Bój się banków
Uwaga Europy skupia się na bankrutujących rządach, ale to krach europejskich banków stanowi największe zagrożenie dla światowej gospodarki. Czy strefie euro grozi coś gorszego niż Lehman Brothers?
Antybankowa agresja manifestantów w Rzymie, 2011 r.
Kikapress/PAP

Antybankowa agresja manifestantów w Rzymie, 2011 r.

Polityka

W Europie działa 8 tys. banków, w tym pięć największych na świecie: francuski BNP Paribas, niemiecki Deutsche Bank oraz brytyjskie HSBC, Barclays i Royal Bank of Scotland. Każdy z nich ma więcej aktywów niż największy za oceanem Bank of America czy najpotężniejszy w Japonii Mitsubishi UFJ. Rozmiar europejskich banków to owoc trzech dekad rozwoju: prywatyzacji lat 80., skupowania krajowych konkurentów w latach 90., wreszcie ekspansji na Europę w minionym dziesięcioleciu. Ostatnim jej etapem była bankowa konkwista nowych krajów członkowskich Unii: poza polskim PKO BP w Europie Środkowej nie ma dziś liczących się banków krajowych, są tylko córki matek z Europy Zachodniej. Ale największe nie znaczy wcale najlepsze.

Podczas gdy banki w USA raportowały w ostatnich kwartałach zyski wyższe od oczekiwań, te w Europie odpisywały straty z greckich obligacji. Od początku 2011 r. kursy ich akcji spadły o ponad 40 proc., a agencje ratingowe tną noty największych graczy. Strażników wypłacalności niepokoi mało stabilna pozycja finansowa europejskich banków: według rankingu miesięcznika branżowego „The Banker” współczynnik wypłacalności (najogólniej mówiąc, ile mają kapitału własnego do masy udzielonych kredytów) wynosi średnio 4,28 proc., a współczynnik lewarowania (ile pożyczyły w relacji do faktycznego majątku) sięga 26. W Ameryce banki są dziś wylewarowane „tylko” 16 razy, a poziom kapitału sięga 7,23 proc. aktywów.

Od upadku Lehman Brothers europejskie banki są w stanie chronicznego osłabienia – mówi Nicolas Véron, badacz sektora bankowego w brukselskim think tanku ekonomicznym Bruegel. W Europie nie upadł żaden bank, kilka mniejszych zostało przejętych przez państwo, kilka większych podparto, ale nikt nie sprawdził kondycji całego sektora. Amerykanie jeszcze w 2009 r. przeprowadzili testy obciążeniowe (stress-tests) swoich banków, najsłabsze zamknęli, największe zmusili do restrukturyzacji, dzięki czemu zaufanie inwestorów powróciło. – Gdyby w Europie rok temu zrobiono to samo, kryzys zadłużeniowy byłby dziś do ogarnięcia. Teraz największym problemem jest zaraźliwość – dodaje Véron.

Lato żywych bankrutów

Obligacje Grecji są dla Europy tym, czym kredyty subprime były dla Ameryki. Jeszcze trzy lata temu uchodziły za równie bezpieczne jak dług Niemiec, różnica oprocentowania między nimi sięgała najwyżej pół punktu. Upadek Lehman Brothers w 2008 r. tylko zwiększył apetyt na obligacje, banki szukały bowiem bezpiecznej lokaty kapitału, a państwa emitowały nowe długi, by opłacić programy wspierania koniunktury. Oprocentowanie obligacji słabszych członków strefy euro zaczęło rosnąć dopiero jesienią 2009 r., gdy Grecja ujawniła swój horrendalny deficyt budżetowy. Ale banki nie wierzyły jeszcze, że kraj strefy euro może upaść i kupowały dalej, zacierając ręce na widok rosnących zysków.

Dwa lata później Grecja jest bankrutem, Portugalia walczy o utrzymanie wypłacalności, a Hiszpanii i Włochom grozi utrata płynności. Politycy mieli mnóstwo czasu, by zdeptać ogień na obrzeżach strefy euro, nim dotrze do jej serca, ale nie mieli do tego narzędzi wspólnej polityki fiskalnej ani woli przezwyciężenia narodowych egoizmów. Gdy już musieli działać, podejmowali spóźnione decyzje, a kryzys ciągle ich wyprzedzał: kłopoty Grecji i Portugalii nie skończyły się po przyznaniu tym krajom pakietów ratunkowych, a utworzony rok temu Europejski Fundusz Stabilizacji Finansowej (EFSF), wtedy uważany za gigantyczny, dziś jest za mały, by ugasić pożogę.

W lipcu 2011 r. przywódcy eurolandu uchwalili podwyżkę EFSF z 440 do 780 mld euro, by móc ratować Hiszpanię i Włochy, ale stworzyli też nowy problem. Jedną z decyzji tamtego szczytu była zapowiedź „dobrowolnego” zrzeczenia się (haircut) przez wierzycieli Grecji części wartości posiadanych obligacji. Banki miały w ten sposób dołożyć się do akcji ratowniczej, o co zabiegały Niemcy, a jednocześnie uniknąć wstrząsu, jakim byłaby nagła niewypłacalność Grecji, czego obawiała się z kolei Francja. Ale inwestorzy uznali to posunięcie, skądinąd słusznie, za krok do kontrolowanego bankructwa: rynkowa wycena greckich papierów spadła w ciągu lata do 30 proc. ich nominalnej wartości, a banki znalazły się pod presją, by odpisać straty z tego tytułu.

Wiadomością sierpnia było rosnące oprocentowanie obligacji Hiszpanii i Włoch, świadczące o tym, że kryzys zadłużeniowy dotarł do centrum strefy euro, ale równie niepokojące sygnały napływały z rynku międzybankowego: ze strachu przed upadkiem Grecji banki przestały pożyczać sobie nawzajem i zaczęły chomikować kapitał. By utrzymać płynność, Europejski Bank Centralny (EBC) musiał zapewnić bankom nieograniczone pożyczki, a w październiku zaczął skupować ich własne obligacje. Podobna susza kredytowa miała miejsce w Ameryce przed upadkiem Lehman Brothers. – Z tą różnicą, że tamto wydarzenie było niespodzianką, a straty na greckich obligacjach można było przewidzieć – mówi prof. Barry Eichengreen, ekonomista z Uniwersytetu Harvarda.

Dexia Brothers

Szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) Christine Lagarde już w sierpniu apelowała o dokapitalizowanie banków, ale została za to zrugana przez dawnych kolegów ministrów finansów strefy euro. Testy obciążeniowe, przeprowadzone miesiąc wcześniej przez Europejski Nadzór Bankowy (EBA), wykazały, że unijnym bankom brakuje najwyżej 2,5 mld euro – dopiero potem wyszło na jaw, że na bilansach banków ćwiczono scenariusz recesji w strefie euro, a nie bankructwa Grecji, które nadciąga milowymi krokami. We wrześniu MFW wyliczył, że jeśli do niego dojdzie, bankom zabraknie 200 mld euro, rynek szacuje dziś niedobór kapitału na 250 mld. EBA doszła w grudniu do 114 mld.

Tymczasem kryzys bankowy pochłonął już pierwszą ofiarę: w połowie października Belgia, Francja i Luksemburg dyskretnie rozparcelowały bank Dexia. Jeszcze w lipcu śpiewająco zdał testy obciążeniowe, ale we wrześniu miał już kłopoty ze zdobyciem kapitału na rynku międzybankowym. Dexia ucierpiała już w poprzednim kryzysie, ale miała też drugie po BNP Paribas zasoby greckich obligacji i postanowiła je odpisać, notując stratę 9 mld euro. Inwestorzy nie docenili tego aktu szczerości i kurs akcji banku spadł w jeden dzień o 22 proc. Przypadek małej Dexii wyjaśnia, dlaczego wielkie banki nie kwapią się do urealniania wartości posiadanych obligacji, zanim nie zwiększą kapitału na absorpcję strat.

To idzie jednak jak po grudzie, tymczasem susza kredytowa się zaostrza. W grudniu EBC po raz kolejny zaoferował bankom nieograniczone pożyczki na trzy lata – banki wzięły w sumie aż 490 mld euro, co świadczy o tym, że nie mają od kogo pożyczać na rynku. Na domiar złego z ostatnich stress-testów wynika, że kryzys dotarł do banków niemieckich, uważanych dotychczas za szczególnie odporne. Ich łączna luka kapitałowa wzrosła z 5 do 13 mld euro, sam Deutsche Bank musiał zdobyć dodatkowe 3,2 mld, a drugi co do wielkości Commerzbank aż 5,3 mld. Po publikacji tych wyników pojawiły się obawy, że ten ostatni bank może zostać prewencyjnie przejęty przez państwo.

Za duże, by ratować?

Europa boi się powtórki Lehman Brothers, ale ryzyko systemowe, przed którym stoi, jest znacznie poważniejsze. Z 6 bln euro wzajemnych zobowiązań europejskie banki zależą od siebie o wiele bardziej niż amerykańskie, a niedobór kapitału sprawia, że nawet niewielki spadek wartości aktywów może zepchnąć je w bankructwo. Ale przede wszystkim są za duże jak na możliwości finansowe swoich krajów: aktywa BNP Paribas sięgają 128 proc. PKB Francji, Deutsche Banku – 89 proc. PKB Niemiec, a HSBC, Barclays i Royal Bank of Scotland – 326 proc. PKB Wielkiej Brytanii. Dla porównania, aktywa Bank of America są warte zaledwie 15 proc. PKB Stanów Zjednoczonych.

Podczas gdy USA borykały się z problemem banków zbyt dużych, by pozwolić im upaść (too big to fail), kraje strefy euro zmagają się z bankami zbyt wielkimi, by ratować je na własną rękę (too big to save). Przestrogą jest Islandia, gdzie upadający sektor finansowy zmiażdżył krajową gospodarkę. Żaden z kontynentalnych gigantów nie stoi na krawędzi bankructwa, ale mało który rząd eurolandu stać dziś na branie nowych długów nawet na rekapitalizację. – Banki powinny same zadbać o podniesienie swojego kapitału podstawowego i zrobią to, jeśli politycy ich do tego zmuszą – mówi Eichengreen. Komisja Europejska chce, by wykazały się współczynnikiem wypłacalności na poziomie 9 proc.

Jeśli politycy nie powstrzymają kryzysu zadłużeniowego, całej Europie grozi kryzys bankowy, nad którym trudno będzie zapanować. – Unia nie ma procedur ratowania paneuropejskich banków – ostrzega Véron. Sam nadzór bankowy w Unii składa się z 51 instytucji, a EBA pełni jedynie funkcję koordynatora. Gdyby któryś ze słabszych członków eurolandu był zmuszony znacjonalizować wielki bank, może podzielić los Irlandii, która zrujnowała w ten sposób swoje finanse publiczne. To z kolei pociągnęłoby za sobą obniżkę ratingu i spadek zaufania do obligacji kolejnego rządu strefy euro.

Mniej kredytu, więcej długu

Polacy zdają się nie przejmować dramatycznymi wydarzeniami w strefie euro – jakby w przekonaniu, że w Europie dużo się gada i histeryzuje, a potem w ostatniej chwili politycy zawsze coś wymyślą. Nie panikujemy i to jeden z powodów, dla których nasza gospodarka, napędzana konsumpcją wewnętrzną, wciąż się rozwija, ku zazdrości naszych partnerów. Ale tym razem nie ma gwarancji, że kryzys w Europie Zachodniej ominie nas tak samo jak w 2009 r. Do Polski może się on wlać poprzez system bankowy, gdyż prawie wszystkie nasze banki to córki banków zagranicznych, głównie z Europy. Bankowcy dostrzegają trzy możliwe źródła zagrożeń.

Pierwsze dotyczy dostępności kredytów. Banki będą musiały się dokapitalizować, a jeden z najprostszych sposobów to ograniczenie akcji kredytowej w spółkach zależnych. Poza tym banki zachodnioeuropejskie, nie chcąc sięgać po kosztowną i krępującą pomoc rządową, mogą decydować się na sprzedaż aktywów, w tym przypadku także swoich filii w Polsce. Kto miałby je ewentualnie kupować? W grę wchodzą Amerykanie, Chińczycy i Rosjanie, ale w przypadku tych dwóch ostatnich krajów są silne opory polityczne. Ale nic tak skutecznie nie przełamuje oporów jak nóż na gardle. W każdym razie można się spodziewać ożywienia w handlu bankami, a to zawsze oznacza pewną destabilizację.

Wreszcie, po trzecie, musimy się liczyć z trudnościami w finansowaniu polskiego długu. Potrzeby pożyczkowe strefy euro w tym roku przekroczą 1 bln euro, sprzedając nasze obligacje, staniemy więc do ciężkiej konkurencji o pieniądze. To może mieć także negatywny wpływ na kurs złotego, co jest złą wiadomością, zwłaszcza dla Polaków zadłużonych we frankach szwajcarskich. Słowem, grożą nam większe trudności w dostępie do kredytu i być może większe od planowanych restrykcje budżetowe. To by oznaczało groźbę obniżenia tempa wzrostu polskiej gospodarki ze wszystkimi znanymi konsekwencjami, zwłaszcza dla rynku pracy.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną