Choroba X niedługo może zdziesiątkować ludzkość

Przygotuj się na pandemię
Mimo tragicznych doświadczeń brakuje na świecie skutecznych sposobów zapobiegania epidemiom. Co najwyżej możemy na nie reagować. Jaka więc powinna być reakcja na nieznaną jeszcze chorobę X, której pojawienie się przewiduje wielu ekspertów?
Pielęgniarki Amerykańskiego Czerwonego Krzyża i chory na grypę hiszpankę, która w latach 1918-20 zabiła ponad 50 mln. ludzi.
BEW

Pielęgniarki Amerykańskiego Czerwonego Krzyża i chory na grypę hiszpankę, która w latach 1918-20 zabiła ponad 50 mln. ludzi.

Podczas epidemii żółtej febry w Nowym Orleanie w XIX w. zmarło 41 tys. osób; grafika z 1878 r.
DeAgostini/Getty Images

Podczas epidemii żółtej febry w Nowym Orleanie w XIX w. zmarło 41 tys. osób; grafika z 1878 r.

Ogłoszenie o objęciu kwarantanną miasta Cap Girardeau w USA z 1878 r.
The Picture Art Collection/Alamy Stock Photo/BEW

Ogłoszenie o objęciu kwarantanną miasta Cap Girardeau w USA z 1878 r.

Okładka nut pieśni powstałej po epidemii żółtej febry w USA.
Gado Images/Alamy Stock Photo/BEW

Okładka nut pieśni powstałej po epidemii żółtej febry w USA.

Miasto było wyludnione. „Już na samym wstępie natknąłem się na ponure świadectwa stanu, w jakim się znajdowało. Pierwszym pojazdem, który ujrzałem, był wóz ciężarowy, który objeżdżał okoliczne ulice, zbierając zwłoki. Dwie przecznice dalej ułożono stosy trumien w rzędach na chodniku przed budynkiem zakładu pogrzebowego. Każdy, kogo napotkałem, był śmiertelnie przerażony. Pewien młody lekarz wyznał: Dziś może pan z kimś rozmawiać, a jutro dowiedzieć się, że wczorajszy rozmówca nie żyje”.

Robert Blakeslee, autor relacji zamieszczonej w „New York Herald”, przybył do Memphis w środku epidemii żółtej febry w 1878 r. W pierwszej połowie września umierało tu 200 osób dziennie. Ludzie uciekali w popłochu. Przedsiębiorstwa kolejowe doczepiały dodatkowe wagony do pociągów wychodzących z miasta, ale i tak nie starczyło miejsca dla wszystkich, którzy chcieli się z niego wydostać.

A jeszcze miesiąc wcześniej miejscowe gazety pisały: „Mieszkańcy mogą być spokojni. Jeśli tylko pokaże się żółta febra (co jest mało prawdopodobne), rada zdrowia natychmiast zawiadomi o tym wszystkich. Nie wzniecajcie paniki! Zajmujcie się swoimi sprawami jak zwykle, bądźcie dobrej myśli i śmiejcie się jak najczęściej”.

Przyczajona śmierć

140 lat od tamtych doświadczeń, gdy Światowa Organizacja Zdrowia (World Health Organization, WHO) wpisała na listę największych zagrożeń dla zdrowia publicznego tajemniczą zakaźną chorobę X – atmosfera właściwie jest podobna. To się nie może zdarzyć, kiepski scenariusz jak z horroru klasy B – opinie o nieuchronnej dla świata pandemii przeważnie są lekceważące. W XXI w. istnieje wszak wiele sposobów, by pokonać zarazki, więc żadne plagi nam niestraszne.

Ignorowanie ryzyka to jednak nie najlepszy sposób uodpornienia. – Wystarczy, że pojawi się zmutowany wirus, który będzie rodzajem krzyżówki SARS z ospą wietrzną, i przyszłość ludzkości zawiśnie na włosku – przewiduje złowrogo dr Paweł Grzesiowski, epidemiolog i immunolog z fundacji Instytut Profilaktyki Zakażeń. Taki zarazek przenosiłby się drogą kropelkową (błyskawicznie jak ospa) i zabijałby w ciągu 2–3 tygodni z powodu ciężkiego zapalenia płuc (jak SARS).

Światowa Organizacja Zdrowia, która ostrzega przed jeszcze nierozpoznaną, ale o wielkiej sile rażenia chorobą X, była w ostatnich latach wielokrotnie krytykowana – i to ze skrajnie odmiennych powodów. Opinia publiczna miała do niej wiele pretensji za podsycanie paniki w 2009 r., kiedy świat żył w lęku przed świńską odmianą grypy, a władze WHO namawiały rządy państw do zakupu dodatkowych szczepionek (przed czym broniła się Polska, wychodząc z założenia, że wydatek na ten cel będzie niepotrzebny). Wielu dopatrywało się kulis rzekomej pandemii grypy A/H1N1 w pajęczynie interesów finansowych pod przykrywką właśnie WHO i jej skorumpowanych urzędników, zwanych złośliwie medokratami. Ale już pięć lat później, w 2014 r., ci sami ludzie znaleźli się w ogniu krytyki za zbytnią bierność w obliczu epidemii eboli w Afryce Zachodniej. Obnażyła ona bezsilność służb medycznych na pierwszej linii frontu, a pomoc z Genewy, gdzie mieści się główna siedziba Światowej Organizacji Zdrowia, przyszła za późno, ujawniając zawstydzający brak koordynacji.

Kiedy więc na początku 2018 r. – przy corocznym uzupełnianiu listy chorób zakaźnych mogących stać się dla świata największym zagrożeniem – umieszczono na niej wspomnianą chorobę X, było jasne, że eksperci WHO wyciągają wnioski i chcą wreszcie dogonić uciekający czas. – Historia nas nauczyła, że następną wielką pandemię wywoła nieznany jeszcze wirus – obwieścił prof. Anthony Fauci, dyrektor amerykańskiego Narodowego Instytutu Alergii i Chorób Zakaźnych. – Tak jak nie spodziewaliśmy się wirusa zika i jak w ogóle nie przypuszczaliśmy, że ebola kiedykolwiek dotrze do miast w USA.

W obu tych chorobach ekspansję wirusów – z afrykańskiego buszu do obu Ameryk i Europy – udało się powstrzymać (choć musiało zginąć kilkanaście tysięcy ludzi). Strach pozostał. Nie w mediach, gdzie histeria wybucha zazwyczaj dopiero wtedy, kiedy zagrożenie spada jak piorun z nieba, ale wśród naukowców i epidemiologów, mających większe wyobrażenie, co może sprowadzić na ludzkość zarazek, który wymknie się ze swojego matecznika. – Dla ekspertów rzecz nie w tym czy, ale kiedy pojawi się taka pandemia – przyznaje dr Grzesiowski. WHO od tego roku dmucha więc na zimne: przygotujmy się zawczasu na takie ryzyko. Najpewniej pojawi się ono za sprawą dzikiego wirusa, który przejdzie na ludzi od zwierząt lub okaże się wpadką jakiegoś laboratorium, skąd śmiertelna wersja takiego bakcyla wymknie się niepostrzeżenie.

Uśpiony wulkan

Bezpośrednim powodem, dla którego enigmatyczna choroba X znalazła się na wspomnianej liście (obok występujących już zagrożeń: eboli, gorączki krwotocznej Lassa, z doliny Rift oraz krymsko-kongijskiej, ostrej infekcji oddechowej SARS, bliskowschodniego zespołu MERS, wirusów nipah i hendra, a także zika), była nie tylko nauczka, jaką dały WHO ostatnie pandemie w Afryce i wciąż nieujarzmiona grypa. Dużo istotniejsze okazało się doniesienie z 2017 r. o wskrzeszeniu w jednym z amerykańskich laboratoriów wirusa ospy końskiej. – Choć jego szczep nie jest zagrożeniem dla ludzi, praca ta stanowi przepis, jak można w dzisiejszych czasach skonstruować dużo bardziej niebezpieczny zarazek – uważa dr Paweł Grzesiowski.

Nie jest to pierwszy taki przypadek. W 2001 r. „New Scientist” ujawnił, że grupa biologów miała przypadkowo stworzyć niezwykle groźną odmianę wirusa pozyskanego od królików. W dobie rozkwitu ruchu nazywanego DIY Biology (skrót od ang. Do It Yourself – zrób to sam) najwymyślniejsze projekty badawcze z zakresu genetyki i biotechnologii można dziś realizować nie w dużych publicznych instytucjach naukowych, lecz w prywatnych małych, wręcz garażowych, pracowniach, nad którymi nikt nie ma praktycznie żadnej kontroli. To ruch w pewnym sensie hakerski (dlatego zastosowanie idei DIY do biologii molekularnej nazwano biohakingiem), którego celem jest udostępnienie podstawowych narzędzi hobbystom. Czy wszyscy mają jednak dobre intencje?

Może już niektórzy zapomnieli o panice, jaką w 2001 r. wywołały w Stanach Zjednoczonych laseczki wąglika rozsyłane przez nieznaną osobę w zwykłej poczcie. Było to działanie celowe i, jak się okazało, całkiem łatwe, by sparaliżować pół kraju. Miliardy bakterii mógł wyhodować każdy mikrobiolog, wykorzystując sprzęt tak prosty w obsłudze, jak piwowarskie kadzie fermentacyjne. Pierwszą dawkę zarazków wystarczyło sprowadzić z Afganistanu, gdzie wcześniej pobrano je od padłego bydła lub owiec, bo zakażonych wąglikiem jest ich tam wiele.

Mikroby zawsze będą żyły blisko człowieka. Część z nich może być użyteczna, wiele jest chorobotwórczych, a niektóre zabiją dziesiątki lub setki ludzi. Tym razem chodzi o coś więcej – o groźbę przedostania się do ekosystemu nowego wirusa, przed którym nie wiadomo, jak się bronić. Bakterie są mimo wszystko bardziej przewidywalne, więc ich zabójczy potencjał w kontekście pandemii byłoby łatwiej opanować. Według epidemiologów cztery czynniki determinują ciężkość chorób infekcyjnych: w jakim stopniu zarazki wywołują śmiertelność, jak łatwo rozprzestrzeniają się między ludźmi, przez jak długi czas zakażona osoba pozostaje zakaźna dla innych, zanim pojawią się u niej objawy, i wreszcie, czy można temu zapobiec, podając szczepionki lub antybiotyki.

Dlatego prof. Andrzej Radzikowski, były konsultant ds. pediatrii na Mazowszu, nie ma wątpliwości, że to właśnie wirusy, a nie bakterie, sprowadzą na ludzkość nieszczęście: – One są nieprzewidywalne! Przebieg każdej choroby wirusowej może być lekki, ciężki bądź fatalny. Na przykład wirus RSV u dorosłych powoduje zapalenie oskrzeli, u małych dzieci groźniejsze zapalenie oskrzelików, a dla wcześniaków bywa śmiertelny.

Na liście potencjalnych drobnoustrojów, które są groźne z punktu widzenia bioterroryzmu, można znaleźć – oprócz wspomnianych laseczek wąglika – także pałeczki dżumy i przecinkowce cholery, lecz cała reszta to już wirusy. Włącznie z ospą prawdziwą, która teoretycznie zniknęła, ale czy nieodwołalnie? Światowa Organizacja Zdrowia mogła z dumą ogłosić jej wyeliminowanie w 1979 r. (jedyne próbki wirusów przechowują dziś oficjalnie dwa laboratoria: w Atlancie i Nowosybirsku, nie mogąc wspólnie z WHO dojść do porozumienia, kiedy je zniszczyć). Ale gdy teraz biotechnolodzy udowadniają, że potrafią skonstruować podobny genetycznie aktywny i skuteczny zarazek, cała filozofia eradykacji (czyli całkowitego zwalczenia jakiejś choroby zakaźnej) w niespokojnych czasach terroryzmu bierze w łeb.

Kto sieje histerię?

Według prof. Włodzimierza Guta z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH z ospą prawdziwą ludzkość uporała się skutecznie, bo sam wirus – w porównaniu np. z polio – był łatwiejszy do wybicia. Wcześniej, przez kilka stuleci, zgładził połowę ludności Europy. – I ze względu na strach przed okrutną chorobą mobilizacja była olbrzymia. Wszyscy się ospy bali, bo wiedzieli, jakie przynosi męczarnie – mówi profesor. Nawet w regionach, gdzie trwały wojny, żołnierze posłusznie ustawiali się w kolejkach po szczepionkę, po czym znów chwytali za broń. – Z kolei o żelaznych płucach, w które wkładani byli chorzy na poliomyelitis, dziś mało kto pamięta. A szkoda, bo nie pojawiałyby się bzdurne pytania, po co nam szczepienia – wytyka cierpko prof. Gut.

Dlatego prof. Radzikowski, zapytany o ryzyko groźnych epidemii w przyszłości, wbrew opinii WHO bardziej boi się tych, które mogą powrócić niż wywołanych przez nieznane zarazki. – Proszę zobaczyć, co się dzieje w Europie: odra, krztusiec, świnka. Po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat rośnie liczba ludzi zakażonych chorobami, które były już niemal wyeliminowane. Tuż za wschodnią granicą Polski powróciło polio, panoszy się gruźlica. A w Polsce ruchy antyszczepionkowe piszą obywatelski projekt ustawy o zniesieniu obowiązkowych szczepień. – I z winy sprzeciwu rodziców co rok 2–3 tys. dzieci w Polsce wchodzi w pulę niezaszczepioną – mówi dr Grzesiowski. – Za kilka lat może nastąpić wybuch tzw. epidemii wyrównawczej, ponieważ aby szczepionka profilaktyczna mogła spełnić swoją rolę, musi ją przyjąć co najmniej 80–90 proc. populacji.

Starzejące się społeczeństwo to czynnik dodatkowo podnoszący ryzyko, ponieważ wraz z wydłużeniem życia mniej pewna staje się efektywność szczepionek otrzymanych w dzieciństwie. Choć pierwsza szczepionka przeciwko ospie datuje się na 1796 r. (wtedy Edward Jenner zaczął wcierać w ludzkie rany wydzielinę pobieraną z pęcherzy chorych zarażonych od krów), nowożytna historia kalendarza szczepień ma zaledwie 60 lat. Więc niech się nie czuje tak pewnie pierwsze pokolenie, które nie musiało obawiać się gruźlicy, polio czy odry – odporność poszczepienna będzie w nim spadać w miarę wydłużania życia, a skoro wirusy są stale aktywne w środowisku, gdyż przybywa osób niezaszczepionych, również ono musi liczyć się z tym, że może coraz częściej padać ich ofiarą.

Prof. Rafał Gierczyński z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH przytacza dane, na które często powołują się przedstawiciele ruchów antyszczepionkowych: do 1974 r. na odrę zapadało w Polsce 130 tys. osób, a mimo to przeżyliśmy, mówią, więc po co się szczepić? – Ale zapominają o innej statystyce: że rocznie umierało wtedy na odrę 200–300 dzieci! Może rzeczywiście potrzebna jest jakaś nowa epidemia, abyśmy zrozumieli, że warto korzystać z metod ochrony, które mamy?

Wobec większości chorób zakaźnych nadal jednak jesteśmy bezbronni. Na antidotum czekają nie tylko wywołujące postrach wirusy gorączek krwotocznych, ale również HIV, HCV, malaria, denga czy dużo bardziej popularne w naszym regionie opryszczki. Eksperymentalne szczepionki niejednokrotnie sprawdzają się w badaniach laboratoryjnych, ale tracą moc u człowieka, więc nie można ich dopuścić do sprzedaży. Trwałość uodpornienia okazuje się zbyt krótka albo po podaniu ochotnikom nie osiągają minimum skuteczności. – Dlatego walka z chorobami zakaźnymi to wciąż mission impossible – sumuje prof. Radzikowski.

Prof. Włodzimierz Gut: – Nie jesteśmy na tyle genialni, by teoretycznie móc wszystko zaplanować i aby sprawdzało się w 100 proc. Eksperymentalne szczepionki przeciwko wirusom fantastycznie działają na modelach zwierzęcych, ale nie zawsze okazują się efektywne u ludzi. Najczęściej nie wiadomo, w jaki słaby punkt uderzyć, by zahamować ich namnażanie. W przypadku dobrze znanych szczepionek przeciwko polio lub wściekliźnie odkrywcom zawsze towarzyszył łut szczęścia. Choć niektórych może dziwić bezradność współczesnej medycyny w tej nierównej walce, wirusolodzy nie widzą w tym żadnego zaskoczenia. – Wirusy poza komórką są strukturą martwą – oświadcza prof. Gut. – Skoro potrafią przetrwać tyle milionów lat, nie łudźmy się, że zdołamy je okiełznać w ciągu dwóch czy trzech dekad, a może nawet półwiecza.

Za blisko zwierząt

Dr Jonathan D. Quick, ekspert zdrowia publicznego, odpowiadający w latach 2004–17 za politykę lekową WHO i globalne bezpieczeństwo zdrowotne, swoją najnowszą książkę „The End of Epidemics”, wydaną w Stanach Zjednoczonych, rozpoczyna od relacji z Liberii. Jesienią 2014 r. ebola zabijała tam setki tubylców, w tym także jego przyjaciół z personelu medycznego: „Zwłoki leżą na ulicach. Ludzie są tak wystraszeni, że odmawiają wizyt w przychodniach, gdyż traktują je jak umieralnie. Nie leczą innych chorób, w tym malarii, bo system medyczny jest sparaliżowany, co tylko zwiększa liczbę ofiar śmiertelnych”. Ten współczesny opis niewiele różni się od przytoczonej na wstępie artykułu relacji z Memphis sprzed 140 lat. Czasy się zmieniają, ale katastrofalne plagi nic a nic – martwe ciała i trumny, a wokół nich krzątający się ludzie w maskach. Pierwszymi ofiarami zawsze bywają osoby najbardziej podatne genetycznie, ze słabym układem odporności, niedożywione. Pewnym wyjątkiem była epidemia grypy hiszpanki w 1918 r., która raptownie zabijała osoby w kwiecie wieku. Ich układ immunologiczny został tak zmobilizowany przez wirusa, że nie tylko walczył z samym zarazkiem, lecz zwracał się też przeciwko organizmowi gospodarza.

W październiku 2014 r. w Dallas w Teksasie zmarł Thomas Eric Duncan, obywatel Liberii, który był pierwszym pacjentem zdiagnozowanym na ebolę w USA (dokąd przyjechał odwiedzić krewnych). Kilka tygodni wcześniej nikt nie zakładał, by wirus eboli mógł przedostać się z Afryki na inny kontynent. Za sprawą Duncana eksperci zaczęli się jednak zastanawiać, które miasto będzie następne: Paryż, Tokio, Moskwa, Meksyk? Nieświadomie zarażeni ludzie, którzy niedawno przebywali w Afryce Zachodniej, mogli przecież być wszędzie.

Dr Quick, jako wytrawny polityk zdrowotny, przyznaje w swojej książce, że zadawał sobie wtedy jeszcze inne pytania: dlaczego przygotowanie WHO do ogłoszenia globalnego zagrożenia zajęło miesiące, dlaczego wciąż nie było szczepionki przeciwko eboli po ponad 20 lokalnych epidemiach tej choroby, odkąd wirus został odkryty w 1976 r., dlaczego wreszcie gubernator Teksasu nalegał, aby mieszkańców Dallas nie informować o zagrożeniu, choć kilka dni później wszyscy dowiedzieli się, że dwie pielęgniarki opiekujące się zmarłym pacjentem również uległy zakażeniu? „Epidemia eboli w Afryce Zachodniej była ostatnim testem dla krajowych i międzynarodowych możliwości zapobiegania i szybkiego reagowania – przyznaje Jonathan D. Quick. – Ale oblaliśmy ten egzamin. Systemy opieki zdrowotnej w Liberii, Gwinei i Sierra Leone nie były gotowe, by poradzić sobie z kryzysem. WHO również nie była przygotowana, tak jak inne instytucje na Zachodzie”.

Dlatego dziś mamy na liście chorobę X, bo kiedy spełni się sen Billa Gatesa, znanego amerykańskiego filantropa, przepowiadającego nadejście globalnej pandemii, dobrze być na to przygotowanym i nie dopuścić do takiej makabry. Fundacja Gatesów od lat zasila budżet Światowej Organizacji Zdrowia, a zarazem sama sponsoruje badania nad lekami i szczepionkami, więc jej eksperci widzą z bliska, że zagrożenie nigdy nie było większe. Wzrost liczby ludności, urbanizacja, podróże międzynarodowe, nowe praktyki w zakresie produkcji żywności dla zwierząt, karczowanie lasów i gwałtowne ocieplenie klimatu zwiększają zbiorowe ryzyko. Potencjał ekstremistów, zainteresowanych atakami bioterrorystycznymi, lub przypadkowe błędy w laboratoriach wirusologicznych podnoszą je do potęgi.

– Choroba X zostanie wywołana przez czynnik zakaźny, który już dziś bytuje w zwierzętach i w pewnym momencie przekroczy barierę międzygatunkową, by zainfekować człowieka – nie ma wątpliwości również dr Grzesiowski. Ingerowanie ludzi w dzikie środowisko naturalne już kilkakrotnie było przyczyną pojawienia się tego typu chorób odzwierzęcych, zwanych zoonozami. Wirusami ebola i marburg zainfekowali się przecież łowcy dzikiej zwierzyny (m.in. nietoperzy), a wybuch zachorowań na zapalenie mózgu wywołane wirusem nipah w 1998 r. Malezji lub w tym roku w Indiach miał związek z przeniesieniem hodowców świń bliżej lasów. W rozprzestrzenianiu MERS, czyli przypominającego grypę bliskowschodniego zespołu oddechowego (Middle East Respiratory Syndrom), swój udział mają wielbłądy – ludzie zarazili się, mając styczność z wydzieliną tych zwierząt lub pijąc ich mleko (co w obu wypadkach nie jest niczym niezwykłym w Arabii Saudyjskiej, skąd epidemia w 2014 r. rozlała się po świecie).

Historia ludzkości dowodzi, że także wiele dobrze nam znanych zarazków – jak prątki gruźlicy, wirus grypy, SARS czy HIV – z łatwością pokonało barierę międzygatunkową między człowiekiem a zwierzętami. Świat przyrody skrywa mnóstwo nieznanych jeszcze czynników zakaźnych. To, że na wspomnianej liście WHO umieszczono przy kolejnej pandemii skromny znaczek X, oznacza tylko tyle, by móc szybko go zastąpić którymś z tych patogenów.

Kto nas ostrzeże

Jak to się dzieje, że w XXI w. nastolatki umierają na powikłania pogrypowe, tak jak ich rówieśnicy podczas wielkiej epidemii grypy hiszpanki 100 lat temu? Czy można spokojnie patrzeć, kiedy o śmierć ociera się pielęgniarka opiekująca się chorym na afrykańską ebolę w Teksasie? Skąd nasza bezsilność, jeśli w wypadku epidemii, takiej jak azjatycki SARS w 2003 r., trzeba zamykać lotniska lub otaczać kordonami miasta wielkości Toronto?

W tych pytaniach, zadawanych nie przez skandalizujące tabloidy, lecz ekspertów niezadowolonych z obecnego nadzoru nad epidemiami, wybrzmiewają same pretensje. Dr Quick przyznaje, że w ciągu ostatnich dwóch lat trochę się na tym polu zmieniło. Nigeria, Mali i Senegal powstrzymały epidemię eboli. Agencje międzynarodowe, Komisja Europejska, Bank Światowy, sektor biznesu i środowiska akademickie zaczęły bardziej angażować się w globalne bezpieczeństwo zdrowotne.

Paradoksalnie najmniejszą aktywność widać po stronie polityków. Dlatego coraz więcej ekspertów nie wierzy, by inwestycje w ochronę przed kolejną pandemią można było utrzymać bez zaangażowania społeczeństwa obywatelskiego. – To ze strony nas wszystkich potrzebna jest presja na liderów – podkreśla Jonathan D. Quick. Problem w tym, że my sami boimy się z reguły rzeczy, które sobie potrafimy wyobrazić – a globalna pandemia, która przenosi się błyskawicznie z miasta do miasta, z kraju do kraju i z kontynentu na kontynent, jakoś do wyobraźni współczesnego człowieka nie może się przebić.

Dlatego bez lepszego systemu wczesnego ostrzegania i dokładnie rozpisanych procedur, niewiele się zmieni. Przepaść między wiedzą ekspertów a działaniem na poziomie globalnym będzie się tylko pogłębiać. Zachowania ludzkie wobec każdej przyszłej pandemii pozostaną stereotypowe, takie same, jakie znamy z historii.

Władze najpierw ogłoszą, że nie ma żadnego zagrożenia, a następnie będą robiły wszystko, by ograniczyć panikę. Ludność doświadczy śmierci bliskich, zacznie opuszczać swoje domy i unikać chorych. Szukać się będzie winnych, najchętniej wśród imigrantów. Chorzy i podejrzani o chorobę zostaną odizolowani wbrew swojej woli, zamknięci w szpitalach i przytułkach – ale mimo zbiorowej histerii znajdą się też tacy, którzy się temu sprzeciwią, domagając się poszanowania wolności obywatelskich. Wypełnią się kościoły, gdzie wierni będą odmawiać modlitwy, ludzie zwrócą się też w kierunku apostołów medycyny naturalnej.

Po kilkunastu miesiącach nawet najstraszniejsza epidemia zacznie słabnąć. Aż pewnego dnia całkowicie wygaśnie. Celem zarazka, który ją wywołał, nie było przecież unicestwienie samego siebie. On chce przetrwać, gdzieś się przyczaić. Aby za jakiś czas przypomnieć o sobie znowu, już w całkiem innym przebraniu.

***

Autor jest dziennikarzem POLITYKI.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną