Niezbędnik

Rozum zagubiony

Kto i dlaczego wierzy w pseudonaukowe bzdury

Rosnące ostatnio w siłę ruchy antyszczepionkowe to jeszcze nie dowód na zwycięstwo postaw antyoświeceniowych. Rosnące ostatnio w siłę ruchy antyszczepionkowe to jeszcze nie dowód na zwycięstwo postaw antyoświeceniowych. Jakub Ostałowski
Szczepionki szkodzą. Globalne ocieplenie to mit. Ziemia jest płaska. A raka leczy się wodą. Coraz więcej ludzi myśli irracjonalnie, odrzuca ustalenia nauki i autorytet uczonych. Coś się z nimi dzieje?

Kłopot pojawia się już na etapie diagnozowania sytuacji. Znacząca zmiana nastawienia wobec nauki powinna bowiem zostać jakoś uchwycona w badaniach opinii publicznej. Problem w tym, że jest ich mało, a jeśli chodzi o Polskę, udało nam się znaleźć tylko dwa. Pierwsze to globalny projekt World Values Survey, w którym od 1981 r. analizowane są przekonania mieszkańców różnych krajów i wyznawane przez nich wartości. Polska w kontekście zaufania do nauki pojawia się pierwszy raz w badaniu z 1990 r., ostatnie przeprowadzono w 2012 r. Na pytanie, czy postęp naukowy i technologiczny czyni nasze życie lepszym (teraz i w przyszłości) niezmiennie ponad 60 proc. Polaków odpowiada, że tak.

Drugie źródło to prowadzone badanie CBOS określające prestiż zawodów. Ostatni raz zrobiono je w 2013 r. Największym poważaniem Polaków cieszyli się strażacy (co powtarza się od lat), na drugim miejscu uplasowali się profesorowie uniwersytetu, którzy za każdym razem znajdują się w ścisłej czołówce. Podobnie rzecz wygląda w badaniach, w których respondenci mieli ocenić uczciwość i rzetelność przedstawicieli różnych zawodów. Przeprowadzono je cztery razy w latach 1997, 2000, 2006 i 2016. I zawsze najwyższą średnią ocen otrzymywali naukowcy. Przed pielęgniarkami, nauczycielami i dentystami.

Spadku zaufania do nauki nie widać też w innych krajach zachodniego kręgu kulturowego. Zajrzyjmy do dominujących, również pod względem postępu naukowo-technologicznego, Stanów Zjednoczonych. Tam zaufanie do „liderów społeczności naukowej” nie zmienia się od lat 70. (deklaruje je ponad 40 proc. respondentów, jedynie w przypadku medycyny odsetek spadł z 60 do 36 proc., ale ta tendencja zaczęła się już w latach 80. i 90. XX w.). Większym od uczonych zaufaniem w USA cieszą się jedynie dowódcy wojskowi. Dla porównania liderzy mediów mogą liczyć jedynie na 8 proc.

Te dane można chyba zinterpretować w ten sposób: ludzie nadal ufają systemowi oświeceniowemu. Co nie znaczy, że bezkrytycznie przyjmują zdanie nauki. Tu też badania pokazują, że przekonania opinii publicznej niekiedy rozmijają się z tym, co jest konsensem naukowym, czyli np. z poglądami, że globalne ocieplenie powoduje działalność człowieka lub że modyfikacja roślin za pomocą narzędzi inżynierii genetycznej (czyli tworzenie GMO) to metoda bezpieczna. Innymi słowy przeciętny Kowalski mówi: ufam naukowcom, nauka zmienia świat na lepsze, ale w konkretnej sprawie mogę wiedzieć swoje.

Szczególnie jeśli nauka mówi coś innego niż wyznawana przez Kowalskiego religia. W 2012 r. hiszpańska Fundacja BBVA ogłosiła wyniki badań wiedzy naukowej obywateli Unii Europejskiej. Okazało się, że prawie 45 proc. Polaków uważa, że „Bóg stworzył człowieka mniej więcej takiego, jak wygląda on dziś” (średnia dla Unii to 24,7 proc.), a tylko 37 proc., że „człowiek powstał w wyniku ewolucji z wcześniejszych gatunków zwierzęcych” (średnia dla UE wyniosła 63,7 proc.). Choć w tym badaniu odbiegamy od krajów Europy Zachodniej, to podobnie sytuacja wygląda w USA, a szczególnie w rejonach, gdzie religia jest silna.

Dlatego rosnące ostatnio w siłę np. ruchy antyszczepionkowe to jeszcze nie dowód na zwycięstwo postaw antyoświeceniowych. I ich zwolennicy mogą ufać nauce, ale być może przestraszyły ich informacje, których nie potrafią zweryfikować, błędnie szacują ryzyko albo/i są przekonani, że lekarze to grupa skorumpowana przez koncerny farmaceutyczne, więc nie można jej wierzyć. Tego typu poglądy oczywiście też mogą być (i często są) niepoparte żadną rzetelną wiedzą, jednak nie prowadzą automatycznie do zakwestionowania nauki jako całości.

Ponadto o jej bardzo silnej pozycji w krajach Zachodu świadczy też to, że propagatorzy różnych dziwacznych teorii najczęściej nie proponują alternatywnej wizji świata i metod jego poznawania, tylko podszywają się pod naukę i ją naśladują. Bo to uwiarygadnia ich przekaz.

Intuicja i myślenie

Jeśli jest tak dobrze, to dlaczego bywa źle? Z jakich powodów ludzie podejmują nieracjonalne decyzje sprzeczne z wiedzą naukową i często szkodliwe dla nich samych? Pierwsza nasuwająca się odpowiedź: są z gruntu nieracjonalni, wierzą w rozmaite brednie, teorie spiskowe, są zacietrzewieni w swoich przekonaniach, ignorują rzetelne informacje. Z pewnością jest taka grupa, ale ona może wcale nie być dominująca choćby wśród wspomnianych antyszczepionkowców. To często wykształceni (choć raczej nie w medycynie czy biologii), inteligentni i dość zamożni ludzie. Trudno im przypisać całkowity brak racjonalności i pogardę dla nauki. Skąd więc problem?

Ludzie nie odrzucają nauki, ale nierzadko w ogóle nie rozumieją ani mechanizmów jej działania, ani metodologii. Nie tylko dlatego, że szkoła ich tego nie nauczyła i się frapującymi dla uczonych sprawami specjalnie nie interesują. Można zaryzykować tezę, że naukowa racjonalność jest w ogóle dla gatunku Homo sapiens „nienaturalna”, w wielu punktach sprzeczna z ludzką intuicją.

Na przykład nasz mózg. Kształtowała go ewolucja w środowisku, w którym szanse na przeżycie m.in. zwiększało dopatrywanie się we wszystkim związków przyczynowoskutkowych. To jeden z głównych powodów, dla których to, co współwystępuje, często interpretujemy jako ściśle powiązane ze sobą. Rodzice, którzy niedługo po zaszczepieniu dziecka dostrzegają pierwsze objawy zachowań ze spektrum dziecięcego autyzmu, łączą jedno z drugim, choć w rzeczywistości te dwie kwestie nie mają ze sobą nic wspólnego.

Sama nauka w ostatnich dekadach dostarczyła mnóstwo wiedzy na temat postrzegania ryzyka przez ludzi. Kiedyś sądzono, że rzetelna informacja wystarcza do podejmowania racjonalnych decyzji: kiedy zobaczymy liczby, od razu się przekonamy. Tymczasem ocena ryzyka to skomplikowany proces, w który zaangażowane są silne emocje. Nawet jeśli wiemy, że ryzyko śmierci na skutek katastrofy samolotu jest około dwóch tysięcy razy mniejsze niż z powodu potknięcia się i przewrócenia na chodniku lub poślizgnięcia pod prysznicem, nadal silniejszy lęk będzie w nas wywoływało przebywanie w aluminiowej tubie pędzącej z prędkością prawie 900 km/h dziesięć kilometrów nad ziemią.

Analizując różne zjawiska, jesteśmy też bardzo tendencyjni, co fachowo określa się mianem „efektu potwierdzania”. To silna skłonność do preferowania informacji, które wspierają nasze wcześniejsze hipotezy, niezależnie od tego, czy owe informacje są prawdziwe. Co więcej, nie tylko szukamy tego, co najlepiej pasuje do naszych przekonań, ale również zapamiętujemy w sposób selektywny. Efekt ten jest szczególnie silny w przypadku zagadnień wywołujących emocje i już wcześniej ugruntowanych opinii. Znów, trzymając się przykładu szczepionek, ich przeciwnicy będą wyszukiwali i zapamiętywali wszelkie informacje o szkodliwości tej metody zapobiegania chorobom.

Kolejna sprawa: myślenie kategoriami naukowymi wymaga wysiłku i treningu, rozumienie tego, co mówi nauka, również. A bezkrytyczne podporządkowywanie się autorytetom – na zasadzie: nie rozumiem, na jakiej podstawie tak mówią, ale mimo to im ufam – jest trudne. Z kolei do wyciągnięcia samodzielnych wniosków z badań nie mam kompetencji.

I jeszcze jeden kłopot: szkoła bardzo kiepsko uczy nas zdrowego sceptycyzmu, elementarnych umiejętności oceny danych i źródeł informacji czy oceny ryzyka. Nie dziwmy się więc, że spora grupa ludzi może ulec dezinformacji.

Ideologia i pieniądze

Utrzymywaniu zaufania do nauki i rozumu nie służą też z pewnością niektóre działania polityków. Świeżym przykładem z naszego własnego podwórka jest działalność Prawa i Sprawiedliwości w sprawie katastrofy smoleńskiej. Liderzy partii postanowili na sporą skalę zaangażować do swojej spiskowej narracji naukę, a właściwie jej karykaturę. Jeszcze przed objęciem w 2015 r. rządów ugrupowanie wspierało konferencje smoleńskie z udziałem grupki naukowców najczęściej niemających kompetencji, by wypowiadać się w kwestiach katastrof lotniczych. Zaś po sformowaniu gabinetu przez premier Beatę Szydło Ministerstwo Obrony Narodowej powołało do życia specjalną podkomisję, tak zmieniając przepisy, by mogły w niej zasiąść osoby niemające doświadczenia w badaniu wypadków samolotów, za to wspierające tezę o zamachu na prezydenckiego tupolewa. Tak powstało zjawisko, które można określić mianem „nauki smoleńskiej”, czyli hybryda poglądów nielicznych uczonych i brutalnej polityki.

Również w USA, po dojściu do władzy Donalda Trumpa, zaczęto stawiać pytania, czy nowy prezydent nie zacznie wykorzystywać w pokrętny sposób nauki do uzasadniania kontrowersyjnych decyzji lub ją atakować, gdy fakty zaczną mu przeszkadzać. I szybko pojawiły się sygnały, że takie niebezpieczeństwo rzeczywiście istnieje. Wkrótce po zaprzysiężeniu prezydenta ze stron internetowych Białego Domu zaczęły znikać informacje dotyczące globalnego ocieplenia, a na szefów ministerstw rolnictwa oraz ochrony środowiska zostali nominowani ludzie sceptycznie odnoszący się do zagrożeń związanych ze zmianami klimatu. Wcześniej zaś Donald Trump przyjął w swoim apartamencie w Nowym Jorku Roberta F. Kennedy’ego jr., znanego w USA wyznawcę i propagatora spiskowych teorii o rzekomej szkodliwości szczepionek oraz spisku koncernów i ludzi nauki.

W 2017 r. prestiżowy tygodnik naukowy „Science” opublikował kilka artykułów dotyczących podejmowania przez rządzących decyzji w oparciu o fakty i rzetelną analizę problemów. Czy będzie to nadal możliwe w świecie politycznej postprawdy? – zastanawiała się wówczas redakcja. A niektórzy dodawali dramatyczne pytanie: czy nauka nie stanie się jedną z głównych ofiar złożonych przez polityków na ołtarzu postprawdy? To dlatego w miastach na całym świecie (dominowały te w Stanach Zjednoczonych) pojawiła się inicjatywa „Marszów na rzecz nauki”, w których manifestowało – według szacunków – ponad milion ludzi.

Na razie jednak Donald Trump nie okazał się aż tak groźny. Sprawia wrażenie zakochanego w sobie narcyza, ale nie jest antynaukowym ideologiem. Jego działania związane z kwestią globalnego ocieplenia raczej nie wynikają z chęci podważania rzetelnej wiedzy naukowej, ale są koniunkturalnymi ruchami mającymi sprzyjać amerykańskiemu biznesowi skrępowanemu przepisami dotyczącymi emisji gazów cieplarnianych. Bardziej niebezpieczny z punktu widzenia postępu naukowego wydawał się George W. Bush, który podejmował różne działania raczej nie z politycznego koniunkturalizmu, tylko przekonań religijnych. To za jego czasów zakazano finansowania z budżetu państwa bardzo ważnych dla medycyny badań nad komórkami macierzystymi pochodzącymi z ludzkich embrionów. I to Bush oświadczył dziennikarzom, że w szkołach powinno się wykładać zarówno teorię ewolucji, jak i inteligentny projekt, czyli sprytną wersję kreacjonizmu. To zaś sprawiało wrażenie próby uderzenia w podstawy oświeceniowego projektu.

Podobnie jak z Trumpem jest z Jarosławem Kaczyńskim czy Antonim Macierewiczem – ich manipulowanie nauką ma czysto koniunkturalny charakter, służący doraźnym propagandowym czy politycznym grom. PiS nie jest ideologicznie antynaukowe.

Oczywiście niesprawiedliwe byłoby oskarżanie o manipulowanie nauką wyłącznie polityków. Robi to również Kościół katolicki, np. podważając skuteczność i bezpieczeństwo metody zapłodnienia in vitro. Wystarczy przypomnieć opowieści ks. Franciszka Longchamps de Bérier, członka zespołu ekspertów ds. bioetycznych Konferencji Episkopatu Polski, który stwierdził, że dzieci poczęte tą metodą mają „dotykową bruzdę, która jest charakterystyczna dla pewnego zespołu wad genetycznych”.

Naukę wykorzystują też organizacje pozarządowe. Przykładem jest Greenpeace od lat walczący o ochronę środowiska naturalnego. W kwestii globalnego ocieplenia bardzo chętnie i często odwołuje się on do opinii naukowców, którzy dziś w zdecydowanej większości zgadzają się, że emitowane do atmosfery gazy cieplarniane pochodzące z działalności człowieka powodują wzrost średniej temperatury na Ziemi. Jednak w innych obszarach – modyfikacji roślin uprawnych narzędziami inżynierii genetycznej czy bezpieczeństwa energetyki jądrowej – organizacja ta niechętnie korzysta z ustaleń nauki, a nawet potrafi brutalnie atakować uczonych, gdy wyniki ich badań nie pasują do głoszonych przez nią tez.

Do listy manipulatorów trzeba też dołączyć wielki biznes. Jednym z najgłośniejszych przykładów jest historia podważania przez koncerny tytoniowe wyników badań dowodzących szkodliwości palenia. W latach 1979–85 firma R.J. Reynolds Tobacco Company wyłożyła na ten cel 45 mln dol. Posłużyły one m.in. do opłacenia niektórych naukowców gotowych kwestionować dotychczasowe ustalenia. Podobne kampanie biznes organizował w sprawie emisji freonów, czyli gazów używanych w agregatach chłodniczych i aerozolach, które niszczyły warstwę ozonową. Dziś zaś wątpliwości w sprawie globalnego ocieplenia stara się zasiać potężne lobby naftowo-węglowe.

Duże pieniądze robi się też na „lekach” nazywanych homeopatycznymi, których metody produkcji i postulowany mechanizm działania opierają się na pseudonaukowych teoriach z pierwszej połowy XIX w. Firmy wytwarzające takie specyfiki, manipulując danymi naukowymi i skutecznie lobbując, doprowadziły do tego, że m.in. w Unii Europejskiej nie wymagają one – tak jak prawdziwe leki – badania skuteczności działania. Wiadomo bowiem, że wynik byłby bardzo dla nich niekorzystny.

Cyfrowe błędy i nadzieje

Ale najbardziej zagrażać racjonalno-naukowym postawom wydaje się obecnie internet. W 2015 r. badacze z Włoch i USA w opublikowanym w specjalistycznym periodyku „PLOS ONE” artykule „Nauka kontra teorie spiskowe: zbiorowe narracje w epoce dezinformacji” przedstawili swoje wnioski z obserwacji ludzi zarówno wierzących w różne bzdurne tezy, jak i poszukujących rzetelnych informacji naukowych w globalnej sieci. Zainteresowało szczególne miejsce internetowej komunikacji: najpopularniejszy portal społecznościowy Facebook.

Przez cztery lata przyglądali się zachowaniu ponad miliona użytkowników, a dokładnie temu, jakie treści udostępniają oraz które oznaczają jako „lubię to”. Tu krótkie wyjaśnienie dla osób niekorzystających z Facebooka: można na nim założyć tzw. profil, a w nim wpisywać dowolne krótkie czy dłuższe teksty, udostępniać treści z różnych miejsc w internecie, a także publikować zdjęcia lub filmy. Każdy użytkownik Facebooka ma możliwość „lajkowania” lub komentowania wpisów innych osób lub organizacji, jeśli nie ograniczyły one dostępu do swojego profilu.

Naukowcy monitorowali 73 profile, na których publikowane są treści naukowe albo teorie spiskowe i pseudonaukowe. Ich twórcy zamieścili w tym czasie ponad 271 tys. wpisów, pod którymi inni użytkownicy Facebooka zostawili ponad milion komentarzy lub/i opatrzyli je ponad milionem „lajków”. M.in. dzięki temu udało się zidentyfikować 255 tys. użytkowników promujących i czytających treści naukowe oraz ponad 790 tys. zwolenników rozmaitych spisków i pseudonauki.

Główne wnioski płynące z publikacji w „PLOS ONE” brzmiały następująco: użytkownicy Facebooka mają silną tendencję do polaryzacji opinii i poszukiwania treści odpowiadających czy może raczej potwierdzających ich przekonania. Przedstawiciele „społeczności naukowej” dziesięć razy częściej byli skłonni do wchodzenia w dyskusje i polemizowania na stronach „spiskowców” niż na odwrót (czyli konfrontowania swoich poglądów z argumentami przeciwników). Natomiast na absurdalne (intencjonalnie nieprawdziwe i wręcz żartobliwe) wpisy internetowe wielokrotnie łatwiej nabierali się zwolennicy pseudonauki – bardzo chętnie je udostępniając na swoich profilach lub/i „lajkując”. Okazali się także znacznie aktywniejsi w promowaniu i popieraniu (za pomocą „polubień”) bliskich ich poglądom tekstów.

Analiza zachowań użytkowników Facebooka na pierwszy rzut oka potwierdzałaby jedynie to, co po wielekroć zostało już stwierdzone przez psychologię: że ludzie nie są z natury sceptyczni, a więc otwarci na konfrontację swoich przekonań z faktami i ich ewentualną zmianę, gdyby takiej próby nie wytrzymały. Jest raczej na odwrót: osobiste przekonania tworzą filtr, który dopuszcza jedynie informacje mające potwierdzać wyznawane poglądy. Dlatego dla jakiejś grupy ludzi wiarygodne mogą okazać się nawet szalone hipotezy, bo pasują do wyznawanego światopoglądu. Stąd m.in. branie na poważnie przez facebookowych „spiskowców” internetowych żartów, nawet najbardziej absurdalnych. Oraz niechęć do wchodzenia w dyskusje z ludźmi ceniącymi naukowe treści. Duża aktywność „spiskowców” w powielaniu pasujących im informacji potwierdzałaby zaś starą zasadę propagandy, że nieprawda wielokrotnie powtórzona zmienia się w umysłach odbiorców w prawdę.

Wydawałoby się zatem, że w internecie nie dzieje się nic, czego świat wcześniej nie znał. Mamy jednak do czynienia z pewną istotną zmianą. Otóż jest to medium, w którym nieprawdziwe informacje mogą być powielane na nieznaną dotychczas skalę. Co więcej, nie znikają one z obiegu – treści umieszczone w globalnej sieci stają się niemal niezniszczalne. Bardzo wzmacnia się również zjawisko „plemienności”. Zwolennicy jakiejś tezy bez problemów się odnajdują, np. na Facebooku, i nawzajem wspierają wyznawane przekonania, dostarczając kolejnych wzmacniających je treści. Sprzyjają temu również mechanizmy stosowane w wyszukiwarkach internetowych, np. Google. Dostosowuje on wyniki przeszukiwania sieci do preferencji danej osoby, na podstawie tego, co wcześniej wynajdywała i czytała.

Internet opiera się na tym, że każdy może umieścić w nim dowolną treść. To jego wielka zaleta i jednocześnie największa wada. Zrównuje on wiarygodne informacje z kompletnymi bzdurami oraz daje taki sam głos każdemu, bez względu na jego kompetencje. Jeśli więc użytkownik sieci nie ma narzędzi umożliwiających poruszanie się w monstrualnym gąszczu informacji, czyli nie potrafi odróżnić rzetelnych stron internetowych od niegodnych zaufania, łatwo zostanie sprowadzony na manowce lub utwierdzi się w swoich przekonaniach, czasami nawet całkowicie oderwanych od rzeczywistości.

Nie wiadomo jeszcze, jakie dokładnie skutki społeczne wywołuje tak działająca globalna sieć. Niektórzy publicyści, jak Wojciech Orliński, autor książki „Internet. Czas się bać”, wskazuje na nie tylko hipotetyczne zagrożenia. Według niego namacalnym przykładem zła wyrządzonego przez internet światu są ostatnie lokalne (nie tylko w Polsce) epidemie odry. Ludzkość może się przed tą groźną chorobą skutecznie bronić za pomocą szczepionek i tak też robiła, ale od pewnego czasu rodzice czerpiący swą „wiedzę” z takich serwisów, jak YouTube, Facebook, i internetowych forów przekonani są, że zastrzyki przeciw odrze (oraz śwince i różyczce) wywołują autyzm, więc unikają obowiązkowych szczepień swoich dzieci. „W ten sposób internet okazał się odpowiednikiem Wielkiego Zderzacza Hadronów [to potężna instalacja pod Genewą, w której naukowcy zderzają rozpędzone do wielkich prędkości cząstki (hadrony) – przyp. red.]. To Wielki Zderzacz Andronów. Niczym cząstki elementarne w akceleratorze głupkowate »michałki« rozpędzane tu są od portalu do portalu, a z ich zderzeń pojawiają się następne” – pisał na łamach „Gazety Wyborczej”.

Opublikowane w 2018 r. badania dwojga amerykańskich naukowców, socjologa Shawna Doriusa i genetyczki Carolyn Lawrence-Dill z Iowa State University, wykazały, że rosyjskie tzw. trolle internetowe (ludzie piszący pod fałszywymi tożsamościami liczne agresywne komentarze) oraz boty (czyli programy komputerowe udające ludzi i generujące wypowiedzi na różne tematy) prowadzą negatywną kampanię w internecie, głównie na stronach amerykańskich stacji telewizyjnych i portali informacyjnych. Jest ona skierowana przeciwko biotechnologii rolniczej, która od lat 90. XX w. dynamicznie rozwija się w USA. Zaś inna grupa badaczy, również w tym roku, opublikowała na łamach czasopisma naukowego „American Journal of Public Health” analizę, z której wynika, że rosyjskie trolle podczas wyborów w USA w 2016 r. rozpowszechniały na Twitterze antyszczepionkową propagandę. Jednym z głównych celów tych działań jest najprawdopodobniej destabilizacja krajów Zachodu poprzez podważanie zaufania opinii publicznej do nauki.

Globalna sieć miała być – w opinii jej entuzjastów – „kolektywną inteligencją ludzkości”. I rzeczywiście jest wspaniałym narzędziem, dającym wręcz nieograniczone możliwości poszukiwania informacji. Każda podłączona dziś do niej osoba w niemal dowolnym miejscu świata może korzystać z prawie wszystkich niematerialnych wytworów ludzkości. Niestety, oprócz ogromnie wartościowych danych stała się też informacyjnym ściekiem. I na razie nie bardzo wiadomo, jak go oczyścić.

Pewne nadzieje daje przykład Wikipedii, internetowej encyklopedii tworzonej przez wolontariuszy, którym udaje się wypracowywać coraz bardziej skuteczne metody walki z nierzetelnymi informacjami. Może więc internet, dumne dziecko postępu naukowo-technicznego, nie okaże się miejscem, w którym nauka ostatecznie zginie.

***

Autor jest dziennikarzem POLITYKI.

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną