Czy wszyscy jesteśmy zaburzeni psychicznie

Osadzeni w omamach
Dr Joanna Krzyżanowska-Zbucka o tym, jak psychicznie chorzy interpretują współczesny świat i dlaczego zdrowi wciąż lękają się chorych?
Dr Joanna Krzyżanowska-Zbucka
Leszek Zych/Polityka

Dr Joanna Krzyżanowska-Zbucka

Żyjemy w szalonym świecie.
Stefano Pollio/Unsplash

Żyjemy w szalonym świecie.

Agnieszka Sowa: – Żyjemy w szalonym świecie. Czy to ma wpływ na zwiększenie częstotliwości zaburzeń psychicznych?
Joanną Krzyżanowska-Zbucka: – Niektórych na pewno. Zaburzenia afektywne, czyli m.in. dobrze znana depresja, są najmocniej napędzane przez czynniki cywilizacyjne: stres, tempo życia, a najbardziej – nieustanne bombardowanie informacjami. Dziś człowiek może wiedzieć wszystko, co się dzieje na świecie. Czasem trzeba się przed tym zalewem informacji, tą hiperstymulacją bronić, co jest trudne nawet dla ludzi zdrowych. Więc coraz więcej mamy zaburzeń afektywnych i lękowych. Ludzie po prostu nie wyrabiają z tą rzeczywistością. Jako gatunek nie przystosowaliśmy się jeszcze do funkcjonowania w takim pędzie, z takim natłokiem informacji i w tak silnym stresie.

Znam pewną anegdotę, jak to w dniu ataku na World Trade Center jeden z pacjentów przyszedł na wizytę do lekarki i opowiedział, co się stało: Husajn zaatakował Amerykę. Widział to w telewizji, a lekarka była w pracy, nie oglądała wiadomości, o niczym nie wiedziała i zwiększyła mu dawkę leków. Ta historia najlepiej pokazuje, że to, co się dzieje wokół nas, czasem niewiele się różni od najbardziej przerażającej treści psychotycznych omamów.

Czy rzeczywistość człowieka po prostu tak przeraża, że może spowodować wprost zaburzenia psychotyczne?
Psychoz jest wiele. Jedna z nich – schizofrenia – występuje w populacji ze stałą częstotliwością, dotyka od 0,5–1,5 proc. osób, niezależnie od kręgu kulturowego i cywilizacyjnego. Więc czynniki środowiskowe nie mają tu istotnego wpływu na liczbę zachorowań. Ale obserwujemy niewątpliwie wzrost psychoz związanych z używaniem substancji psychoaktywnych. I nie chodzi tu o stan bezpośrednio po zażyciu. U niektórych ludzi rozwijają się psychozy przewlekłe, które traktujemy jak schizofrenię, bo występują w nich dość podobne objawy. W takich przypadkach nawet zaprzestanie używania narkotyków i zachowanie abstynencji nie powoduje powrotu do zdrowia. Ci ludzie już są chorzy. Być może nie zachorowaliby, gdyby narkotyki nie „wyślizgały” im synaps. Głównie chodzi o dopalacze, ale nawet ta niby łagodna marihuana przyjmowana przez długi czas u osoby bardziej genetycznie podatnej może wywołać psychozę. Oczywiście nie wiemy na pewno, czy gdyby ten konkretny człowiek nie zażywał narkotyków, nie zachorowałby. Jest taki wzór pokazujący, jak dochodzi do kryzysu psychotycznego. To ułamek, gdzie w liczniku mamy czynniki ryzyka, więc podatność genetyczną, źródła stresu i właśnie substancje psychoaktywne. A w mianowniku jest to, co zapobiega chorobie: zasoby człowieka, takie jak umiejętności społeczne i różne inne kompetencje, wsparcie bliskich oraz leki, które przyjmuje, jeżeli już ma za sobą kryzys.

A jaki wpływ na ludzi, którzy już są chorzy, ma ta gwałtowna rzeczywistość, w której żyjemy?
Często wydarzenia z pierwszych stron gazet i serwisów informacyjnych są włączane w treści chorób, psychoz czy chorób depresyjnych. Pamiętam pacjenta, który się obwiniał za tsunami. Miał ciężką depresję psychotyczną i uważał, że to się wydarzyło przez niego. Wielu moich pacjentów z depresją bardzo przeżywa wydarzenia w kraju, obserwowałam kilka ewidentnych pogorszeń po katastrofie smoleńskiej, podobnie po ostatnich gwałtownych zmianach na scenie politycznej.

W treść lęków psychotycznych bardzo często wplatane są zamachy terrorystyczne. Tak wprost, czyli chorych dręczy obawa przed wybuchem bomby w metrze czy też przed tym, że zamachowiec wjedzie ciężarówką w tłum. I pośrednio. Zagrożenie terroryzmem spowodowało, że są wzmacniane procedury bezpieczeństwa. Mamy kamery na ulicach, monitoring; wydaje się to racjonalne, ale w psychozie obawa przed byciem śledzonym, inwigilowanym jest jedną z podstawowych treści. Oczywiście jak nie było monitoringu na ulicach i w sklepach, pacjenci także twierdzili, że są śledzeni, ale to, że teraz widzą na każdym kroku kamery, może, dla niektórych przynajmniej, być pożywką tych lęków.

Czy to oznacza, że teraz im jest trudniej?
Przed kilkudziesięciu laty byli Napoleonem albo Matką Boską, teraz mają do czynienia z agentami służb specjalnych. Treść się zmienia – choroba zostaje ta sama, tylko osadzona w innej rzeczywistości. Mówią mi pacjenci, że czują się jak w „Big Brotherze” albo w „Truman Show”. Używają tych przekazów kulturowych do opisywania swojego samopoczucia. Psychoza czy depresja to część ich życia i nie da się uciec od rzeczywistości. A chorzy psychicznie nie są ludźmi z innej planety. Oczywiście niektórzy żyją całkowicie w swoim świecie, kompletnie odizolowani, ale to zaledwie niewielka część wszystkich cierpiących na zaburzenia psychiczne. Cała reszta żyje w tej samej rzeczywistości co my, razem z nami, o wielu z nich nie wiemy nawet, że są chorzy. Przejmują się tym wszystkim, co się dzieje wokół, ma to na nich wpływ.

Silniejszy niż na ludzi zdrowych?
Niekoniecznie. Jeżeli się leczą, to leki czasem osłabiają reakcję. Niektórzy nawet się skarżą, że za bardzo spłaszczają emocje, zobojętniają na wiele rzeczy. Mówi się, że osoby z zaburzeniami psychicznymi to ludzie o większej wrażliwości. Według mnie oni mają specyficzną wrażliwość, zmienioną przez doświadczenie kryzysu psychicznego. Czasem bywa to doświadczenie graniczne, skrajnie eksploatujące zasoby radzenia sobie ze stresem. A leczenie, które mamy do zaoferowania, także nie należy do przyjemnych doświadczeń: hospitalizacja w trudnych warunkach, leki z objawami ubocznymi. A potem późne skutki kryzysu, jak utrata pracy i przyjaciół, spadek samooceny, izolacja społeczna… Istnieje opozycja do teorii podatności, o której już mówiłam. Resilience to odporność, sprężystość i siła potrzebna, aby przeżyć kryzys, podnieść się i iść dalej. Kiedy patrzę na moich pacjentów, to często myślę, ile trzeba mieć siły, żeby taką chorobę przetrwać. Więc z jednej strony są wrażliwsi, a z drugiej silniejsi.

Czy świat psychicznie chorych jest więc niejako krzywym zwierciadłem naszej rzeczywistości?
Przy zaburzeniach psychotycznych można tak to określić. Psychoza na tym polega, że człowiek zniekształca to, co do niego dociera ze świata, oraz swoją w nim rolę. Uważa się za kogoś innego, niż jest, a bodźce, które do niego docierają, interpretuje inaczej.

W zaburzeniach afektywnych, w depresji, mamy raczej lustro, które nienaturalnie powiększa. Różne rzeczy są bardziej, mocniej wyrażone, silniej przeżywane. Najczęściej chodzi o te negatywne wydarzenia. Na drugim biegunie choroby dwubiegunowej – w fazie manii – również wydarzenia pozytywne odbierane są znacznie silniej, niż na to zasługują.

Co się zmieniło w chorowaniu w ostatnich latach?
„Będąc młodą lekarką” pracowałam w szpitalu – jak i dziś. Wtedy przychodzili do nas pacjenci rzeczywiście ciężko chorzy psychicznie. Teraz zgłaszają się po pomoc także ludzie z problemami mniejszego kalibru. Z jednej strony to dobrze, bo oznacza, że to już nie jest taki straszny wstyd pójść do psychiatry. Ale ktoś, kto nie radzi sobie z obciążeniami, ma nerwicę albo łagodne zaburzenia afektywne, powinien dostać pomoc w swoim środowisku. Nie musi i nie powinien leczyć się w szpitalu. Bo ani dla niego to nie jest dobre, ani dla finansów państwa. Leczenie szpitalne jest najdroższym rozwiązaniem.

A w szpitalach nie ma miejsc.
Nie ma, to prawda i nie tylko dlatego, że jest więcej chorych. Podstawowy powód to niewydolność ambulatoryjnego systemu opieki i przede wszystkim za słaba dostępność psychoterapii, bo nie każdy, kto ma lekkie zaburzenia depresyjne, musi być od razu leczony farmakologicznie, do czego zachęcają nas koncerny farmaceutyczne, wypuszczając kolejne leki. Gdy byłam ową młodą lekarką, antydepresanty nie były tak popularne, były gorzej tolerowane, miały więcej objawów niepożądanych i ludzie radzili sobie bez nich w trudnych sytuacjach życiowych. Przecież np. żałobę po prostu trzeba przeżyć, a teraz wielu ludzi opłakujących swoich bliskich idzie do psychiatry. Moim zdaniem to powoduje nadrozpoznawalność depresji, ale nie mam na to twardych danych statystycznych. To także efekt uboczny naszych kampanii dotyczących zdrowia psychicznego. Wzrosła świadomość społeczna: nieomal wszyscy już rozumiemy, co to jest depresja, wiemy, że każdy może zachorować, a ten, kto jest chory, nie jest w stanie po prostu „wziąć się w garść”. I to bardzo dobrze. Z drugiej strony mam w prywatnej praktyce ambulatoryjnej pacjentów, którzy przychodzą na wizytę, bo zrobili sobie w internecie test na depresję i wyszło im, że ją mają, a potem poszukali na różnych forach opinii o lekach, wybrali sobie jeden i pytają, czy ja bym mogła ten lek przepisać.

Doktor Google jest chyba zmorą lekarzy wszystkich specjalności. Ale zapewne kampanie popularyzujące wiedzę na temat zaburzeń psychicznych przyniosły pozytywny efekt: zmniejszenie stygmatyzacji chorych psychicznie.
Z jednej strony, na pewno już pójście do psychiatry nie jest czymś tak strasznie wstydliwym, zwłaszcza w ośrodkach wielkomiejskich. Oswoiliśmy depresję. Zwłaszcza jak poszedł przekaz, że to choroba ludzi o zwiększonej wrażliwości. Któż nie chce być uważany za wrażliwego? Z drugiej jednak strony, stosunek do ludzi cierpiących na zaburzenia psychotyczne, maniakalne, nie zmienił się. Wciąż u przeważającej części społeczeństwa budzą po prostu lęk. Są uważani za nieobliczalnych. Chałupę mogą komuś podpalić, jak w serialu „M jak miłość”. Próbowaliśmy jako psychiatrzy interweniować u producenta, proponowaliśmy zmianę scenariusza, żeby ten bohater np. wyzdrowiał w kolejnym odcinku, ale nie przejęto się naszymi protestami i prośbami, stereotypy są bardzo silne. Wciąż bardzo negatywny jest stosunek do osób uzależnionych. Powszechnie uważa się, że sami są sobie winni. Osoby z problemem alkoholowym mają trochę łatwiej dzięki temu, że kilka znanych osób zrobiło coming outy, opowiadając o swojej chorobie.

W wielu dziedzinach naszego życia granica między normą a tym, co już normą nie jest, przesunęła się. Czy to dotyczy także chorób psychicznych?
Dla lekarza zaburzenie nigdy nie będzie normą. Natomiast niewątpliwie obserwujemy większą tolerancję w społeczeństwie dla niestandardowych zachowań. Taki ekscentryk trochę dziwacznie ubrany, nietypowo się zachowujący, nie wzbudza sensacji. Ubieramy się już bardzo różnie i trzeba się naprawdę postarać, żeby ludzie się za kimś oglądali na ulicy. Jak mówi do siebie, to można podejrzewać, że ma w uchu słuchawkę i po prostu rozmawia przez telefon. Natomiast, powtórzę, ta większa tolerancja dla odmienności nie przekłada się na społeczną akceptację dla chorych psychicznie. Negatywne stereotypy ich dotyczące są wciąż bardzo silne. Dlatego w naszej pracy, mam na myśli Fundację eF kropka, która powstała po to, by przeciwdziałać wykluczeniu i stygmatyzacji chorych psychicznie, staramy się odwoływać do tej zwiększonej tolerancji dla odmienności, pokazywać, że ludzie z doświadczeniem kryzysu psychicznego są różni: jedni gadają do siebie – inni milczą, drudzy czasem się śmieją lub płaczą, jak wszyscy, mają swoje rodziny lub są samotni, siedzą w domu i nie wychodzą lub pracują na różnych stanowiskach, a jeszcze inni wykrzykują jakieś hasła. W większości są całkiem zwyczajni i „nie widać po nich choroby”.

Czy chorych psychicznie przyciągają ekstremizmy? Opublikowaliśmy niedawno w POLITYCE reportaż o radykalnych narodowcach, dla których kilku chorych psychicznie stało się problemem. Przychodzą na każdą manifestację, a skrajni nacjonaliści nie chcą być utożsamiani, jak mówią, z wariatami?
Ekstremizmy przyciągają ludzi o określonym typie osobowości, niezależnie od ewentualnej choroby. Bo przecież chorują bardzo różni ludzie. Nie wszyscy to są ci delikatni i wrażliwi. Użytkownik siłowni też może cierpieć na zaburzenia lękowe albo mieć psychozę po sterydach. Natomiast zauważam inne zjawisko. Język publicznej debaty się upsychiatrycznił. Adwersarze wysyłają się nawzajem do psychiatry, wyzywają się od chorych psychicznie, nazwy zaburzeń służą jako inwektywy. Ale to nie tylko polska choroba. W Stanach też niektóre media domagają się, by psychiatrzy wypowiedzieli się na temat poczytalności prezydenta Trumpa. Można to tłumaczyć bezradnością, brakiem merytorycznych argumentów w dyskusji. Albo tym, że to, co się dzieje wokół, jest dla ludzi niewytłumaczalne w inny sposób, bez odwoływania się do choroby psychicznej. Kiedyś rzeczy niewyobrażalne, niezrozumiałe tłumaczono karą boską. Do niedawna prosiliśmy socjologów i psychologów o interpretację. Dziś – coraz częściej – potrzebujemy psychiatrów, żeby nam tłumaczyli świat. Jak społeczeństwo jako całość się dziwnie zachowuje, to pewnie ma jakąś psychozę. To taka patologizacja tych zdarzeń i zachowań. Ale w odniesieniu do chorych psychicznie to stygmatyzacja. Psychoza zmienia, jak mówiłam, postrzeganie świata i siebie w tej zmienionej rzeczywistości. Ale to nie znaczy, że chorzy z psychozą są gorsi czy wręcz groźni dla zdrowych, a jak ktoś robi coś głupiego czy niebezpiecznego, to jest chory psychicznie.

Czy coś w ostatnich latach zmieniło się radykalnie w diagnozowaniu zaburzeń psychicznych?
Bardzo się uszczegółowiły klasyfikacje chorób, pojawiają się kolejne ich wersje jako próba uporządkowania wszystkich zaburzeń. Różnicowanie chorób nie jest sztuką dla sztuki, pomaga w ustaleniu leczenia: psychoterapii i farmakoterapii, w której mamy coraz większy wybór. Rozwija się też psychoterapia, socjoterapia. Jak się uda ustalić, co dolega pacjentowi, staramy się dobrać odpowiednią dla niego ofertę pomocy. Zawsze jednak w każdej klasyfikacji na końcu jest punkt „inne”. Albo „nieokreślone”. Pewna grupa osób nie mieści się w żadnych kryteriach. Doprawdy rzadko trafia się pacjent idealnie pasujący do kryteriów, bo chory ze schizofrenią może także mieć objawy z kręgu zaburzeń lękowych, a jak mu trochę minie psychoza, widoczne się stają jego zaburzenia osobowości. Człowiek jest bardziej skomplikowany niż tabelki i klasyfikacje.

rozmawiała Agnieszka Sowa

***

Rozmówczyni jest ordynatorką Oddziału Zapobiegania Nawrotom Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Zajmuje się leczeniem zaburzeń psychotycznych, afektywnych i lękowych. Przez kilka lat współpracowała z Fundacją Rodzić po Ludzku, w której zajmowała się leczeniem okołoporodowych zaburzeń psychicznych; nadal przyjmuje pacjentki z depresją w ciąży i poporodową. Konsultowała też psychiatrycznie w organizacjach zajmujących się osobami doświadczającymi przemocy domowej. Działa w Fundacji eF kropka zajmującej się zapobieganiem wykluczeniu społecznemu osób z doświadczeniem choroby psychicznej. Jest przewodniczącą filii warszawskiej Sekcji Naukowej Psychiatrii Środowiskowej i Rehabilitacji Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Kierowała Komitetem Organizacyjnym Pierwszego Kongresu Zdrowia Psychicznego (www.kongreszp.org.pl), który odbył się 8 maja br.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną