„Jeździli Polacy na zimowe olimpiady od początku, czyli od 52 lat. Bywało, że w łatanych portkach, za cudze pieniądze i tylko po to, żeby zamanifestować swoją obecność. (...) Nikt nie liczył na dobre wyniki. (...) Dobrze się więc też stało, że pojechaliśmy i do Innsbrucka. Ale czy potrzeba nas tam było aż tylu? Do tej pory zdobyliśmy punkt za elegancki wygląd. I jeszcze jeden – za pewne szóste miejsce hokeistów. Ile to wypada na wszystkich zawodników i towarzyszące im osoby? (...). Ile osób w Polsce wie, że np. na starcie mistrzostw kraju w łyżwiarstwie bywa z górą kilkanaście zawodniczek? Kto wie, że w ub. roku podczas 50-ych Jubileuszowych Mistrzostw Polski w narciarstwie w biegu na 30 km startowało mniej niż 20 zawodników, w dwuboju klasycznym chyba 10 (...). Nie lepiej sytuacja wygląda w narciarskich konkurencjach alpejskich. (...)
Kto wie, ilu działaczy między olimpiadami zrezygnowało z życia sportowego? Powód, dla przykładu, podam tylko jeden: sędzia piłkarski otrzymuje za mecz 300 zł; sędzia narciarski, stojąc często po pas w śniegu, na mrozie – 40 zł. (...) Kto widział naszych alpejczyków tłukących się pociągami (każdy dźwigał kilka par nart naraz) z zawodów na zawody, z kraju do kraju? (...) Kto potrafi wreszcie zrozumieć, że w kraju, w którym jeździ ponad milion narciarzy, nie ma narciarstwa wyczynowego z prawdziwego zdarzenia?”.