Niezbędnik

Zastępy dobrze urodzonych

Gdzie leży granica ulepszania ludzkiego gatunku?

Straszne doświadczenia hitleryzmu bardzo osłabiły pozycje progresistów – wiecznych optymistów o niezachwianej wierze w przyszłość. Straszne doświadczenia hitleryzmu bardzo osłabiły pozycje progresistów – wiecznych optymistów o niezachwianej wierze w przyszłość. StockSnap.io
Jedni oczekują od nauki zwycięstwa człowieka nad śmiercią, drudzy wieszczą przyspieszenie zagłady ludzkości. Na fundamencie tych kontrowersji wyrósł spór bioetyków o ulepszanie gatunku ludzkiego, czyli o eugenikę.
Alchemik kreujący życie w próbówce. Faust i homunkulus, ilustracja Engelberta Seibertza do „Fausta” Goethego, 1858 r.Bettmann/Corbis Alchemik kreujący życie w próbówce. Faust i homunkulus, ilustracja Engelberta Seibertza do „Fausta” Goethego, 1858 r.
Ilustracje z XVI-wiecznego traktatu alchemicznego
„Splendor Solis”EAST NEWS Ilustracje z XVI-wiecznego traktatu alchemicznego „Splendor Solis”

[Tekst ukazał się 24 lutego 2015 roku w Niezbędniku Inteligenta]

Pomysł zrodził się zupełnie niewinnie w głowie Nicolasa Venette’a (1622–98), francuskiego lekarza z La Rochelle. W rozważaniach zatytułowanych „Obraz miłości małżeńskiej” doszedł do wniosku, że skoro królowie dobierają sobie małżonków dla dobra ojczyzny, to poddani powinni dobierać się w pary tak, by ich potomstwo cieszyło się zdrowiem i siłą fizyczną przednich wojowników dla dobra króla i królestwa. Venette nie byłby rzeczywistym prekursorem eugeniki, gdyby nie marzyło mu się poznanie przyczyn, dlaczego wokół „tyle osób niskiego wzrostu, cherlawych i niekształtnych” oraz skąd biorą się „silni, rośli, sprawni i odporni duchowo”. Wiedza ta konieczna była do sterowania wybranymi cechami przy kojarzeniu małżeństw.

Śladami Venette’a poszedł francuski filozof doby oświecenia Nicolas de Condorcet. Sądził on, że doskonalenie człowieka może przedłużyć mu życie w nieskończoność. Chciał to przyspieszyć, podobnie jak u ras zwierząt domowych, poprzez odpowiedni dobór rodziców. Jeszcze dalej posunął się Nicolas Restif de la Bretonne, postulując u zarania pierwszej Republiki Francuskiej zawieranie małżeństw i płodzenie potomstwa w obrębie najbliższej rodziny. Sądził on błędnie, że w ten sposób przyspieszy się utrwalanie dobrych cech u przyszłych obywateli.

Dopiero w 1883 r. Francis Galton, zresztą kuzyn Karola Darwina, ukuł dla tych idei termin eugenika lub eugenizm (od greckiego eugenes – dobrze urodzony). Pomysł ulepszania gatunku ludzkiego szczególnie przypadł do gustu socjalistom. Łączył bowiem naukowe podejście z aspektem społecznym i obiecywał poprawę doli ludzkości. Tak eugenika stała się niemal nową religią.

Zamysły pierwszych eugenistów, z Galtonem włącznie, były jak najbardziej zbożne. Na ich drodze stanęły jednak przeszkody natury moralnej. Co robić z nieprzydatnymi do kreowania nowego człowieka osobnikami, skoro nie reprezentują oni z punktu widzenia przyszłości ludzkiej rasy żadnych korzyści, a w dodatku ciążą społeczeństwu? Zlikwidować?! Myśl tę wprowadził w czyn wyzuty z moralnych hamulców Hitler, uruchamiając narodowo-socjalistyczną fabrykę śmierci. I tak eugenika splotła się z pytaniem o sens i granice postępu.

Za i przeciw eugenice

Straszne doświadczenia hitleryzmu bardzo osłabiły pozycje progresistów – wiecznych optymistów o niezachwianej wierze w przyszłość. Georges Bernanos stwierdził w wydanym w 1953 r. zbiorze esejów „La Liberté pour Quoi Faire?”, że „pesymizm i optymizm mają wspólny mianownik – nie widzą rzeczy obiektywnie. Optymista to szczęśliwy imbecyl, pesymista zaś to też imbecyl, tyle że nieszczęśliwy. Obaj są jak Flip i Flap”.

Uogólnienie Bernanosa odnosi się i do współczesnych – oczekujących od postępu cudów lub zagłady. Tak właśnie wyraża się często nasz stosunek do wszelkich zabiegów biotechnologicznych dotyczących nie tylko ludzi (klonowanie, modyfikowanie genomu ludzkiego, modyfikowanie psychiki za pomocą leków nowej generacji, możliwości zastosowań medycyny regeneracyjnej), ale też roślin i zwierząt (organizmy modyfikowane genetycznie – GMO). Perspektywom tym towarzyszy albo euforia (udoskonalimy gatunek ludzki, osiągniemy nieśmiertelność, zrównamy się z Bogiem), albo krańcowy pesymizm (koniec ludzkości, spustoszenie ekosystemu wywołane przez GMO, zagłada atomowa).

Zwolennicy postępu chcą pełnej swobody poczynań, jak niegdyś eugeniści, w imię dobra ludzkości. Przeciwnicy zaś, jak za czasów ruchu niszczycieli maszyn w XIX w., wycinają doświadczalne pola ze zmodyfikowaną genetycznie kukurydzą i szczycą się, że ratują nas przed rzekomą katastrofą ekologiczną. Podwyższona temperatura umysłów (i czynów) w tej dziedzinie panuje w Europie, lecz promieniuje na cały świat. Bierze się ona z ignorancji, która od zawsze szła w parze ze strachem. Człowiek pierwotny, nie rozumiejąc, skąd biorą się pioruny, bał się ich panicznie i uznawał za objaw gniewu bogów. Dziś ten sam mechanizm tyczy się GMO, a strach podsycany jest przez politykierską propagandę.

Nie lepiej jest jednak i u piewców zalet postępu. Ileż mieliśmy obietnic, że nowe metody leczenia zapewnią nam szczęście wieczne albo że GMO pozwolą wykarmić zagrożoną głodem ludzkość? Mantra, że przełom jest tuż-tuż, zniechęca zblazowaną publiczność i zaciera rzeczywiste kształty postępu. A przecież uporaliśmy się z wieloma plagami nękającymi ludzkość, wysyłamy sondy badawcze na odległe planety, potrafimy szybko reagować na pojawianie się nowych chorób, produkując testy, szczepionki i nowe lekarstwa (nawet na raka czy AIDS – choć ciągle nie ma na wirusa HIV antidotum, to istnieją terapie przedłużające życie zakażonym). Nazbyt często zapominamy, że rak to nie jedna choroba, ale wiele różnych chorób. Na niektóre formy raka mamy od niedawna świetne medykamenty: glivec na pewne białaczki, herceptynę na raka piersi, paclitaxel i taxoter też m.in. na raka piersi. Społeczna świadomość niezwykle szybkiego postępu w tej dziedzinie ginie jednak w potoku nowych obietnic, bo przecież nie ustajemy w poszukiwaniu nowych środków. Bywamy jak dzieci, które obsypywane prezentami, nie potrafią cieszyć się z nowego podarku.

Czy da się kontrolować podstęp

Brak umiaru w ocenie postępu jest pochodną jego szalonego tempa właśnie. Kreuje ono bowiem potrzebę generowania kolejnych nowości. Tak było od zawsze, tyle że do niedawna mieliśmy czas na przetrawienie tego, co zdobyliśmy. Gdy niemal wszystko staje się osiągalne jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (komputerowej myszki), pryska czar nowości. Postęp zabija sam siebie, osiągając przerażające dla wielu tempo. Stąd metafora Williama Pfaffa o jego końcu, a za nim o końcu nauki (John Horgan) i samego człowieka (Francis Fukuyama).

Informacje docierają obecnie do każdego zakątka kuli ziemskiej z prędkością światła. Dzięki temu odnosimy wrażenie aktywnego uczestniczenia w kreowaniu postępu. Kogo ganić za to, że codziennie obiecuje się nam nowości i roztacza świetlane perspektywy: naukowców, dziennikarzy? To przecież ich obowiązek. Problem w tym, że informacje bywają albo zbyt dosadne, albo źle rozumiane przez głodnych sensacji widzów, słuchaczy i czytelników.

Nauka obiecuje postęp, ale nie jest w stanie przewidzieć tempa pionierskich badań. Jak jednak przekonać decydentów i społeczeństwo łożące na badania naukowe bez podania choćby hipotetycznej daty uzyskania wyników? Naukowcy robią więc często po prostu zakład, a brane jest to bądź za oszustwo, bądź za przejaw pychy. Przypomnijmy tu Compte’a: „Postęp nie odbywa się po linii prostej, on kluczy, porusza się zygzakiem”. Nazbyt często o tym zapominamy.

Postęp jest też coraz lepiej kontrolowany, choć między bajki należy włożyć idee pełnej jego kontroli. W dziedzinach tyczących życia ludzkiego, biotechnologii i genetyki na straży racjonalności postępu stoi bioetyka. Ale bioetycy, choć często odgrywają rolę watch dogs, nie są nieomylni i nie mają mocy sprawczej pozwalającej rzeczywiście postępem kierować. Odgrywają raczej funkcje doradcze.

Skoro modyfikuje się dziś geny bakterii, myszy, krów i małp, to czemu nie modyfikować genów ludzkich? Ewidentnym celem takich zabiegów jest leczenie chorób genetycznych. I to już się robi! Modyfikuje się geny białych krwinek w leczeniu białaczek. Może pojawić się jednak pokusa ulepszania genów w celach eugenicznych, by poprawić gatunek ludzki. Zabiegi te musiałyby dotyczyć komórek rozrodczych. Tylko wówczas nowe geny byłyby przekazywane potomstwu. Chyba panuje zgodność, że takie modyfikowanie genów ludzkich jest etycznie i moralnie niedopuszczalne. I nie chodzi o tzw. poszanowanie godności ludzkiej – na pierwszym planie argumentów Kościoła katolickiego, to bowiem problem religii, a nie nauki – lecz o kliniczną nieprzewidywalność takich działań.

Np. inteligencję, zależną od wielu genów, można by podnosić, zwiększając liczbę takich genów – oczywiście, kiedy będzie wiadomo, co to za geny, czego dziś nie wiemy. Może być to jednak tragiczne w skutkach, gdyż nie sposób przewidzieć skutków psychicznych. A tego nie da się sprawdzić na myszach. Problem ten stanie realnie przed nami, gdy modyfikacje genetyczne linii płciowej okażą się medycznie użyteczne. Prostszym i tańszym sposobem ingerencji jest jednak selekcja zarodków pod względem obecności i liczby wybranych genów. Takie działania skutecznie ostudzi zaś etyka katolicka. Przynajmniej w Europie i w Ameryce. Jeśli jednak ktoś poza tym kręgiem, choćby w Azji, gdzie dominuje zupełnie inna wizja postrzegania tych spraw, podejmie ryzyko, i jeśli skutki będą pozytywne, to przyspieszenie ewolucji gatunku Homo sapiens mamy jak w banku. Wtedy bowiem Europejczycy i Amerykanie ruszą ich śladem, nie oglądając się na kościelne zakazy.

Sposób na koniec końców

Do umiaru w percepcji postępu nawołuje francuski filozof, socjolog i politolog Pierre-André Taguieff. Zarówno religię, jak i nihilizm postępu proponuje on zastąpić chłodnym racjonalnym myśleniem. Wbrew pozorom wybrał on drogę najtrudniejszą, gdyż wezwanie do umiaru nie jest rewolucyjne, a więc nie porwie mas. Jednak to właśnie umiar – dziś towar jakże deficytowy – jest nam na początku szalonego XXI w. potrzebny bardziej, niż zdajemy sobie z tego na co dzień sprawę. To w nim właśnie należy upatrywać ratunku przed końcem postępu, nauki i nas samych.

Potencjalne zabiegi eugeniczne również powinny być poddane racjonalnej ocenie. Może lepiej zrezygnować z pewnych pomysłów i dążeń, niż otworzyć tę puszkę Pandory? Łatwo prowadzić takie rozważania, ale podążający swoim torem postęp i tak narzuci nam kiedyś swoje nieubłagane prawa. Szybciej czy wolniej gatunek ludzki i tak będzie ulepszany. Dopóki procesy te nie wymkną się rozsądkowi, dopóty będą ludzkości przynosiły korzyści. A wszystkim zagrożeniom i tak nie da się zapobiec.

Przeczytaj, inne teksty z Niezbędnika Inteligenta poświęcone bioetyce.

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną