Cztery pory oburzenia
Anarchiści i bezrobotni, studenci i bankruci, młodzi i starzy – na całym świecie tłumy ludzi demonstrowały w 2011 r. przeciwko cięciom budżetowym i wszechwładzy pieniądza. Co wyniknie z tego oburzenia?
Marsz Oburzonych 15 października 2011 r., tu na ulicach Rzymu. Ich gadżetem stała się replika maski Guya Fawkesa, XVII-wiecznego spiskowca angielskiego.
Mario Laporta/AFP/EAST NEWS

Marsz Oburzonych 15 października 2011 r., tu na ulicach Rzymu. Ich gadżetem stała się replika maski Guya Fawkesa, XVII-wiecznego spiskowca angielskiego.

Za początek Ruchu Oburzonych uznaje się manifestacje na Puerta del Sol w Madrycie, lato 2011 r.
Pierre-Philippe Marcou/AFP/EAST NEWS

Za początek Ruchu Oburzonych uznaje się manifestacje na Puerta del Sol w Madrycie, lato 2011 r.

W Londynie punktem zbornym Oburzonych stał się plac przed katedrą św. Pawła w City, jesień 2011 r.
Ben Stansall/AFP/EAST NEWS

W Londynie punktem zbornym Oburzonych stał się plac przed katedrą św. Pawła w City, jesień 2011 r.

Nowojorscy Oburzeni z symbolem chciwości na placu Wolności w parku Zucotti, jesień 2011 r.
J.B Nicholas/Splash News/EAST NEWS

Nowojorscy Oburzeni z symbolem chciwości na placu Wolności w parku Zucotti, jesień 2011 r.

Polityka

Hasła dostarczył Oburzonym Stéphane Hessel, poeta i dyplomata, dawniej partyzant i więzień Buchenwaldu. Cieniutka broszurka „Oburzcie się”, którą w 2010 r. wydał nieśmiało w 6 tys. egzemplarzy, rozeszła się w 4 mln i 20 językach. Wzywała społeczeństwo, na początek francuskie, do niezgody na przepaść między biednymi i bogatymi, kolorowymi i białymi, wskazywała na konieczność walki o prawa pracownicze, piętnowała bierność i pokorę, mówiła o pokojowej rewolucji.

Ale na podatny grunt trafiła nie w Paryżu, tylko w Madrycie, kiedy w maju 2011 r. pod presją unijną rząd zapowiedział redukcję płac w strefie budżetowej o 5 proc. Hiszpanie się wściekli. Już od wielu miesięcy z trudem znosili galopujące bezrobocie, koniec łatwych kredytów i spadek stopy życiowej. 15 maja związki zawodowe zorganizowały demonstrację równocześnie w 60 miastach, a jej liczebność, zgromadzone poparcie i siła przerosły wszelkie oczekiwania.

Do pracowników budżetówki dołączyli emeryci, młodzi, anarchiści, pracownicy uniwersyteccy oraz obywatele nazywani perro flauta, lekkoduchy, którzy z psem u nogi zarabiają na życie graniem na fujarce. Zwoływał ich Internet. Ktoś na Puerta del Sol w Madrycie rzucił hasło: przynieść namioty i przetrwać do rana. Zostali kilka miesięcy w spontanicznie zbudowanym miasteczku. Taki był początek Ruchu Oburzonych. W różnych formach ruch żyje do dziś, w co najmniej 200 miastach na świecie.

Wiosna

Dlaczego w maju nie wrócili do domów? José Perez, student z Madrytu, mówi wprost: – Niedziela wieczór, mnóstwo znajomych i świadomość, że się leży w dobrej sprawie. Niektórzy przyjechali z daleka i nie chciało im się wracać. Było po prostu przyjemnie i czuliśmy, że chodzi o coś więcej. Jeszcze w maju media społecznościowe opublikowały manifest: „Jesteśmy zwykłymi ludźmi. Pracujemy, mamy rodziny, niektórzy są bardziej energiczni, drudzy mniej, niektórzy są religijni inni wręcz przeciwnie. Ale wszyscy jesteśmy oburzeni tym, jak wygląda obecnie scena polityczna, system ekonomiczny i życie społeczne. Korupcja świata polityki, biznesu, bankowości. Bezradnością zwykłego obywatela”.

Pomysł, by demonstracyjnie zamieszkać na ulicy, podchwycili oburzeni z innych wielkich miast w całym kraju. – W Barcelonie na placu Katalońskim ludzie organizowali sobie ogródki warzywne. Były mikrofony, wreszcie można było mówić wszystko. Aktywiści spisywali postulaty przechodniów. Widziałam, jak nastolatek z irokezem dyskutuje ze starszym panem z laseczką. Młodość obu przypadła na czas bez perspektyw. Dzisiejsi młodzi żyją gorzej niż ich rodzice. Mieli wspólną perspektywę – mówi Ewa Wysocka, dziennikarka z Barcelony.

Kiedy okazało się, że w namiotach w całej Hiszpanii demonstruje kilkadziesiąt tysięcy osób, zaczęły się podchody polityków i zostały odrzucone. „Nie jesteśmy partią polityczną, nie tworzymy struktur, wszyscy jesteśmy równi, nie chcemy liderów” – tłumaczyli demonstranci i wzbudzili zachwyt. Kiedy przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi policja nakazała im opuścić centrum miasta, zebrały się tłumy chroniące demonstrantów. – Nie można było przejść w promieniu półtora kilometra od namiotowego miasteczka – pamięta Wysocka. Oburzeni sami wybierali sobie gości i wydarzenia, na które reagowali.

Zaczęli za to przyjmować delegacje. W Madrycie odwiedzili ich miejscowi ekonomiści, a nawet noblista Joseph Stiglitz. Kiedy latem ruszyły demonstracje w Egipcie, w Madrycie rozwieszono transparenty: „Madrycki plac Tahrir”. Zamiast kamieni były namioty, Internet, iPady. Brak liderów, struktur pionowych, selekcjonowanie osobistości dopuszczanych na miejsce demonstracji i spontaniczna reakcja na bulwersujące zdarzenia na świecie to zdaniem politologów najważniejsze cechy wspólne światowego oburzenia. Siła i słabość jednocześnie. – Kiedy słuchasz, jak twój poczciwy kumpel przemawia drugą godzinę, a nie jest porywającym mówcą, zasypiasz z nudów, niestety – tłumaczy po ludzku Perez.

Lato

W lipcu i sierpniu miasteczka Oburzonych wyrosły we Włoszech oraz w Grecji, a potem na północy Europy. – Ruchem namiotowym w Brukseli zawiadywali ci sami zbuntowani, którzy potrafili się skrzyknąć i zorganizować ruchawkę przed każdym kolejnym szczytem ekonomicznym. Twarde anarchistyczne jądro. Zazwyczaj kończyło się na małej demolce miasta i przepychankach z policją. Tym razem rozprzestrzeniło na wszystkie kontynenty – mówi dziennikarz Aleksander Korab. Nawiązuje w ten sposób do teorii, że za tak szybkim rozlaniem się protestu stoi słynna grupa hakerów Anonymous.

Prawdziwą uwagę mediów przyciągnął jednak dopiero Nowy Jork i Londyn. Domena internetowa occupywallst.org została zarezerwowana już 16 lipca i stała się wirtualnym centrum dowodzenia. 2 sierpnia obradowało Generalne Zgromadzenie Oburzonych i na miejsce spotkania chętnych wybrało plac Wolności w parku Zucotti. W połowie września przenieśli namioty do „naszego nowego domu w parku”, zbudowali kuchnię dla potrzebujących, zorganizowali bibliotekę dla pragnących wiedzy, centrum porad dietetycznych dla tych, którzy chcą żyć zdrowo, do tego konferencje i wykłady.

Od razu zostali turystyczną atrakcją Nowego Jorku, a następnie Waszyngtonu, Bostonu i kilkuset miast we wszystkich stanach, gdzie znaleźli naśladowców. Po czterech tygodniach liczba osób obserwujących przez Internet życie w parku Zucotti wyniosła 350 tys. Przełomem okazał się dzień, w którym demonstranci zablokowali most Brookliński i Wall Street. Policjanci biegający z gazem pieprzowym i aresztowanie kilkuset osób wzbudziło falę sympatii dla demonstrantów. Do protestujących przeciw wszechwładzy pieniądza w polityce dołączyli rzecznicy walki z dyskryminacją rasową i seksualną, feministki, integralni pacyfiści, obrońcy środowiska i niesłusznie skazanych więźniów.

Prócz niezadowolenia z redystrybucji finansów łączy ich niezadowolenie z prezydenta. Większość okupujących w 2008 r. cieszyło się z wyboru Baracka Obamy. Dziś jego prezydentura jest dla nich pasmem rozczarowań: bankierom wszystko uszło na sucho, podatków najbogatszym nie podniesiono, wojna w Afganistanie trwa, więzienie w Guantanamo dalej działa. Czy wspólna frustracja na terenie dystryktów finansowych wystarczy, by naprawić Amerykę? Na pewno nie według wzorów sprawdzanych do tej pory.

Amerykańscy weterani zamieszek w 1968 r. do znudzenia tłumaczą w mediach, żeby nie porównywać ich rewolucji do tego, co robi Occupy Wall Street (OWS). Atmosfera do rewolucji lat 60. długo dojrzewała, protest był dokładnie przygotowany, miał liderów i strukturę. I najważniejsze: najpierw była ideologia, potem dołączyli ludzie. Teraz jest na odwrót. Tak więc weterani poprzedniego masowego buntu wzywają Oburzonych, by sformułowali realistyczny program, do którego można by przekonać Kongres. Demokracja w USA polega, mówią, na wymuszaniu zmiany ustaw, a nie okupowaniu ulic.

Jesień

Najważniejszym wydarzeniem jesieni był Marsz Oburzonych. Zapowiadany od wiosny w Hiszpanii, miał zasięg światowy. Według dostępnych szacunków w Barcelonie i Madrycie maszerowało milion osób, setki tysięcy w Rzymie i Walencji, dziesiątki tysięcy w Berlinie, Zagrzebiu, Brukseli, Lizbonie i Porto. Maszerowało Buenos Aires, Rio de Janeiro, São Paulo, a nawet Lima i Montevideo. Marsz odbył się także w Warszawie. Zorganizowało go skrzyknięte Porozumienie 15 października. Przyszło kilkaset osób, uczniowie Wielokulturowego Liceum Humanistycznego im. Jacka Kuronia z Warszawy, środowisko „Krytyki Politycznej” i zwyczajowi uczestnicy dorocznych manif.

Na wiecu w Londynie przemawiał wróg publiczny sił mainstreamowych Julian Assange, tam też zaczęła się okupacja placu przed katerą św. Pawła w City. Po wiosennych protestach przeciwko opłatom za edukację, letnim paleniu biednych dzielnic był to trzeci masowy ruch niezadowolonych w Wielkiej Brytanii. Finansiści są szwarccharakterem na całym świecie, ale nigdzie ich wpływ na rządzących nie jest tak ostentacyjny jak na Wyspach. Tłuste koty, jak przezywają ich Brytyjczycy, dały plamę w 2008 r., kiedy przeciętni obywatele zobaczyli wreszcie, jak działa ten sektor. Kilka miesięcy wcześniej czytali o ich gigantycznych bonusach, a chwilę później tracili pracę i domy z powodu ich lekkomyślności.

Na placu przed katedrą znalazła częściowe potwierdzenie teoria, że ruchem kierują zorganizowane grupy anarchistów. Był taki dzień, kiedy co druga osoba na placu nosiła plastikową maskę Guya Fawkesa, XVII-wiecznego spiskowca angielskiego. Być może była to ochrona przed fotografowaniem przez policję albo lokalny wyróżnik sfrustrowanych. W przeciwieństwie do USA, okupujący Londyn byli wciąż gorącym tematem dla największych mediów. Lewicowy „Guardian” był pobłażliwą ciocią, która rozumie i wspiera. Konserwatywny „Times” walił w nich jak w bęben. Kiedy zrobiło się chłodniej, jego dziennikarze za pomocą urządzeń na podczerwień sprawdzili, kto naprawdę nocuje w namiocie. Okazało się, że tylko w jednym z kilkudziesięciu pod katedrą był jakiś człowiek. „Times” napisał też, że z powodu protestów zbankrutowały wszystkie małe kawiarnie w okolicy. Znający okolice City wiedzą doskonale, że w pobliżu finansowego centrum nie ma żadnych kawiarni, oprócz sieciówek ze Starbucksem na czele. Ten akurat ceni sobie okupantów, którzy po skorzystaniu z umywalki i toalety obowiązkowo zamawiają kawę.

Zima

W styczniu okazało się, że Hiszpanie się znudzili – w Barcelonie i Madrycie place są już prawie puste. Zdobyczą Oburzonych są dwa miejsca w parlamencie z ramienia lewicy uzyskane w listopadowych wyborach, ale z indywidualnej inicjatywy. – Gdyby zorganizowani weszli w politykę, mieliby wielkie poparcie w tych wyborach i realny wpływ na władzę – mówi Ewa Wysocka. W tej chwili w kierunku Aten zmierza Marsz Oburzonych, który wyruszył w listopadzie z Nicei, a 15 stycznia chcieli protestować w Rzymie. Oburzeni wciąż wymykają się publicystycznym definicjom obserwatorów. Czy są więc skazani na wymarznięcie?

Na razie londyńscy okupanci ujawnili swój budżet i okazało się, że namiotowe miasteczko jest zwyczajnie drogie. Przez dwa miesiące wydali ponad 14 tys. funtów uzyskanych z prywatnych dotacji. 1,3 tys. funtów kosztowało przywiezienie i czyszczenie przenośnych toalet, 1,2 tys. żywność, 827 funtów podróże i uczestnictwo w debatach, 88 funtów naprawa koła do rikszy, 600 funtów telefony. Żeby przetrwali, trzeba realnych pieniędzy. Czy protestujący będą mieć do nich dostęp? Też nie wiadomo. Coś jednak drgnęło, choć zmiany widać na razie w Ameryce i są póki co mikroskopijne.

W atmosferze buntu przeciwko zbyt wysokim marżom skrzyknięto w listopadzie Dzień Zamykania Kont. Klienci wielkich banków mieli wycofać swoje oszczędności na rzecz lokalnych kas oszczędnościowych. W proteście wzięło udział ponad pół miliona osób, a kilka dużych banków zniosło wreszcie kontrowersyjne opłaty. Potem w Minneapolis okupujący zajęli dom niejakiej Monique White, której groziła eksmisja z powodu niespłaconego kredytu. Oburzeni nie wpuścili komornika. Podobne akty niezgody na eksmisję zaczęły się powtarzać i w innych stanach.

W tych drobnych gestach nie chodzi oczywiście o jakiekolwiek systemowe rozwiązania, tylko o zwrócenie uwagi na drugiego człowieka. Jeszcze kilka miesięcy temu White pogoniłaby psami bandę dziwolągów zmierzających w stronę jej małego ogródka, bez względu na swoje kłopoty finansowe. Nawet dziś ich pomoc jest dla niej zaskakująca. Ma jednak świadomość, że nie jest sama, że z długami zmagają się miliony Amerykanów, bieda nie jest już wstydem i trzeba razem szukać rozwiązań.

Wartość ruchu Occupy tkwi w przywróceniu Amerykanina jego lokalnej społeczności. Z pozycji samotnego egoisty pchającego wielki wózek w supermarkecie na pozycję obywatela, który widzi swojego sąsiada, współpracownika albo ojca. I rozumie, że mają dzisiaj ważne sprawy do załatwienia. Czy tej energii znad wózka wystarczy na długo? Znów nie wiadomo. Na razie aktywiści z OWS obliczyli z satysfakcją, że od początku trwania protestu mainstreamowe media pięć razy częściej niż dotychczas użyły słowa niesprawiedliwość społeczna. Od czegoś trzeba zacząć.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną