Ja My Oni

Zamiast małżeństwa

Czy w przyszłości ludzie będą się jeszcze łączyć w pary?

Młodym ludziom jest coraz trudniej osiągnąć taki poziom życia, jaki mieli ich rodzice w ich wieku. Młodym ludziom jest coraz trudniej osiągnąć taki poziom życia, jaki mieli ich rodzice w ich wieku. StockSnap.io
Emily Witt o spełnieniu bez obrączki.
„W Stanach instytucja małżeństwa jest coraz częściej odrzucana”.Bill Diodato/Getty Images „W Stanach instytucja małżeństwa jest coraz częściej odrzucana”.
Wydawnictwo Krytyka Polityczna
Emily Witt, autorka książki „Seks przyszłości”Noah Kalina Emily Witt, autorka książki „Seks przyszłości”

Katarzyna Kazimierowska: – Jak się żyje singlom w USA?
Emily Witt: – W Ameryce ludzie uważają, że nie zarabiają wystarczająco dużo pieniędzy, żeby założyć rodzinę. Dlatego odkładają małżeństwo na później. Ale też niektórzy nie poddają się społecznym oczekiwaniom, że trzeba wziąć ślub, dorosnąć. Nie chcą się podporządkować, iść na kompromis. Wolą poczekać, aż trafią na kogoś, w kim się poważnie zakochają. Na pewno jest to efekt zmian strukturalnych, demograficznych i ekonomicznych. Kiedy zaczęłam research do mojej książki ponad sześć lat temu, akurat rozstałam się z chłopakiem i długo nie mogłam znaleźć kogoś, z kim chciałabym być. Ale wiedziałam też, że nie tylko ja tak mam. Po prostu świat się zmienia, ludzie pobierają się dużo później niż kiedyś albo w ogóle rezygnują ze ślubu.

No tak, w Stanach macie jeszcze kult happy endu, bajkowego „i żyli długo i szczęśliwie”. W Polsce o kobiecie, która nie wyszła za mąż, wciąż mówi się, że „nie ułożyła sobie życia”, nawet jeśli robi oszałamiającą karierę, świetnie zarabia albo rządzi połową świata.
To zabawne, że Ameryka jest bardziej romantyczna niż Europa. Pamiętam swoje zaskoczenie, gdy moi przyjaciele – para po parze – zaczęli się pobierać. Nagle z wyluzowanych ludzi zamieniali się w szaleńców, którzy obsesyjnie zajmowali się listami gości weselnych, organizacją ślubu, jakby to były najważniejsze rzeczy na świecie. Nawet moi przyjaciele single, którzy są mocno po trzydziestce i sporą część ich dotychczasowego dorosłego życia spędzili samotnie – a ich wizja przyszłości raczej nie ma wiele wspólnego z małżeństwem – nadal wierzą w ten jeden kulturowo eksploatowany model życia. I tak też definiują swoje szczęście – że możliwe jest tylko w kontekście małżeństwa.

Eva Illouz, izraelska socjolog, zapytana o przyszłość związków, powiedziała, że może trzeba wyjść poza ograniczenia, jakie nakłada małżeństwo, że w przyszłości związki dwu-, trzy-, czteroosobowe będą na porządku dziennym.
Uwielbiam Evę Illouz. I absolutnie się z nią zgadzam. W Stanach także instytucja małżeństwa jest coraz częściej odrzucana. Dzieje się tak, bo małżeństwo jest tak silnie związane z patriarchatem, że nawet kiedy chcesz od tego uciec, nawet kiedy masz na nie własny pomysł, to i tak w końcu okazuje się, że wpadasz w tradycyjną rolę żony i matki. Niektóre feministki II fali chciały na nowo stworzyć definicję małżeństwa, odświeżyć instytucję. Na mnie ogromny wpływ wywarła Simone de Beauvoir, która powtarzała, że nie może wejść w małżeństwo z Sartre’em, nie może mieć dzieci, bo wtedy historia dopadnie ją i ograniczy, a ona skończy, myjąc toalety.

W swojej książce zastanawiasz się, czy jest miejsce na udane życie seksualne – ba, na udane życie w ogóle – poza instytucją małżeństwa. Sama zadajesz sobie pytanie, czy możesz uznać się za dorosłą. Bo przecież dorosły to ktoś, kto ustatkował się i wziął ślub.
W Ameryce do głosu dochodzi pokolenie tzw. millenialsów. Nie identyfikuję się z tą kategorią, ale uważam, że młodym ludziom jest coraz trudniej osiągnąć taki poziom życia, jaki mieli ich rodzice w ich wieku. Moi rodzice przed trzydziestką wzięli ślub, mieli dom, dzieci, czyli wszystko to, co składa się na dorosłe życie. Ja mieszkam w Nowym Jorku, podobnie jak większość moich znajomych, co wydaje się ekstremalnie trudne, bo życie tu jest naprawdę drogie. I może połowa z nich osiągnęła tyle, co moi rodzice wówczas, może nawet mniej. Dziś młodzi muszą sprostać kombinacji studenckich kredytów do spłaty, rosnących cen nieruchomości i własnej niechęci do wzięcia ślubu z kimś, kogo nie są pewni. Wiele osób w wieku trzydziestu lat mieszka ze współlokatorami, bo tak jest po prostu taniej. Można powiedzieć, że to też rodzaj rodziny, miejskiej rodziny. Kiedy jesteś singlem, cały czas szukasz innych ludzi, towarzystwa, więc znajdujesz różne sieci i formy braterstwa i wsparcia.

Dużo eksperymentowałaś, szukając różnych form spełnienia seksualnego, które nie wymagają bycia w stałym związku. W książce czytamy np., że uczestniczysz w grupie praktykującej medytację orgazmiczną, randkujesz przez internet, jedziesz na festiwal Burning Man. Które z tych doświadczeń było dla ciebie najbardziej wyzwalające?
Każde z nich było na swój sposób odkryciem, bo nigdy wcześniej nie dokonywałam żadnych założeń dotyczących mojej seksualności. Nie wiedziałam, jak ją zdefiniować, i nigdy nie próbowałam wyrazić swoich fantazji, nazwać, co to znaczy, że ktoś mnie pociąga, skąd to wiem, co tak naprawdę lubię w danej osobie. Dlatego trochę mnie to zawstydza, ale myślę, że najważniejsze były dla mnie warsztaty medytacji orgazmicznej. Oni po prostu dużo mówili o kobiecej seksualności, o swojej własnej seksualności, wyrażali to, czego ja nie potrafiłam. Pamiętam, jak Nicole Daedone, założycielka One Taste, organizacji, która przeprowadza warsztaty, opowiadała o seksualnej energii w pokoju, o tym, jak ją wyzwalać, jak się z niej cieszyć. Wtedy poczułam się bardzo niepewnie, byłam zaniepokojona tym, co mówiła.

Dlaczego?
Bo przypomniałam sobie te wszystkie sytuacje w życiu, gdy ktoś, kto mi się nie podobał, próbował ze mną flirtować na jakiejś imprezie czy w barze. I ta sytuacja sprawiała, że się wyłączałam, odsuwałam od tej osoby, dystansowałam. Tak bardzo nie chciałam tego kontaktu, że próbowałam od razu usunąć z siebie całą swoją seksualność, całą interakcję. Zupełnie nie dopuszczałam do siebie własnej seksualności poza sytuacjami, gdy chciałam iść z kimś do łóżka albo już w nim byłam.

Pamiętasz, kiedy zaczęłaś myśleć o swojej seksualności?
Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, a może powinnam. Pamiętam filmy ze scenami miłosnymi, które oglądałam jako nastolatka, bo budziły we mnie silne uczucia, czasem podniecały, czułam, jak moje ciało na nie reaguje. Mam wrażenie, że jako nastolatka byłam wstydliwa, choć nie dorastałam w religijnym domu, gdzie seks byłby tematem tabu czy grzechem. To był typowy amerykański purytański dom na Środkowym Zachodzie. Moi rodzice w młodości przeżyli rewolucję seksualną lat 60., więc nie ograniczali mi wiedzy, nie obrzydzali. Ale jednocześnie seks nie był uważany za poważny temat do rozmowy.

A w szkole?
Tam miałam świetną edukację seksualną, nauczyciele chętnie z nami rozmawiali, mieli otwarte umysły, mówili o seksie w sposób praktyczny i zabawny. Jasno też komunikowali, że seks to radosne i przyjemne doświadczenie. Ale muszę się przyznać, że nawet kiedy zaczęłam uprawiać seks z ludźmi, których lubiłam, z którymi stosunki były dla mnie satysfakcjonujące, cały czas czułam wstyd. Wstydziłam się wielu rzeczy, byłam nieśmiała. Nawet kiedy zaczęłam pracować nad książką, potrzebowałam alibi w postaci dziennikarstwa, by odważyć się na te wszystkie seksualne eksperymenty.

Wracając do eksperymentów: decydujesz się na statystowanie podczas kręcenia dość brutalnego filmu porno i stwierdzasz, że twój stosunek do pornografii nie jest tak radykalny jak kiedyś.
Gdy miałam dwadzieścia parę lat, nie mogłam patrzeć na pornografię. Pamiętam, jak dotknięta i urażona się czułam, gdy odkryłam, że mój ówczesny chłopak ogląda filmy pornograficzne. Denerwowało mnie też, gdy moi męscy znajomi żartowali sobie z jakichś erotycznych scen. Czułam wtedy, że moja seksualność jako kobiety jest tania, że się nią żongluje. A jednocześnie, choć to głupie, byłam zazdrosna, kiedy mój chłopak oglądał pornografię, choć nigdy bym się do tego nie przyznała.

A dziś jak jest?
Zaczęłam oglądać pornografię na potrzeby książki i zrozumiałam, jak ona działa, że może służyć innym. Niektórzy mężczyźni twierdzą, że większość kobiet nie potrafi mówić o swoich fantazjach. Poproszone o ich opisanie, wymigują się, twierdząc, że nie umieją ich wyrazić, udają, że te fantazje są nie do opowiedzenia. A takie sytuacje rodzą potem problemy w związku, w seksie. Jak przeżyć seks z drugą osobą, kiedy nie wiemy, czego chcemy?

A może klucz do naszej seksualności tkwi w nieskrępowaniu, na które tak rzadko sobie pozwalamy? Takie miałam wrażenie, czytając o twoich doświadczeniach na festiwalu Burning Man.
Ciągle wierzę w moc nieprzepartej ludzkiej interakcji, której nic nie pokona. Żałuję, że nie napisałam o tym więcej w książce, ale było kilka takich lat, kiedy bardzo dużo randkowałam i byłam w tym coraz lepsza. Stałam się seksualnie bardziej świadoma i pewna siebie, co pozwoliło mi otwierać się na inne osoby, także te, z którymi byłam krótko w związkach. Nie było we mnie już tego strachu, jaki czułam, kiedy miałam dwadzieścia lat. Nie bałam się, że będę za bardzo czy zbyt blisko.

Czy można odzyskać intymność?
Im więcej o czymś rozmawiamy, tym lepiej to rozumiemy. Podobnie jest z randkami: zawsze są jakieś rytuały, reguły, które trzeba znać, żeby się swobodniej w tym świecie poruszać. Niedawno w Nowojorskiej Bibliotece Publicznej moderowałam panel o Casanovie. Nie był to miły człowiek, ale wiarygodnie opisał współczesne mu desperackie próby spotkań, zbliżeń. I powiem ci, że osiemnastowieczni kochankowie też mieli przygodny seks, w tym względzie wiele się od nas nie różnili. Wszystko zależy od historii, jaką sobie opowiadasz, ona jest naprawdę ważna. Kiedy byłam sama, opowiadałam sobie, że spotykam się z ludźmi, nabieram doświadczenia, ale to nic poważnego, bo czekam na swoją prawdziwą miłość. A to nie była dla mnie dobra historia, bo czyniła mnie nieszczęśliwą.

Tak bardzo chciałaś „ułożyć sobie życie”?
Tak, na początku tak. Udawałam sama przed sobą, że przecież nie może być tak, że jestem nieszczęśliwa z powodu braku faceta. W końcu nie chcesz być aż taką pesymistką w stosunku do swojego życia. Ale gdzieś tam czułam, że może to moja wina, może coś zepsułam albo może mam pecha, i zastanawiałam się dlaczego. Kiedy jesteś poza instytucją małżeństwa, która mimo zmian kulturowych nadal dominuje w społeczeństwie, czujesz się dziwakiem, myślisz, że zrobiłaś coś nie tak, ale nie wiesz co.

Czułaś presję?
W dużych miastach bycie singlem to nie problem. Moja rodzina też nie wywierała nacisku, dałam im wolną rękę w kwestii tłumaczenia mojego statusu cywilnego przed sąsiadami i znajomymi. Moja mama opowiadała więc, że jestem sama, bo tak zdecydowałam, po prostu wybrałam inny model życia. Choć ja nie czułam, że kiedykolwiek podjęłam taką decyzję. W jej ustach brzmiało to tak, jakbym odrzucała zaloty kolejnych absztyfikantów. Ale pamiętam też moment, gdy pojechałam do Nigerii napisać reportaż. To jest miejsce, gdzie wszyscy bardzo wcześnie się pobierają. Tam dopiero poczułam prawdziwą presję i smutek. Czułam, jak ludzie mi współczują, jak mnie żałują, że jestem sama, że taka miła dziewczyna nie ma męża.

Musiałaś być dla nich anomalią.
Tak. Kiedy kogoś o coś wypytywałam, w zamian padało pytanie, czy jestem mężatką, dlaczego nie i co jest ze mną nie tak. A dla mnie to było trudne, bo nie miałam do opowiedzenia żadnej sensownej historii, która tłumaczyłaby, dlaczego tak jest. Funkcjonowałam w świecie jako jednostka bez pary, co w naszej kulturze pozostaje niejasne. No bo jak wyjaśnisz taką niestabilną seksualność, jak to określisz, jaką nadasz takiemu statusowi wartość? Moja sytuacja traktowana była przez otoczenie jako coś tymczasowego, moje związki jako chwilowe, takie, które donikąd nie prowadzą. Jak śmieci albo jak relacje typowe dla młodzieży, co też mi do końca nie odpowiadało, bo nie czułam się już taka młoda.

Nadal przeraża cię myśl o byciu singlem?
W trakcie pisania „Seksu przyszłości” pojawił się chłopak, w którym nie byłam zakochana. Zerwaliśmy kilka miesięcy przed oddaniem książki do druku. Niedługo potem zakochałam się i oto jestem w szczęśliwym, miłym związku. Dziś nie boję się powrotu do bycia singlem, co więcej, jestem pewna, że to się kiedyś znowu wydarzy, że będę sama. Ale to, czego nauczyłam się przez ostatnie lata, narzędzia, jakie nabyłam, pozwoliły mi docenić samą siebie. I to procentuje. Dlatego samotność już mnie nie przeraża.

W książce z zaangażowaniem opisujesz relację miłosną trójki poliamorystów, ale w jednym z wywiadów przyznałaś, że to nie jest twój świat. Czy poliamoria jest rozwiązaniem na nowe czasy?
Kilka lat temu moi przyjaciele wyśmialiby mnie, gdybym im powiedziała, że jestem w poliamorycznym związku. Teraz to się zmieniło, poliamoria weszła do mainstreamu. Mnie się jednak wydaje, że nie mam takiego hartu ducha, żeby być z dwoma facetami i umieć to uczciwie rozgrywać. Ale choć na początku postrzegałam związki poliamoryczne jako trochę naiwne, trochę autodestrukcyjne, bo myślałam, że jestem dorosła, a ludzie, którzy wolą żyć w poliamorii, tworzą emocjonalny chaos, są niedojrzali, teraz uważam, że są to autentyczne związki, gdzie uczciwość i szczerość to najwyższe wartości.

Ale te same wartości znajdziesz w związku monogamicznym.
W związku monogamicznym najważniejsza jest więź, więc ludzie często kłamią sobie w oczy, byle tylko ją utrzymać, byle jej nie zepsuć. A w związkach poliamorycznych jest inaczej, ważna jest uczciwość i lojalność. Podziwiam oddanie pozostających w nich ludzi eksperymentom, ciągłym poszukiwaniom. Też chciałabym móc poszukiwać i eksperymentować, postawić na autentyczność, prawdziwość i uczciwość. Dziś rozumiem, że może być trudno wejść w relację, gdy druga osoba oczekuje, że nie będziemy chcieli poznać kogoś nowego, nie będziemy chcieli sypiać z kimś innym. Szukam różnych definicji zaangażowania w związku. Tego się od nich nauczyłam.

To jaka jest twoja definicja zaangażowania?
Wspólnie z moim chłopakiem zdecydowaliśmy, że nasz związek będzie otwarty. I odkąd jesteśmy razem, spaliśmy też z innymi osobami. Nie jest to łatwa sytuacja, ale trzymamy się tej decyzji. Najważniejsza dla mnie w związku jest uczciwość. Jednocześnie zależy mi na tym, żeby czuć, że dla niego to ja jestem najważniejszą osobą. Ale otwartość oznacza także kontynuowanie seksualnych przygód, eksperymentów, które dla mnie są ważne. I nie chodzi o to, żeby usiąść razem i obejrzeć porno, ale żeby na przykład pójść na imprezę. Eksperymentowanie z seksem jest dla mnie częścią związku, nawet kiedy jestem w kimś zakochana i ktoś mnie kocha.

rozmawiała Katarzyna Kazimierowska

Ja My Oni „Jak nie oszaleć w szalonym świecie” (100122) z dnia 07.08.2017; Razem i osobno; s. 56
Oryginalny tytuł tekstu: "Zamiast małżeństwa"
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną