc charakteryzują się osoby narcystyczne i te o strukturze charakteru borderline?
To społeczeństwo decyduje, co jest zdrowe, a co chore, co się toleruje, a co zwalcza. Istotne jest dla nas, by kształt, jaki nadajemy naszym emocjom, i sposób, w jaki nimi zarządzamy, były akceptowane społecznie. Inaczej to robisz, gdy jesteś członkiem społeczności żyjącej w dorzeczu Amazonki, a inaczej, gdy należysz do cywilizacji zachodnioeuropejskiej.

Osoba ze strukturą charakteru borderline nie umie w taki sposób kształtować swoich emocji, aby ich wyrażanie było akceptowane i zrozumiałe społecznie. Dzieje się tak dlatego, że nie ma umiejętności rozumienia siebie i myślenia o sobie, rozumienia innych i myślenia o nich w takich kategoriach, które pozwalają na efektywne komunikowanie emocji. Korzysta z bardzo prymitywnych mechanizmów obronnych, na przykład rozszczepienia – dzięki czemu oscyluje między miłością i nienawiścią, bez odcieni pośrednich. Wyraża bezpośrednio to, co czuje, nie rozpoznając i nie rozumiejąc swoich stanów emocjonalnych ani stanów innych osób. Nie przewiduje, jakie konsekwencje przyniesie ich wyrażenie.

Z kolei osoba o strukturze narcystycznej nie umie organizować swoich emocji w taki sposób, aby pasowały i odzwierciedlały jej rzeczywistość wewnętrzną. Dostosowuje je do rzeczywistości zewnętrznej, bez udziału tych autentycznych. Dlatego osoba narcystyczna ma kontakt z innymi poprzez głowę, mózg, myślenie, ale emocjonalnie jest niedostępna. Trudno ją czymś dotknąć poza jednym: łatwo się obraża. Daje się adorować, bo lubi być podziwiana. Poza tym trudno wejść z nią w kontakt. Może powiedzieć: „Och, jaka jesteś cudowna, kocham cię tak bardzo”, ale nie widać tego w jej oczach. Obudowuje się ona mechanizmami obronnymi, bo inaczej musiałaby dotknąć swego głębokiego poczucia opuszczenia.

Co musiało się wydarzyć w rozwoju tych osób, że wraz ze sposobem, w jaki były wychowywane, weszły w tego rodzaju zaburzenia?
To mógł być brak odzwierciedlania uczuć dziecka, które dla niego jest wielkim rodzajem opuszczenia. Odzwierciedlanie jest niezbędne do tego, by dziecko nauczyło się, jak ma odczytywać własne emocje, nazywać je, rozumieć. Mam na myśli już to, co dzieje się między matką i dzieckiem od pierwszych dni jego życia. Jednym z jego elementów jest tak zwany „język położnej”, czyli naśladowanie mimiki, dźwięków i ekspresji emocjonalnej dziecka. Albo gdy ono się uśmiecha, matka też się uśmiecha, mówiąc: „Ach, jaki jesteś zadowolony!”.

Jeśli rodziców nie ma albo są chorzy, np. matka jest w depresji czy dziecko przebywa długo w szpitalu, tego odzwierciedlania może zabraknąć. I dziecko nie ma możliwości, by nauczyć się rozpoznawać i rozumieć, co naprawdę czuje. Zdarza się też, że odzwierciedlanie ustaje, gdy dziecko przestaje być słodkim maluszkiem i w wieku 3–4 lat zaczyna ujawniać złość, której rodzice nie tolerują. Na taki brak rezonansu u nich dziecko może zareagować decyzją: „nikogo nie potrzebuję”, poczuć się zranione i opuszczone. Tak może być u obu struktur.

Ale przy zaburzeniu borderline zazwyczaj dzieje się coś więcej, często wykorzystanie seksualne. Odzwierciedlanie napotyka też podstawowy błąd: matka zamiast uczuć dziecka, odzwierciedla swoje własne, często nienawistne. Bo np. jest zbyt młoda na pełnienie tej roli albo nie kontroluje własnych impulsów. W ten sposób stwarza niebezpieczeństwo, że to, co dziecko zintegruje, to nie obraz emocjonalny siebie samego, ale obraz emocjonalny matki. I to jest tragedia, bo za każdym razem, gdy taka osoba doświadcza uczuć, kontaktuje się nie ze swoim prawdziwym „ja”, ale matką wewnątrz siebie.

Wydaje się, że dużo dolegliwości, które nas trapią, może mieć podłoże psychosomatyczne.
Jako psychoterapeuta ciała w ogóle nie robię rozróżnienia na choroby fizyczne, psychosomatyczne czy natury czysto psychologicznej. Nie zgadzam się z koncepcją oświeceniową, która rozdziela ciało od duszy, na czym bazuje medycyna w Europie Zachodniej. Kiedy wyjedziemy do Azji i poznamy ajurwedę albo tradycyjną medycynę chińską, okazuje się, że te systemy nie mają z tym żadnego problemu – według nich to jest zawsze połączone. Kiedy medycyna zachodnia nie umie pomóc pacjentowi, to wtedy mówimy: „psychosomatyka”. Ja uważam, że każda choroba jest psychosomatyczna, bo ciało i umysł to jedność i są wzajemnie ze sobą sprzężone. Natomiast część z nich dużo lepiej leczy się na poziomie ciała, a inne skuteczniej na poziomie psychologicznym.

Jakie choroby leczy się lepiej na poziomie psychologicznym?
Pracuję w nurcie psychoterapii przez ciało. W tym aspekcie dobrze leczy się te choroby, które wynikają z tłumienia emocji, szczególnie agresji. To mogą być różnorodne dolegliwości, z którymi nie radzi sobie tradycyjne leczenie, na przykład bóle pleców, dolegliwości żołądkowe, które zwykle mają silne połączenie z niewyrażoną złością, czy też problemy seksualne. Dobre wyniki uzyskuje się także w leczeniu colitis ulcerosa (wrzodziejące zapalenie jelita grubego). Możliwość dotarcia do tłumionych lub wypartych emocji oraz zmierzenie się z nimi daje dobre efekty nie tylko w aspekcie emocjonalnym, ale także fizycznym. Nie chodzi jednak o samo rozładowanie emocji. Mam na myśli prawdziwie głęboką pracę psychoterapeutyczną.

A co z depresją, która postrzegana jest jako epidemia XXI w.?
Depresja – jako wyraz zahamowania żywotności w ciele, ustania wielu impulsów, emocji i procesów mentalnych – jest żywą ilustracją tego, o czym rozmawialiśmy do tej pory.

Ciśnie się pytanie: co zrobić, żeby z dzisiejszych dzieci nie wyrośli zaburzeni dorośli? Czy pojawia się na horyzoncie jakiś nowy, powszechny cel wychowawczy?
Jeśli chcemy wychować dzieci na dorosłych, którzy mają dobrą samoregulację, to znaczy potrafią stać pewnie na własnych nogach, ciężko i z satysfakcją pracować, cieszyć się miłością i seksem, kochać swoje dzieci oraz partnera czy partnerkę – w ogóle cieszyć się życiem – musimy dać im bezpieczną bazę. To oznacza, że ważne jest, aby matka widziała i odzwierciedlała emocje swojego dziecka i dała sobie czas, żeby się z nim zestroić. Była świadoma jego potrzeb, ale też wielkiej bezradności.

Dodatkowo rodzice powinni być świadomi trudności i złożoności tematu samoregulacji u dziecka. To dużo bardziej skomplikowany proces niż nauka posłuszeństwa. Naginanie się do nakazów i zakazów w obawie przed karą niszczy poczucie własnej wartości, ale dziecko stosunkowo łatwo i szybko się tego uczy. Rozwój umiejętności rozumienia siebie i innych, bycia w kontakcie ze swoimi uczuciami i radzenia sobie ze wszystkimi sytuacjami, z którymi dzieci i dorośli są konfrontowani, wymaga o wiele więcej czasu.

W czasach mojego dzieciństwa trening czystości (nauka kontrolowania potrzeb fizjologicznych) zaczynał się w wieku sześciu miesięcy i matki były dumne, gdy około roku dziecko było już w stanie nad sobą panować. Dzisiaj wiemy, że w tym wieku nie ma zdolności kontrolowania zwieraczy. Z powodu strachu przed złością matki dziecko przymusza się do wstrzymywania defekacji poprzez użycie mięśni pośladkowych. Efektem jest chroniczne ich napięcie. Wiele osób mojego pokolenia ma z tego powodu różne problemy – od zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych na tle czystości do ograniczeń w sferze odczuwania przyjemności seksualnej.

Moim zdaniem najważniejszą zmianą w nurtach wychowawczych jest – albo raczej powinno być – koncentrowanie się już nie na tym, jak dziecko się zachowuje, ale na tym, jak się czuje. To nie oznacza, że ma być cały czas szczęśliwe. Musi być uczone przestrzegania zasad, respektowania granic innych ludzi, tolerowania frustracji. Ale rodzice i wychowawcy przedszkolni powinni być świadomi, jaki poziom samoregulacji jest dziecku potrzebny i dostępny w określonym okresie jego rozwoju. Widzieć świat z jego perspektywy.

W ostatnich trzydziestu latach większość rodziców zaakceptowała fakt, że na wyniki treningu czystości trzeba poczekać dłużej, niż się kiedyś uważało. Dlatego jestem optymistą – nauczą się także, że samokontrola, rozumienie siebie i innych oraz samoregulacja także wymagają czasu.

rozmawiała Eliza Koźmińska-Sikora

***

Rozmówca jest certyfikowanym psychoterapeutą w analizie bioenergetycznej Alexandra Lowena (CBT), trenerem szkoleniowym i superwizorem Polskiego Stowarzyszenia Analizy Bioenergetycznej z siedzibą w Poznaniu. W swojej pracy integruje terapię przez ciało ze współczesną psychoanalizą. Autor artykułów prasowych, książki „Body Therapy between Bioenergetic and Psychoanalysis”, współautor i współwydawca książki „Bioenergetic as a Mentalized Body Therapy”, w której kilku analityków z Niemiec i z Polski dzieli się swoimi doświadczeniami w łączeniu tych nurtów w praktyce. Książka ukaże się w Niemczech wiosną 2018 r. Prowadzi prywatną praktykę w Berlinie.

Ja My Oni „Jak nie oszaleć w szalonym świecie” (100122) z dnia 07.08.2017; Sami ze sobą; s. 45
Oryginalny tytuł tekstu: "Impulsy pod presją"
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną