„Panie profesorze, w pańskich publikacjach jest zawarta implicite teza, że politycy mogą nauczyć się wiele od uczonych, zwłaszcza przedstawicieli nauk ścisłych. Czego, według pana, w obecnej fazie rozwoju nauki oraz w dzisiejszej sytuacji politycznej, może nauczyć się polityk od naukowca?
W. HEISENBERG: – Teza głosząca, że polityk może nauczyć się czegoś od uczonego –przyrodoznawcy, brzmi wielce zobowiązująco i raczej nie byłbym skłonny podtrzymywać jej w całej rozciągłości. Możliwy sens tej tezy chciałbym objaśnić następująco: politycy mają często do czynienia z siłami i wydarzeniami irracjonalnymi, do których przezwyciężenia potrzebne im są również inne właściwości prócz podstawowej umiejętności jasnego, racjonalnego myślenia. Wspomnę tu tylko o nagłym wybuchu rebelii studenckiej w 1967 roku w Berkeley oraz o działaniach terrorystów w różnych krajach. W ten sposób pojawia się niebezpieczeństwo niedoceniania przez polityków racjonalnego aspektu różnych powiązań.
Niebezpieczeństwo to materializuje się np. w postaci fałszywej oceny możliwości gospodarczych lub układu sił, w postaci kierowania się emocjami, nieumiejętności rewidowania swoich przeświadczeń i opinii, itd. Naukowiec natomiast, zwłaszcza przedstawiciel nauk ścisłych, umie rozpatrywać związki między zjawiskami sine ira et studio, potrafi myśleć w kategoriach zachowania równowagi, potrafi zmieniać swoje zdanie, jeżeli domagają się tego nowe wyniki poznania, po prostu naukowiec z natury unika jakichkolwiek stanowisk dogmatycznych. Tych właściwości i umiejętności życzyłbym każdemu politykowi, i dlatego w naszym kraju opowiadałem się zawsze za tym, aby problemy z dziedzin dotyczących polityki i życia duchowego były omawiane wspólnie w gremiach radzących, w których politycy i naukowcy mogą otwarcie przedyskutować interesujące ich zagadnienia. Ciała doradcze wspomnianego typu nie muszą posiadać kompetencji decydowania, ich zadaniem powinno być tylko przygotowanie racjonalnej strony procesu podjęcia decyzji.
Czy uważa pan, że studenci i profesorowie, wszyscy nauczani, nauczający i uczeni w RFN, stanowią dzisiaj dużą siłę polityczną?
Nie. Liczba profesorów i studentów w RFN jest zbyt mała, a poza tym nie mają oni zbyt wielkiego dostępu do wiedzy o rzeczywistych potrzebach ludności. Oczywiście, mogą działać zawsze wybitne osobowości spośród społeczności akademickiej, których myślenie może również oddziaływać politycznie. Ale jeśli potraktować profesorów i studentów jako grupę społeczną, to oceniam jej wpływ na życie polityczne jako nikły.
Nauka niemiecka w latach 1933–1945 była prawie całkowicie odizolowana od reszty świata. W okresie powojennym izolacja między światem nauki w RFN a naukowcami państw zachodnich powoli zanikła. Natomiast dość długo front zimnej izolacji utrzymywał się na linii Wschód–Zachód. Po 1956 r. nastąpiło wprawdzie pewne rozluźnienie, ale na przykład między RFN a Polską prawdziwy, chociaż trudny początek nowych stosunków nastąpił dopiero w grudniu 1970 r. Jak ocenia pan szanse i zadania nowego rozwoju stosunków między Polską i RFN?
Mam dużą nadzieję, że nastąpi dalszy rozwój współpracy naukowej między Polską a Republiką Federalną Niemiec. Najlepszym środkiem do tego celu nie są, moim zdaniem, oficjalne umowy kulturalne, ale bezpośrednie kontakty poszczególnych uczonych i instytucji. Na przykład Instytut Fizyki im. Maxa Plancka, którym przez szereg lat kierowałem, nawiązał obecnie ściślejsze kontakty z grupą fizyków w Krakowie, rozwinęła się już żywa wymiana doświadczeń i myśli, odbyły się nawet wspólne małe konferencje i sympozja. Doszło więc do rzeczywistej współpracy.
Jakie wskazania osobiste zaproponowałby pan, panie profesorze, młodym naukowcom, którzy chcieliby skorzystać z doświadczeń starszego pokolenia?
Jako odpowiedź na to pytanie musiałbym zacytować moje obie książki, które napisałem w ostatnich latach (»Część i całość« i »Kroki poprzez granice«). Cieszyłbym się, gdyby młodsze pokolenia mogły jakoś nawiązać do myśli wyrażonych w tych książkach”.