Ja My Oni

W imię ojca

Czy warto wierzyć w Boga?

Czy każda osoba uważająca siebie za religijną jest „z automatu” bardziej szczęśliwa i zdrowa? Czy każda osoba uważająca siebie za religijną jest „z automatu” bardziej szczęśliwa i zdrowa? Art Media / BEW
Co daje człowiekowi wiara religijna.

W XVII w. francuski filozof Blaise Pascal w swoim niedokończonym dziele „Myśli” przedstawił słynny Zakład (zwany także Grą), w którym dowodził, że warto wierzyć w Boga. Nie wierząc w niego, człowiek zyskuje być może większą wolność w życiu doczesnym, ale traci życie wieczne. Wierząc i poświęcając się modlitwie oraz czynieniu dobra, ma jednak na nie szansę. Czy na początku XXI w., w czasach postępującej sekularyzacji społeczeństwa i licznych skandali w Kościele na całym świecie, nadal warto wierzyć? A jeśli tak, to czy tylko przez wzgląd na życie wieczne, czy też może wiara coś jednak daje i w życiu doczesnym?

Czy współczesna psychologia potwierdza stwierdzenie Pascala? Czy też skłania się raczej ku zdaniu Zygmunta Freuda, że religia to zbiorowa iluzja, neurotyczny rytuał, który pomaga ludziom uciec od lęku, ale nie przyczynia się w żaden sposób do rozwoju osobowości?

Odpowiedź na te pytania nie jest prosta. Badania nad religijnością mają w psychologii ponad 100-letnią tradycję, ale z powodu dominacji biomedycznego modelu zdrowia w psychiatrii nie traktowano ich zbyt poważnie. Religijność i duchowość przez lata były uważane za coś nienaukowego, czym psychologia nie powinna się zajmować. Nie uznawano ich też za istotny element terapii. Dopiero koniec XX w. i rozwój psychologii pozytywnej to powrót do badań nad tym, jak religijność wpływa na zdrowie i dobrostan człowieka.

Jednoznaczne rozstrzygnięcie dylematu wierzyć/nie wierzyć utrudnia także typowy dla psychologii problem ze zdefiniowaniem pojęć – w tym wypadku religijności. Czy to po prostu przynależność do jakiegoś konkretnego Kościoła lub wyznania, przywiązanie do wyznaczanego przez niego systemu przekonań, udział w praktykach religijnych? Czy też chodzi raczej o poczucie osobistej relacji z Bogiem, siłą wyższą albo naturą? Badacze wyróżnili wiele różnych aspektów religijności, jednak najczęściej mówi się o jej trzech orientacjach:

wewnętrznej, w której istotne jest praktykowanie religii dla niej samej, kierowanie się wartościami i przekonaniami z nią związanymi bez względu na to, czy będzie to przynosiło wymierne korzyści;

zewnętrznej, w której ważna jest raczej przynależność do danej grupy wyznaniowej, bezpieczeństwo, prestiż społeczny; sama religia może tu być traktowana w sposób powierzchowny i instrumentalny;

nastawionej na poszukiwania duchowe (z ang. quest), co wiąże się z gotowością człowieka do stawiania pytań egzystencjalnych oraz krytycznym spojrzeniem na życie.

Dla rozróżnienia pomiędzy zorganizowanym i instytucjonalnym a bardziej osobistym, wewnętrznym wymiarem wiary, wprowadzono w latach 90. pojęcie duchowości. Odnosi się ono do osobistych doświadczeń sacrum, łączności człowieka z Bogiem lub inaczej rozumianą siłą wyższą, ale także poszukiwania sensu życia. Można być więc zarówno duchowym, a nie religijnym, jak i religijnym, ale nie duchowym. Wielu badaczy nadal używa jednak tych pojęć wymiennie.

Szczęście z góry

Jedną z pionierek badań nad duchowością jest dr Lisa Miller, założycielka Spirituality Mind Body Institute w Columbia University. W swojej książce „The spiritual child” z 2015 r. (w Polsce wydanej pod tytułem „Czy dzieci powinny wierzyć w Boga”) opisuje sceptycyzm, z jakim spotykała się, próbując prowadzić badania dotyczące duchowości w ochronie zdrowia. Obejmowały one wywiady z setkami dzieci i rodziców, studia przypadków oraz badania mózgu (neuroobrazowanie). W ich efekcie dr Miller doszła do wniosku, że „rozwój duchowy jest biologicznym i psychologicznym imperatywem od chwili narodzin”. A jeśli jest mądrze wspierany przez rodziców, pozwala w wieku nastoletnim i dorosłym lepiej radzić sobie z trudnościami życiowymi, zmniejsza ryzyko depresji, uzależnienia i innych problemów zdrowotnych. Wiąże się też z poczuciem większego sensu, celowości i większym optymizmem.

Liczne wyniki badań nad powiązaniami pomiędzy religijnością a dobrostanem, zdrowiem psychicznym i fizycznym przedstawia w swojej (wznowionej w tym roku przez PWN) książce „Psychologia religii” Bernhard Grom z Hochschule für Philosophie München. Wynika z nich, że religijność może wiązać się z większym zadowoleniem z życia, poczuciem bycia szczęśliwym, pozytywnymi uczuciami, pozytywnym poczuciem własnej wartości czy zadowoleniem z małżeństwa i jego stabilnością.

Jednak czy każda osoba uważająca siebie za religijną jest „z automatu” bardziej szczęśliwa i zdrowa?

Prof. Hanna Grzymała-Moszczyńska z Akademii Ignatianum w Krakowie uważa, że religijność bardziej sprzyja zdrowiu i szczęściu człowieka wtedy, gdy ma charakter wewnętrzny, gdy jest celem samym w sobie, a nie środkiem do innego celu i gdy rzeczywiście zawierzy on się Bogu (lub innej sile wyższej). U osób o takiej orientacji religijnej obserwuje się mniejsze poczucie winy i lęku. Natomiast religijność rozumiana jako poszukiwanie sensu wiąże się z większą otwartością i plastycznością umysłową, a także niezależnością i samodzielnością. Religia traktowana w sposób instrumentalny i egoistyczny jako środek do zrealizowania innych celów (takich jak poczucie przynależności czy status społeczny) nie tylko zaś nie pomaga się poczuć lepiej, ale wydaje się, że może wręcz negatywnie wpływać na dobrostan.

Znaczenie ma też to, jak postrzega się Boga – jako obdarzającego ludzi bezwarunkową miłością, akceptującego, wybaczającego i dającego możliwość wolnego wyboru czy przede wszystkim karzącego. Pierwszy sposób myślenia ma pozytywny wpływ na zaufanie do siebie samego, poczucie własnej wartości i zdolność do radzenia sobie z trudnościami.

Psychologowie sądzą także, że to nie duchowość czy religijność sama w sobie powoduje, że ludzie czują się szczęśliwsi. Jest raczej tak, że wiara wpływa na przekonania oraz zachowania, a to z kolei znajduje odzwierciedlenie w zdrowiu, poczuciu zadowolenia z życia. Osoby religijne mogą np. unikać ryzykownych zachowań, takich jak picie alkoholu czy przyjmowanie substancji psychoaktywnych, bo starają się żyć zgodnie z zasadami swojej wiary. A w razie problemów mogą liczyć na wsparcie ze strony innych osób należących do ich wspólnoty.

Prof. Kenneth Pargament z Bowling Green State University, jeden z czołowych badaczy związków pomiędzy duchowością i religijnością a radzeniem sobie ze stresem, zauważył, że religijność wpływa także na sposób, w jaki człowiek postrzega spotykające go w życiu trudności i jak sobie z nimi radzi. Wyróżnił on trzy style:

1. „Współpraca” z Bogiem. Ludzie widzą źródło swoich problemów czy wyzwań zarówno w swoim działaniu, jak i woli Boga czy innej siły wyższej, a próbując je rozwiązać, starają się zrozumieć, czego Bóg od niego oczekuje.

2. Nakierowanie na siebie. Ludzie wierzą, że jeśli napotykają w życiu jakieś trudności, to Bóg obdarzył ich wystarczającymi umiejętnościami i zasobami, aby sobie z nimi poradzić.

3. Przerzucenie odpowiedzialności na Boga. Tu ludzie oczekują boskiego wsparcia czy znaków z jego strony co do tego, w jaki sposób problem powinien być rozwiązany.

Strategie religijnego radzenia sobie ze stresem mogą być zarówno pozytywne (prowadzące do lepszego rozwiązania problemów i w rezultacie większego dobrostanu), jak i negatywne. Do pozytywnych należy traktowanie trudności jako części Bożego planu lub czegoś potencjalnie pozytywnego, szukanie wsparcia duchowego czy społecznego, wierność praktykom religijnym, zwrócenie się do Boga o wsparcie. Do negatywnych – postrzeganie sytuacji jako kary ze strony Boga (albo dzieła Szatana), bierność i oczekiwanie, że to Bóg rozwiąże ludzkie problemy, niezadowolenie czy złość na Boga lub Kościół, ale także radzenie sobie bez pomocy Boga.

Strategie, które są oparte na zaufaniu do Boga i poczuciu bliskości z nim, akceptacji tego, co się wydarzyło, jako elementu jego planu, modlitwie i kontakcie ze wspólnotą pozwalają lepiej sobie radzić w sytuacjach takich, jak np. chroniczna lub nieuleczalna choroba czy strata najbliższej osoby. U osób je stosujących zaobserwowano też niższy poziom lęku i depresji niż u tych, które te same wydarzenia traktują jako karę ze strony Boga.

Nieszczęście z góry

Religijność i duchowość mogą w niektórych sytuacjach mieć negatywny wpływ na dobrostan i zdrowie psychiczne człowieka. Na gruncie psychologii nie można jednak jednoznacznie stwierdzić, czy to religijność prowadzi do zaburzeń psychicznych, czy też zaburzenia psychiczne sprawiają, że związane z religią zachowania, przekonania i sposób myślenia u takich osób są inne niż u osób zdrowych. Trudno więc określić, czy na przykład wyobrażenie Boga jako karzącego prowadzi do większej depresji i lęku, czy też odwrotnie – że tendencja do lęku i depresji przynosi taki, a nie inny obraz Boga. Prawdopodobnie obie te zależności są możliwe.

Psychologowie i psychiatrzy zaobserwowali, że w takich zaburzeniach, jak nerwica natręctw, depresja czy psychoza, często pojawiają się motywy religijne. Różnego rodzaju halucynacje i urojenia o takim charakterze mogą towarzyszyć zwłaszcza schizofrenii. Osoby na nią cierpiące bywają przekonane, że za pomocą specjalnych znaków lub przemawiających do nich głosów została im przekazana specjalna misja do wykonania. Mogą też doznawać ekstazy czy mistycznego poczucia zjednoczenia z całym światem. Interpretacja tych symptomów jako przejawów psychopatologii zależy jednak w dużej mierze od kultury. W cywilizacji zachodniej będą one objawami choroby, podczas gdy z kulturach bardziej „pierwotnych” mogą one wskazywać raczej na proces transformacji, który przechodzi dana osoba, czy też na jej potencjał uzdrowiciela-szamana.

Innym argumentem przemawiającym za tym, że religia może być w jakiś sposób związana z zaburzeniami, są przeprowadzone w latach 60. badania pokazujące, że problemy ze zdrowiem psychicznym są bardziej rozpowszechnione wśród duchownych i zakonników niż osób świeckich. Nie ma jednak odpowiedzi na pytanie, czy te osoby miały problemy ze zdrowiem psychicznym, zanim wstąpiły na drogę duchową – traktując ją jako swego rodzaju ucieczkę przed koniecznością radzenia sobie z nimi, czy też to właśnie wstąpienie na ścieżkę duchową powoduje owe problemy.

Ucieczka w duchowość dotyczy też świeckich. Na Zachodzie funkcjonuje wprowadzone przez amerykańskiego psychologa klinicznego i buddystę Johna Welwooda pojęcie spiritual bypassing. Używa się go na określenie praktyk duchowych i religijnych stosowanych raczej do tego, by uniknąć konfrontacji ze swoimi emocjami i problemami, niż by sobie z nimi poradzić. Razem z napływem różnego rodzaju praktyk duchowych i religijnych z innych kultur (a wręcz mody na nie) rośnie liczba osób, które uczestniczą w coraz to nowszych warsztatach, obrzędach, ceremoniach czy medytacjach. Duchowość ma dla części z nich być cudownym lekiem, który rozwiąże wszystkie problemy. Za jej pomocą dokonać się ma magiczne uzdrowienie czy przemiana. Najczęściej jednak tak się nie dzieje i w życiu takich osób albo nic się nie zmienia, albo dotychczasowe problemy w relacjach z bliskimi, ze sobą i z wymogami tego świata jeszcze narastają.

Pytanie: czy warto wierzyć, jest więc być może źle postawione. Powinno raczej brzmieć: jak wierzyć, aby zapewnić sobie nie tylko życie wieczne, lecz także szczęśliwsze życie doczesne. Wiara w Boga, matkę naturę czy inną siłę wyższą powinna być przemyślana, poddana refleksji, a nie ślepa i bezkrytyczna. Jej zasady powinny też raczej wzmacniać poczucie bezpieczeństwa i zaufania zarówno do siebie, jak i do siły wyższej, niż je podważać. Dobrze jest też wiarę przełożyć na konkretne działanie zgodne z wyznawanymi wartościami i dające poczucie sensu. Nie wystarczy praktykowanie religii bez autentycznego czucia i rozumienia sensu tych praktyk. A przede wszystkich – wiara nie zwalnia z odpowiedzialności za własne życie i rozwiązywanie własnych problemów, choć poczucie oparcia w Bogu może w tym bardzo pomóc.

Ja My Oni „Dobrostan” (100158) z dnia 25.11.2019; Polepszyć swój stan; s. 34
Oryginalny tytuł tekstu: "W imię ojca"
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną