Nadzieja: Prolog
Nie spotkałem w Afryce miejsca równie pięknego jak kraina Limpopo. Pojechałem tam, żeby zobaczyć się z czarownicą.
Mirosław Gryń/Polityka

Powoli zbliżała się już jesień, ale spóźnione letnie burze wciąż krążyły nad zielonymi wzgórzami i schowaną wśród nich wielką rzeką, opływającą zakolem północne zbocza Gór Smoczych.

Odnosiłem wrażenie, że nad Limpopo lato nie kończy się nigdy. Słońce zdawało się nie zachodzić wcale. Stało na niebie wysoko i długo, nawet w zimowe miesiące, dając złudzenie, że dni nie mają tu końca. Nagrzewało powietrze równomiernie i troskliwie, tak by przyjazne ciepło nie przerodziło się w palący albo parny skwar, otępiający, odbierający siły i ochotę do życia.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj