Dlaczego milionom ludzi brakuje napędu do życia

Hedoniści w krainie anhedonii
Gdzie leży klucz do zrozumienia, dlaczego milionom ludzi brakuje napędu do życia? Można by ułożyć cały alfabet przyczyn społecznych, które mają pewnie związek z globalną epidemią depresji: atrofia więzi społecznych, bieda i bezrobocie, chciwość korporacyjno-bankowa.
„Stary człowiek w smutku (Na progu wieczności)” – obraz Vincenta van Gogha z 1890 r.
Alamy Stock Photo/BEW

„Stary człowiek w smutku (Na progu wieczności)” – obraz Vincenta van Gogha z 1890 r.

Depresja. Z pozoru wszechstronnie opisana, psychologicznie przebadana, opatrzona w internetowe portale, akcje społeczne, dni walki z…, pamiętnikarskie i literackie zapisy. 350 mln osób na świecie – według danych WHO – każdego dnia jest pogrążonych w poczuciu beznadziei i bezsilności, ma obniżony do zera nastrój i napęd do jakichkolwiek czynności życiowych, leży w łóżkach i cierpi na całkowity brak sensu, pławi się w rozpaczy, poczuciu własnej znikomości i niejasnej winy. Płacze. Ogromna część planuje samobójstwo. Coraz częściej idą do lekarza – raczej pod naciskiem bliskich niż z własnego przekonania (bo i do tego brak im napędu). Polscy medycy, nie tylko psychiatrzy, ale i ci pierwszego kontaktu – wypisali im w 2017 r. 7 mln recept na rozmaitego rodzaju antydepresanty, w tym głównie selektywne inhibitory wtórnego wychwytu serotoniny (SSRI).

One działają. Okrawają człowieka z ekstremalnych stanów emocjonalnych: tonięcia w rozpaczy, ale też wzlotów radości. Pozwalają żyć, bądź raczej – jak mówią niektórzy weterani nawracających epizodów depresyjnych – trwać w stanie życia. W miarę bezproblemowo współżyć przynajmniej z najbliższymi: nie wybuchać, nie wzniecać konfliktów, sypiać, stosunkowo racjonalnie jeść. Pracownik na prochach też wydaje się OK.

Zamiast walić głową w mur

Medycyna i psychoterapia zdają się jako tako radzić z tym czymś, czego przyczyn tak naprawdę ludzkość wciąż nie zna. Nowoczesne techniki obrazowania mózgu pozwalają co prawda obserwować u chorych istotne zmiany, jeśli chodzi o neuroprzekaźniki (takie jak właśnie serotonina czy noradrenalina), ale nie wynika z tego jasno, czy w przypadku depresji mamy do czynienia z przyczyną choroby, czy też już z jej skutkiem. Uczeni badają geny i kwestię dziedziczności: połowa dzieci, których rodzice cierpieli na epizody depresyjne, obciążona jest dużym ryzykiem tej choroby w jakimś momencie życia, ale zawsze podkreślają, że geny to nie wszystko – trzeba dodać okoliczności życiowe. Mówi się zatem rzeczy dość oczywiste: że ryzyko depresji zwiększa trudne dzieciństwo, zwłaszcza molestowanie, przemoc, przeżycia traumatyczne. Że jest coś w statystycznej przewadze kobiet, jeśli chodzi o zachorowalność (nawet trzy razy więcej diagnoz niż wśród mężczyzn). Wyjaśnienia jednak tu też zdają się trywialne: bo hormony, bo stres poporodowy, bo odpowiedzialność za potomstwo (a więc niejako biologicznie wbudowana w psychikę skłonność do zamartwiania się), bo to upiorne miesiączkowanie, to katastrofalne klimakterium. Bo wreszcie – uważniejsze niż u mężczyzn wsłuchanie we własną psychikę i fizjologię oraz tzw. intuicja medyczna, wynikająca z biologicznej, a jeszcze bardziej kulturowej roli piastunki dzieci i opiekunki starców, co sprawia, że kobiety częściej niż mężczyźni dają szansę lekarzom na zdiagnozowanie tej choroby.

Istnieje też hipoteza, że tę w istocie rzeczy pozorną epidemię nakręca medykalizacja życia człowieka Zachodu, czyli względna dostępność służby zdrowia, oraz interesy przemysłu farmaceutycznego. Jak głoszą niektórzy socjobiolodzy, niezbyt ciężkie okresy depresji są wkomponowane w ludzką naturę – po to, by po życiowej porażce czy traumatycznym zdarzeniu (np. ciężkiej chorobie) człowiek wycofał się rozsądnie z nierealistycznych zamierzeń i ryzykownych dla siebie zachowań, a nawet pogodził się z degradacją w hierarchii swojego stada. Słowem, by zamiast walić głową w mur, wyluzował, zatrzymał się – w imię zachowania fizycznego i psychicznego zdrowia, czyli wydłużenia egzystencji. Na psychiatrów ta socjobiologiczna teza działa jak płachta na byka. Albowiem zwykle mają do czynienia z pacjentami w tak głębokiej fazie depresji (tzw. depresja wielka), że o żadnej autorefleksji i pogodzeniu nie ma tam mowy bez silnych farmaceutyków. Jednakowoż liczba faktycznych zachorowań może być nieco nadszacowana. Odtabuizowanie depresji (choćby poprzez wspomniane akcje społeczne czy wyznania znanych postaci), przy wszystkich pożytkach, niesie niebezpieczeństwa, że np. urobieni codziennością pracownicy dość łatwo mogą symulować jej objawy. Wszak w tym wypadku diagnoza opiera się wyłącznie na wywiadzie, więc bezkarnie można opowiedzieć niedoświadczonemu w tej dziedzinie lekarzowi o komplecie ośmiu symptomów, bo tyle wymienia np. DSM – amerykańska biblia psychiatryczna (choć jej autorzy błagają, by nie stosować jej jak książki kucharskiej). A więc o zaburzeniach snu, nastroju, libido, apetytu, nagłym utyciu czy schudnięciu, poczuciu totalnego zmęczenia i ogólnej beznadziei. I poprosić o pakiet, czyli L4 plus jakiś fajny prozac.

Nie lekceważąc tych marginesów, dajmy jednak wiarę alarmistycznym tonom psychiatrów i WHO. Wyłuszczając przyczyny depresyjnej epidemii dotykającej świat, a zwłaszcza świat cywilizacji zachodniej, eksperci na koniec rytualnie dorzucają kilka komunałów o tym, że wiadomo – takie czasy: stres, wyścig szczurów, wypaczony indywidualizm (czytaj: wszechobecny narcyzm i egoizm), porozrywanie tradycyjnych więzi rodzinnych i społecznych, samotność w wielkich miastach. Jednak depresja pozostaje wciąż bardziej domeną psychiatrów i psychologów klinicznych niż teoretyków z dziedziny psychologii społecznej czy socjologii, nie mówiąc już o politologii czy ekonomii. A wydaje się przecież oczywiste, że klucz do jej zrozumienia i okiełznania musi być zakopany również na tych polach. Pytanie jest oczywiste: dlaczego właśnie teraz, w najbardziej humanitarnym ze znanych ustrojów społecznych i politycznych, czyli demokracji liberalnej, w najbardziej ucywilizowanej, a więc bezpiecznej i dostatniej części świata, czyli współczesnej Europie – milionom ludzi, co piątemu, jak chcą niektóre statystyki, nie chce się żyć? Dlaczego ich organizmy, w tym mózg, odmawiają zrównoważonego funkcjonowania? Dlaczego ta choroba – wedle przewidywań WHO – ma stać się w 2030 r. główną zarazą świata, który dla gatunku Homo sapiens wydaje się właśnie teraz relatywnie najbezpieczniejszą, przyjazną, totalnie podporządkowaną niszą ekologiczną?

Słowem, co jest nie tak nie tyle z człowiekiem, ile ze światem? Co on nam złego robi?

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Artykuł pochodzi z premierowego Niezbędnika Współczesnego

Pełne wersje artykułów z najnowszego Niezbędnika Współczesnego dostępne są dla abonentów Polityki Cyfrowej.

kup dostęp

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj