Nie liczcie na Chindie
Światowy wzrost gospodarczy zależy dziś od Chin i Indii. To one ciągnęły resztę globu, gdy Ameryka i Europa w 2009 r. wpadły w recesję. Czy w tym roku będzie podobnie?
Szczyt chińsko-hinduski w Pekinie, październik 2008 r. Premier Indii Manmohan Singh - drugi z prawej, prezydent Chin Hu Jintao - drugi z lewej. W tym czasie świat wchodził w kryzys.
Reuters

Szczyt chińsko-hinduski w Pekinie, październik 2008 r. Premier Indii Manmohan Singh - drugi z prawej, prezydent Chin Hu Jintao - drugi z lewej. W tym czasie świat wchodził w kryzys.

Polityka

Długi pogubionego w konsumpcji Zachodu w najbliższych latach mają finansować mieszkańcy Azji, obudzeni do robienia interesów przez nowy porządek świata i nowe technologie – ludzie tacy jak Randżit Gupta. Jeszcze w 2000 r. był on chłopem bez perspektyw, biedującym na poletku ryżu pod New Delhi. Rok później wessało go miasto. Na chodnikach stolicy Indii zaczął ozdabiać henną dłonie i stopy panien młodych. Tych najbiedniejszych po najniższych stawkach. Ale nawet to wystarczyło, żeby Randżit odłożył trochę pieniędzy. W 2002 r. kupił za nie komórkę.

Od tamtego czasu, skomunikowany ze światem, mógł świadczyć usługi nieco bogatszym pannom młodym, jeżdżąc do ich domów na umówione wizyty. Przez telefon zamawiał materiał, i tak odpadł mu czas na dojazdy do specjalistycznych sklepów. Następną komórkę kupił już z aparatem fotograficznym i natychmiast stworzył zdjęciowe portfolio swoich wzorów, które w każdej chwili mógł przesłać klientom. To jeszcze bardziej rozbudziło jego miłość do komórek, uczucie, które dzieli z 600 mln rodaków. Kupił nawet jedną swojemu synowi, by ten – choć wciąż mieszka na wsi – mógł szkolić się w sztuce henny na podstawie zdjęć od ojca.

Kiedy Gupta Junior przyjedzie do Delhi, nie wyląduje, jak jego tata, na chodniku. Obaj są żywym potwierdzeniem tezy znanego amerykańskiego dziennikarza i politologa Thomasa Friedmana, że takie zjawiska jak globalizacja, Internet szerokopasmowy czy nowe modele biznesowe pomagają najbardziej krajom Azji. Friedman jednak używa przykładów ze znacznie wyższej półki niż rodzinny biznes zdobienia kończyn pannom młodym – globalnych firm takich jak Infosys (technologie informatyczne), Wipro (usługi IT, konsulting) czy Tata (od technologii informatycznych przez energetykę po produkcję samochodów).

Ludzie tacy jak Gupta będą budować nową indyjską klasę średnią, na której (oczywiście oprócz chińskiej middle class) oprze się rozwój świata. Grupę społeczną, którą na razie trudno policzyć, ale która prawdopodobnie przekracza już dzisiaj 50 mln ludzi. Pod tym względem Chiny wyprzedzają Indie – mają dziś ok. 55 mln gospodarstw domowych, które można zaliczyć do middle class. W 2025 r. będą miały ich 280 mln. Już dzisiaj są krajem, w którym sprzedaje się najwięcej na świecie telewizorów, lodówek i urządzeń do klimatyzacji. Także samochodów, choć na tysiąc mieszkańców tego kraju auto posiada tylko 14 (w USA 400).

Smok omdleje?

To Chiny, kraj, który w ciągu jednego pokolenia trzykrotnie powiększył swoją gospodarkę, na spółkę z Indiami już raz wyciągnęły świat z recesji po kryzysie amerykańskim. Bez nich byłaby ona o wiele głębsza. Ale to wcale nie znaczy, że posłuchają modlitw ekonomistów z bogatych krajów i zrobią to ponownie, jeśli kryzys europejski zagrozi światowej gospodarce. W 2009 r. Chiny nie zwolniły m.in. dlatego, że partia komunistyczna zażądała od władz lokalnych nieodkładania inwestycji na półkę, naciskając jednocześnie na banki, by te projekty finansowały. Teraz partia naciskać nie zamierza.

23 stycznia w Chinach skończył się rok Królika, czyli niepewności i zawirowań, a rozpoczął się rok Smoka, a więc powodzenia i potęgi. Ale prognozy gospodarcze jakby nie pokrywały się z horoskopem. Wzrost w Chinach w tym roku osłabnie – z 9,3 do 8 proc. PKB. Tym samym wyniesie najprawdopodobniej tyle, ile co roku, od lat, zapowiada Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych, po to tylko, żeby potem z zadowoleniem ogłosić, że jest znacznie lepiej. W 2012 r. zgromadzenie może nie mieć podstaw do oznajmienia światu zwyczajowej dobrej nowiny.

W Chinach spada konsumpcja wewnętrzna, a rynek nieruchomości przeżywa zjawisko nieznane od kilku lat – spadek cen, który może się jeszcze pogłębić. Jest to rynek częściowo regulowany, a polityka władz jest jasna – ceny mieszkań nie powinny dalej rosnąć. Niektóre prognozy mówią o spadku o 20 proc. już w tym roku, co byłoby zimnym prysznicem dla chińskiej gospodarki i rozbudziło obawy przed zapaścią na wzór tej na amerykańskim rynku nieruchomości w 2008 r., czyli zjawiska, od którego zaczęło się całe zło.

Jedną z dźwigni sukcesu eksportowego Chin, które w 2010 r. zdetronizowały Niemcy jako największego eksportera świata, był dotychczas juan, urzędowo osłabiany przez władze. W tym roku Chiny czekają z tego powodu kłopoty. Na prośbę m.in. Brazylii kursem juana ma się zająć Światowa Organizacja Handlu – wschodząca potęga z Ameryki Południowej twierdzi, że sztuczne zaniżanie wartości juana przez władze w Pekinie prowadzi do spadku konkurencyjności brazylijskiego przemysłu, a w konsekwencji spowolnienia produkcji.

Tylko 6 proc. PKB

Wściekłość Brazylii Chińczycy spróbują zapewne przykryć własną wściekłością na Amerykanów. Robili to już w 2011 r., pouczając Stany Zjednoczone po obniżce ich ratingu przez agencję Standard&Poor’s, że powinny „wyleczyć się z uzależnienia od długu” i przestać „żyć ponad stan”. USA to największy dłużnik Chin, z długiem co najmniej 1,1 bln dol. Chiny to także najszczęśliwszy wierzyciel USA, bo to dzięki powiększaniu tego długu mogą kontrolować wartość juana względem dolara.

Gdy dolar słabnie, Chiny kupują obligacje USA i go wzmacniają. Amerykanie pomstują na manipulacje kursowe, ale po cichu zacierają ręce, bo za chińskie pieniądze finansują swoje programy rozwoju gospodarki i utrzymują ceny produktów na niskim poziomie, a konsumpcję wewnętrzną – na wysokim. A to jest najważniejsze dla przyzwyczajonego do luksusu obywatela Stanów Zjednoczonych. Jeśli jednak taki rodzaj wzajemnych relacji miałby potrwać długo, to z korzyścią dla jednego tylko kraju – Chin.

Drugi wielki ratunkowy światowej gospodarki – Indie – mają swój zestaw problemów, jeszcze większych być może niż Chiny. Nie opanowały inflacji podchodzącej pod 10 proc. Rząd wbrew oczekiwaniom nie zmienił prawa, które zabrania obcokrajowcom otwierać w tym kraju sklepy, co zmroziło potencjalnych zagranicznych inwestorów. W parlamencie trwa wojna totalna, która paraliżuje wszelkie reformy, w tym najważniejsze – wymierzone w walkę z niedożywieniem i związane z gospodarką gruntami. Rząd Manmohana Singha uwikłał się w skandale korupcyjne, a minister finansów Pranab Mukherdżi, wielbiony dotąd niczym guru, niedawno obniżył prognozy wzrostu na 2012 r. z 9 do 7,6 proc. PKB, a tym samym uszczuplił też swój niemal boski status.

Cały blok BRIC (wielkie, rozwijające się gospodarki Brazylii, Rosji, Indii i Chin), nieskażony pęczniejącym długiem wewnętrznym, utrzyma znowu światowy wzrost jak boja ratunkowa przywiązana do topielca. Ale jest to boja, której wyporność słabnie – średnia wzrostu gospodarczego tych czterech krajów ma wynieść w 2012 r. ok. 6 proc. PKB, najmniej od lat. Euroland wchodzi w recesję, kraje BRIC tracą impet. Nadzieja, że zaskoczy gospodarka amerykańska, jest niewielka. Kto zatem uratuje świat w 2012 r.? Jakkolwiek patrzeć na światową gospodarkę, kandydatów pozostaje wciąż tylko dwóch: Chiny i Indie.

Miliard konsumentów

Biedny i bogaty nie znaczą już na świecie to samo co kilka lat temu. Przynajmniej w odniesieniu do państw. Ogólny obraz przyszłości jest jasny: zdaniem ekonomistów wzrost gospodarczy w krajach rozwijających się będzie w najbliższych latach o 4 proc. wyższy niż w krajach bogatych. Chiny i Indie przeżyją cud ekonomiczny, jakiego kilkadziesiąt lat temu doświadczyły Japonia i Korea Południowa. Tylko że skala będzie nieporównywalna: te dwa państwa razem to jedna trzecia ludności globu. Dynamika i potencjał tych krajów na zawsze przemeblują gospodarczy porządek świata.

Jak dotąd nowe bogactwo Azji opiera się na konsumpcji USA i Europy. Konsumpcji ponad stan. Ale już dziś wiadomo, że – nawet jeśli ludzie Zachodu przysną jako konsumenci – nowym rynkiem dla Azji będzie ona sama. Rynek wewnętrzny Indii, w których w połowie tego stulecia będzie mieszkać 1,6 mld ludzi, to wielka studnia bez dna, pełna cennych konsumentów – nabywców telefonów, pralek i samochodów. Zagraniczne koncerny inwestują w tym kraju nie tylko skuszone tymi liczbami, ale także dlatego, że nad Gangesem znajdują mnóstwo młodych twórczych, świetnie wykształconych ludzi.

Handel między krajami Azji wzrasta w szybkim tempie, podobnie jak ich wzajemna współpraca. W grudniu Chiny i Japonia podpisały ścisły pakt walutowy – druga i trzecia gospodarka świata będą rozliczać się w juanach, a nie w dolarach. Japonia zacznie gromadzić swoje rezerwy w chińskiej walucie, wyda 10 mld dol. na kupno chińskiego długu. To krok w kierunku tego, żeby juan stał się nowa walutą, w której oszczędza i rozlicza się Azja, a potem także cały świat. I zastąpił w tej roli dolara oraz euro. Krok wstępny, gdyż Chiny i Japonia nie wyznaczyły sobie żadnych terminów do realizacji postanowień paktu.

Do 2050 r. Chiny przegonią USA pod względem PKB. Ale ich przyszłość nie musi być łatwa. Kraj gigant potrzebuje ogromnych zasobów energii i podstawowych surowców. W Chinach żyje 20 proc. populacji świata, ale mają one tylko 7 proc. światowych zasobów wody, i to nie najlepszej jakości. Połowa z 700 miast przeżywa braki w dostawach wody. 90 proc. wód gruntowych w miastach i 75 proc. w rzekach oraz jeziorach jest zatruta. Tym ważniejszy staje się dla Chin Tybet – źródło 10 największych azjatyckich rzek. Zatrute jest też powietrze, co przestaje się podobać coraz bardziej świadomym swoich praw obywatelom.

Ogromny wzrost gospodarczy Chin nie przekłada się na jakość życia szarych mieszkańców miast takich jak Pekin. To oni odczuwają coraz mocniej inflację i zatrute środowisko. Widzą też coraz większą przepaść między nimi a elitą bogaczy. Być może po to, żeby uciszyć trochę ich szemranie i wyprzedzić zamieszki, władze wyznaczyły nowy wielki cel dla siebie i chińskiego ludu: wzmocnienie chińskiej soft power, czyli promowanie wartości i produktów rodzimej kultury na świecie. To zamiast bezkrytycznego zasysania kultury zachodniej, głównie amerykańskiej. Chodzi o to, by po wzroście gospodarczego i politycznego znaczenia Chin doszło do wzrostu ich wpływu kulturowego.

Chiny wzmacniają soft power od lat, choćby poprzez Instytuty Konfucjusza i wspieranie chińskich szkół w Azji. Ale choć w okolicach Szanghaju planuje się właśnie dziewięć futurystycznych, postindustrialnych dzielnic dla wykwalifikowanych pracowników z całego świata (każda na 800 tys. mieszkańców), wartości chińskie nie mogą jak na razie przebić się do globalnego mainstreamu. Ta najtrudniejsza bitwa jeszcze przed Chinami. Na razie minister spraw zagranicznych ChRL Yang Jiechi ogłosił 4 stycznia prognozę, której spełnienie jest raczej pewne. Powiedział, że w 2012 r. jego kraj będzie odgrywał jeszcze większą rolę na świecie niż dotychczas.

Chińsko-hinduskie sąsiedztwo

Hasło o chińsko-hinduskim braterstwie wymyślono w czasach socjalizmu indyjskiego (lata 50. XX w.), kiedy obydwa molochy budziły się do nowego życia. Chiny po wiekach feudalizmu, Indie po półtorawieczu zależności kolonialnej. Mocarstwa te nigdy ze sobą nie walczyły, jeśli nie liczyć krótkiej kampanii w czasach króla Kaniszki ok. 2 tys. lat temu oraz kilkudniowej wojny z powodu oddania Chinom przez Pakistan indyjskiej części Aksai Chin w Kaszmirze w 1962 r. W pierwszej wojnie zginęło trochę słoni i zamarzło trochę ludzi, bo na wojnę trzeba było iść przez Himalaje. W drugiej wojnie zginęło pięć osób, lecz Indie długo leczyły rany.

Prawdziwych wojen nie było, za to dziś rywalizacja gospodarcza narasta w każdej dziedzinie. Gospodarczą stolicą Chin jest Szanghaj. Finansową stolicą Indii – Bombaj. Dwa magiczne miasta. Dwa różne porty lotnicze. Nowoczesny szanghajski Pudong i stary, z lat 50., ciasny, położony koło największych slumsów w Azji bombajski port lotniczy, który przyjmuje większość rejsów ze świata do Indii. Z lotniska do centrum Szanghaju (30 km) jedzie się 8 minut kupioną od Niemców najszybszą i najdroższą koleją magnetyczną na świecie. Z portu bombajskiego taksówką do najlepszego hotelu Taj Palace jedzie się – przez tłum żebraków i matek z nagimi dziećmi, które stukają do okien samochodu – półtorej godziny.

Ale to pierwsze powierzchowne wrażenia. Bombaj niczego nie udaje, podczas gdy Szanghaj – tak. Wnętrza obydwu krajów są takie same. Bieda w Chinach może nawet i większa w interiorze, a podejście do higieny i środowiska naturalnego – takie samo.

Indus jest śniady albo popielato-czarny, często siwy. Chińczyk – biały z kruczoczarną fryzurą. Obydwaj są umundurowani – Indus w dhoti, czyli sztukę pieluchowej bawełny na biodrach, serdak ze stójką i furażerkę. Chińczyk – w garnitur. Obydwaj wierzą: Indus w 300 mln bogów. Chińczyk w Konfucjusza, Mao i supermocarstwową pozycję swego kraju. Indus potrafi narzucić sobie surową dyscyplinę wewnętrzną. Chińczyk potrafi żyć w narzuconej siłą dyscyplinie zewnętrznej, organizacyjnej. W kuchni indyjskiej prawie wszystko jest zakazane ze względów religijnych. W kuchni chińskiej dopuszczalne jest absolutnie wszystko z powodów praktycznych. Mentalność Indusa wiąże się z filozofią i medytacją. Mentalność Chińczyka to pozytywny stosunek do pragmatyzmu.

Indus i Chińczyk to przekonanie do dwu najstarszych w świecie racji stanu. I dwu największych megalomanii.

Krzysztof Mroziewicz

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną