Nowa książka Jacka Żakowskiego

Zawał - zrozumieć kryzys
20 głośnych rozmów Jacka Żakowskiego ze światowej sławy naukowcami, ekonomistami, intelektualistami.
Jacek Żakowski 'Zawał. Zrozumieć kryzys'
Polityka

Jacek Żakowski "Zawał. Zrozumieć kryzys"

Od 21 października w dobrych punktach sprzedaży prasy oraz na www.skleppolityki.pl
264 s., cena – 34 zł, oprawa twarda

Ze wstępu do książki, autorstwa Jacka Żakowskiego (poniżej publikujemy spis treści książki):

Tego kryzysu nie wystarczy przetrwać. Trzeba go zrozumieć. Nie dla zaspokojenia próżnej ciekawości. Dla bezpieczeństwa. A raczej: zwłaszcza dla bezpieczeństwa. Bo tego rodzajukryzys przypomina gorączkę. Jak gorączka daje nam znak, że coś jest nie tak z naszym organizmem, tak kryzys daje nam znak, że coś jest nie tak z urządzeniem świata.
Na kryzys, podobnie jak na gorączkę, każdy reaguje inaczej. Jedni próbują ją przechodzić jakby nigdy nic, licząc, że organizm sam sobie poradzi. Drudzy próbują leczenia objawowego. Często najmniej jest tych, którzy słuchają lekarzy radzących, by leczyć chorobę, a nie jej objawy.

Kto nie chce zrezygnować z tego, co wywołało chorobę, ten zwykle zaprzecza, że jest chory. „Stłucz pan termometr, nie będziesz pan miał temperatury” – zachęcał kiedyś Wałęsa. Dokładnie tak przez długi czas postępowali najbardziej radykalni obrońcy przedkryzysowego porządku. Ich liderem był w Polsce Leszek Balcerowicz, który z właściwą sobie pewnością zapewniał, że kryzysu nie ma i nie będzie. Przez wiele miesięcy intensywność, z jaką się zaprzeczało nadchodzeniu, a potem istnieniu kryzysu była przez wyznawców Balcerowicza uważana za miarę lojalności wobec status quo. Potem takim miernikiem stało się niezmienianie niczego w myśl rzuconego również przez Leszka Balcerowicza hasła „nie psujcie mojego kapitalizmu”. Jak gdyby kryzys spadł z nieba i tak czy inaczej musiał tam wkrótce wrócić.

Inni próbują leczenia objawowego – herbatką z malinami, okładami studzącymi rozpalone ciało albo proszkami na ból zęba. Tak reagowała ekipa George’a Busha jr., zalewając upadające wielkie prywatne banki publicznymi pieniędzmi. Banki się chwiały, bo straciły prywatne pieniądze, a państwo je wspierało z pieniędzy publicznych. W ten sposób republikanie upaństwowili gigantyczne straty prywatnych przedsiębiorstw, praktycznie nic nie zmieniając w ich patologicznym działaniu. Uratowali gospodarkę przed skutkami spektakularnych bankructw, ale zrobili to tak, by włos nie spadł z głów prezesów i właścicieli odpowiedzialnych za skrajnie ryzykowne transakcje, które spowodowały gigantyczne straty.

Podobna logika rządzi w Polsce reakcją rządu Tuska na kryzys. Straty przedsiębiorstw nie zostały wprawdzie upaństwowione w sposób aż tak jawny, ale ich część została upubliczniona przez tak zwany pakiet antykryzysowy. Za obronę prywatnych przedsiębiorstw przed skutkami kryzysu częściowo zapłaci Skarb Państwa (m.in. w formie dopłat do płac urlopowanych pracowników), a częściowo pracownicy zobowiązani do korzystania z urlopów, gdy jest to pracodawcy wygodne, oraz do pracy w nadgodzinach bez dodatkowej zapłaty, gdy przedsiębiorstwo ma zbyt dużo zamówień.

Przyjęcie ciężarów przez pracowników i państwo także w Polsce nie wiąże się z żadnymi wyrzeczeniami ze strony właścicieli i szefów popadających w kłopoty przedsiębiorstw. Prezesi będą więc mogli dalej wypłacać sobie gigantyczne premie, dzięki dodatkowym zyskom osiąganym kosztem pracowników zobowiązanych do pracy po kilkanaście godzin dziennie bez dodatkowej stawki za nadgodziny. Wysiłkiem całego społeczeństwa przed skutkami kryzysu zostaną więc ochronione najbardziej uprzywilejowane ekonomicznie grupy właścicieli oraz najwyższych menedżerów przedsiębiorstw.

Blisko dwa lata od wybuchu kryzysu widać już dość dobrze, że te dwie grupy – zwolenników tłuczenia termometru oraz leczenia głównie objawowego – w wielu krajach jakimś cudem utrzymały kontrolę nad sytuacją. W Ameryce, która pozostała światowym trendsetterem, grupy interesów związane ze status quo chwilowo zablokowały forsowane przez Baracka Obamę poważniejsze reformy. W Polsce i kilku małych krajach europejskich, takich jak Słowacja czy Węgry, kryzys stał się wygodnym pretekstem do jeszcze bardziej radykalnego wprowadzenia w życie ideologii, która zdaniem większości ekonomistów spowodowała obecny kryzys (podobnie jak wcześniejsze lokalne kryzysy w Argentynie, Azji oraz Rosji) i którą Paul Krugman nazwał „ekonomią depresyjną”. Tak że w skali międzynarodowej po krótkiej burzy i hucznych zapowiedziach najważniejszych przywódców nic się praktycznie nie zmienia.

Chwilowo wygląda więc na to, że bardzo dużo zostało zrobione, by nic nie zostało zmienione. Szok mija, zapał do przebudowy świata gaśnie i można mieć wrażenie, że znów wszystko będzie tak jak było. Ale to jest złudzenie. Bo nawet jeżeli gospodarka przestaje się zwijać, to stare problemy zostały, a pojawiły się nowe. Zostały przede wszystkim źródła tego kryzysu, czyli narastająca od 20 lat nierównowaga w światowej gospodarce i w gospodarkach krajów rozwiniętych. Doraźne reakcje rządów, czyli głównie plany stymulacyjne, chwilowo złagodziły ich skutki, ale gdy te plany się skończą i rządy spróbują wycofać się na poprzednie względnie neutralne pozycje w gospodarce, problemy mogą bardzo szybko wrócić. A wtedy sytuacja będzie nieporównanie gorsza niż przez poprzednie dwa lata. Przede wszystkim dlatego, że rządy nie będą mogły pozwolić sobie na kolejne wielkie stymulacje. Ale także dlatego, że nierównowagi (w podziale krajowego bogactwa, w handlu międzynarodowym, w relacjach biznesu z państwem, w podziale zysków między sektorem finansowym i resztą gospodarki, w proporcjach dochodów menedżerów do wyników przedsiębiorstw) będą jeszcze większe. Nic bowiem nie zostało zrobione nie tylko by je ograniczyć, ale nawet by przestały narastać.

Wcześniej czy później rządy będą więc musiały zabrać się do reform, których teraz nie zdołały wdrożyć. Im później się to stanie, tym bardziej będą one kosztowne dla wszystkich. Zwłaszcza że kryzys uruchomił zachodzące spontanicznie procesy przyspieszające narastanie problemów. Wokół pogrążonego w kryzysie Zachodu świat zmienia się bowiem na naszą niekorzyść. Kraje BRIC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny) nie są jeszcze co prawda w stanie wypchnąć Ameryki z pozycji światowego lidera, ale amerykańskie przywództwo i pozycja Europy słabną jeszcze szybciej niż przez poprzednie dekady. Dwa lata temu wydawało się, że na przykład jedyną konkurencją dla dolara jako waluty globalnej może stać się euro. Dziś na horyzoncie pojawia się groźny azjatycki projekt walutowy. Jeśli za kilka lat stanie się on ciałem, dolar i euro – dwie waluty rezerwowe świata – znajdą się w dramatycznym kłopocie, a zachodnie gospodarki staną przed największym wyzwaniem w historii. Zachód nie jest jednak politycznie zdolny do przedstawienia konkurencyjnego projektu waluty globalnej, na którą mógłby mieć istotny wpływ. Nie oferując nowego projektu, ryzykuje zaś, że niebawem stanie w obliczu projektu zaproponowanego i wdrożonego przez innych.
Podobnie kilka lat temu wydawało się jeszcze, że Europa i Ameryka mają zagwarantowaną na długo dominację dzięki swojej przewadze intelektualnej. Bo to tu powstawały dające największe zyski nowe technologie oraz dobra kultury i tu znajdowały się najzyskowniejsze centra finansowe. Kryzys dramatycznie przyspieszył przesuwanie się rynków finansowych i centrów innowacyjnych do Azji. A Ameryka i Europa wydają się coraz mniej zdolne nie tylko do innowacji, ale też do takiego zorganizowania rynków finansowych, by w dalszym ciągu były one źródłem ich potęgi, a nie tylko wstrząsów. W innych kluczowych dziedzinach, takich jak edukacja, energetyka, podbój kosmosu, przemysł kulturowy czy rynek talentów, sytuacja jest w gruncie rzeczy podobna. Efektywność Zachodu wciąż słabnie, a Wschodu przeciwnie. Zachód nie jest w stanie zmienić się znacząco, a broniąc status quo, skazuje się na regres.

Wszystko to sprawia, że następny kryzys zawisł już w powietrzu, zanim jeszcze ten wygasł. Część ekonomistów uważa, że może on wyrosnąć za kilka czy kilkanaście miesięcy jako pogłębiony wtórny wstrząs obecnego kryzysu. Inni są zdania, że dzięki stymulusom, programom społecznym, sile gospodarczej Azji, rozwojowi Afryki i dynamice nowych Latynosów wstrząsy wtórne obecnego kryzysu będą stopniowo słabły, tak jak zwykle słabną po trzęsieniu ziemi, więc czeka nas raczej epoka wieloletniej stagnacji, która zostanie przerwana kolejnym kryzysem. Nikt poważny nie przewiduje dziś natomiast powrotu Zachodu na ścieżkę szybkiego wzrostu. Bo mechanizmy, dzięki którym szybki wzrost był poprzednio możliwy, zostały wyczerpane. Zwłaszcza wyczerpane lub niemal wyczerpane zostały możliwości powiększania kredytu konsumenckiego i zadłużania się państw rozwiniętych. Zachód czeka raczej epoka spłacania zaciągniętych długów, czyli ograniczania konsumpcji, a więc także produkcji i wzrostu gospodarczego. Żaden z dużych krajów rozwiniętych nie jest zaś w stanie zrównoważyć eksportem znacznego ubytku popytu wewnętrznego.

Ale to jeszcze nie koniec naszego problemu. O ile bowiem z obecnego kryzysu Zachód mógł dzięki odpowiednim reformom wyjść, zachowując światowe przywództwo, o tyle nie jest pewne, czy będzie to możliwe po następnym kryzysie. Nie wiadomo też, jak dużą cenę zapłacimy za zaniechanie reform. Nawet jednak w najbardziej pesymistycznym wariancie ten kryzys nie będzie całkiem bezowocny. Także jeżeli nie zaowocuje on teraz żadnymi reformami, to jego niewątpliwym owocem jest już złamanie hegemonii ideologicznej, będącej źródłem napięć powodujących kryzys. Tak się bowiem złożyło, że wybuch kryzysu zbiegł się w czasie z uzyskaniem istotnego postępu w naukach ekonomicznych, społecznych i politycznych. Z intelektualnego punktu widzenia podczas tego kryzysu nowe idee uzyskały już masę krytyczną umożliwiającą ich zastosowanie w praktyce. Zawierucha kryzysu, którego obowiązująca doktryna (tzw. standardowa ekonomia, czyli szkoła neoklasyczna czy neoliberalna) nie umiała wyjaśnić, umożliwiła też popularyzację bardziej zaawansowanych idei. To, że polityczna i społeczna inercja zablokowały aplikację większości z nich, nie oznacza, że one nie istnieją, że są nietrafne albo nieprzydatne. Oznacza to tylko, że siły status quo są jeszcze potężne, a nowe siły wciąż nie uzyskały wystarczającej zdolności do uzyskania mobilizacji wystarczającej siły politycznej. Intelektualny przełom został jednak dokonany i wiele wskazuje, że jest kwestią niedługiego czasu, gdy znajdzie on polityczny wyraz. Jak zwykle w takich sytuacjach potrzeba jednak jeszcze więcej czasu i niestety też społecznego bólu.

Zamieszczone w tej książce rozmowy dają czytelnikowi przegląd najistotniejszych nowych kierunków myślenia na temat genezy kryzysu i funkcjonowania współczesnej gospodarki, w których dokonujący się przełom nas prowadzi. To w żadnym razie nie znaczy, że można już mówić o ukształtowaniu się jakiejś nowej doktryny, czy wyłonieniu się ponowoczesnej ekonomii politycznej. Ale pewne elementy wydają się jednak większości nowych (lub staro-nowych) nurtów wspólne. Po pierwsze, odrzucenie wiary w uniwersalną niezawodność rynku. Wraz z tym powraca pytanie o rolę regulacyjną państwa. Tu odpowiedź jest nieporównanie trudniejsza niż dotychczas. Bo przeważa pogląd, że niemożliwy jest żaden uniwersalny w czasie i przestrzeni model, więc państwo musi być nieustannie wrażliwe na pojawiające się i zmieniające ułomności rozmaitych rynków. Fundamentem nowego myślenia jest osłabienie wiary w racjonalność zachowań ekonomicznych ludzi. Idzie za tym nie tylko zakwestionowanie przekonania o regulacyjnej roli giełdy, ale też świadomość, że skoro kulturowo nie możemy już zaakceptować społecznych i życiowych skutków popełniania przez ludzi radykalnych błędów, to władza publiczna musi obywateli przed nimi powstrzymać. Nie tylko w interesie tych, którzy się mylą, lecz także dlatego, że suma indywidualnych pomyłek może prowadzić do publicznej katastrofy. Solidarność społeczna przestaje więc być tylko wyborem moralnym, a staje się sprawą wspólnego bezpieczeństwa. Warunkiem rozwoju jest bowiem społeczna równowaga.

Miejsce amerykańskiego modelu społecznego jako globalnego wzorca zajmuje więc w coraz większym stopniu fiński, czy ogólniej skandynawski, model. Wartością kluczową przestaje być indywidualizm, a staje się równowaga. Miejsce wzorca błyskawicznego wzrostu realizowanego przez upadające teraz, tak zwane tygrysy, zajmuje długofalowy zrównoważony rozwój oparty nie tyle na kredycie i napływie kapitału finansowego, co na strategii tworzenia kapitałów społecznych. Kryzys pokazał bowiem, że rozwój oparty na kapitałach społecznych rozpędza się wolniej i przynosi efekty po znacznie dłuższym czasie niż rozwój oparty na kapitale finansowym, ale gwarantuje stabilność, jest niewrażliwy na wahania koniunktur i w dłuższych okresach przynosi lepsze efekty.

Na Zachodzie (ale też na Dalekim Wschodzie) ten kryzys przyniósł więc zasadniczą zmianę dyskursu publicznego, która stopniowo przekłada się na decyzje polityczne i ekonomiczne. Fakt, że w Polsce ta zmiana zachodzi wolniej niż w krajach rozwiniętych, ma niewielki związek z naszymi potrzebami rozwojowymi. Wynika raczej ze specyfiki wpływowej części elit, którym z różnych względów (biograficznych, intelektualnych, środowiskowych) trudniej jest oswoić się z nowymi ideami. Bardzo bym chciał, by ta książka ułatwiła ten proces i go przyspieszyła w interesie nas wszystkich.

Na koniec chciałbym bardzo podziękować wszystkim, dzięki którym publikowane tu rozmowy mogły dojść do skutku. Przede wszystkim było to możliwe dzięki redakcji „Polityki”. Finansując podróże, akceptując czasochłonne przygotowania, drukując trudne niejednokrotnie wywiady, moi przełożeni oraz redakcyjni koledzy stworzyli mi warunki pracy niespotykane już dziś w polskich mediach. Otwartość intelektualna redakcji i jej gotowość do respektowania niestandardowych poglądów oraz poszukiwań intelektualnych także mocno odbiegają od obowiązującej teraz polskiej normy.

Większość z tych rozmów nie doszłaby jednak do skutku, gdyby nie życzliwość kilku kierujących się wyłącznie dobrem publicznym osób pomagających mi w niełatwym docieraniu do gwiazd światowej ekonomii. Roman Frydman, Andrzej Rapaczyński, Grzegorz Kołodko, Grzegorz Lindenberg otworzyli mi drzwi, których sam nie umiałbym otworzyć. Jestem im za to niesłychanie wdzięczny. Istotny wkład mieli także moi studenci z Collegium Civitas, z którymi od lat prowadzę inspirujące dla mnie rozmowy o świecie. Im, a także kolegom z katedry dziennikarstwa dziękuję za wyrozumiałość dla moich czasami zbyt częstych, związanych z podróżami absencji.

Szczególne podziękowania należą się moim rozmówcom. Wszyscy oni są ludźmi niezwykle zajętymi. Dla każdego z nich ofiarowanie mi godziny czy nawet paru godzin oznaczało rezygnację z innych ważnych zajęć lub części życia prywatnego. Mam nadzieję, że nie zmarnowałem życzliwości tak wielu wybitnych osób i że lektura tej książki da czytelnikom godną ich wysiłku satysfakcję.

Jacek Żakowski  

 

Zawał - zrozumieć kryzys 

SPIS TREŚCI:

I.WYZNANIA
Krótka spowiedź Jeffa Sachsa – rozmowa z Jeffreyem Sachsem
Dziecko szczęścia i katastrof – rozmowa z Naomi Klein
Wybór Yifu Lina – rozmowa z Justinem Yifu Linem
Michnik po pekińsku – rozmowa z Youcai Wangiem
Słupnik z Krakowa – rozmowa z Tadeuszem Gadaczem

II.JAK TO DZIAŁA
Schyłek średniowiecza – rozmowa z Edmundem S. Phelpsem
Kapitalizm niszczy demokrację – rozmowa z Robertem B. Reichem
Idzie nic – rozmowa z George’em Ritzerem
Władza i odpowiedzialność – rozmowa z Josephem L. Badaracco

III.DRUGIE DNO
Zwierzęce duchy rynku – rozmowa z Robertem J. Shillerem
Ekonomia niepewności – rozmowa z Romanem Frydmanem
Bodźce, głupcze! – rozmowa z Robertem J. Aumannem

IV.POLSKA JEST DZIWNA
Egzamin niedojrzałości – rozmowa z Davidem Ostem
Więcej Finlandii w Irlandii – rozmowa z Michałem Bonim
Linia zapytania – rozmowa z Jerzym Osiatyńskim
Kultura i obyczaje – rozmowa z Hansem-Dieterem Klingemannem
Polska smuta – rozmowa z Januszem Czapińskim

V.CO TERAZ?
Wszyscy jesteśmy winni – rozmowa z George’em Sorosem
Euro to za mało – rozmowa z Robertem A. Mundellem
Konsens Brukselski – rozmowa z Guyem Sormanem

Od 21 października w dobrych punktach sprzedaży prasy oraz na www.skleppolityki.pl

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj