Przejdź do treści
Reklama
Reklama
O Polityce

Zdarzyło się. Zaglądamy do archiwum „Polityki”

Polityka
55 lat temu w numerze 14. z 1971 r. Maciej Iłowiecki w artykule „Czasy i obyczaje” pisał o zmieniającej się formie rodziny i małżeństwach jednopłciowych.

„Duńczyków (...) trudno zadziwić lub zgorszyć czymkolwiek w dziedzinie seksu. Toteż niewielu deputowanych wyraziło zdumienie, kiedy kilka miesięcy temu w Folketingu (parlamencie Danii) zgłoszono projekt ustawy o legalizacji małżeństw grupowych. (...)

Jednocześnie w Holandii rozpoczęto w ośrodkach masowego przekazu kampanię o możliwość zawierania małżeństw między osobami jednej płci. Jednym z argumentów za legalizacją takich związków jest fakt, że istnieje ich sporo i że nie czynią nikomu krzywdy ani nie zagrażają porządkowi publicznemu. Zazwyczaj są także dużo trwalsze od związków heteroseksualnych...

(...) W Szwecji, Danii, NRF i w USA pojawiły się (i przybywa ich stale) małżeństwa grupowe – większość jest zapewne czymś w rodzaju »federacji par«, związanych wspólnotą gospodarstwa domowego, wspólnym wychowaniem dzieci, wspólnymi rozrywkami i wzajemną pomocą. Ale coraz liczniejsze (...) są wspólnoty całkowite, w których nie istnieje pojęcie pary, a dzieci mają co prawda jedną matkę, jednak zazwyczaj nie wiedzą, kto jest ich prawdziwym ojcem (...).

W USA istniało w 1970 r. ponad 3 tys. różnego typu »komun rodzinnych« (...). Zaniepokojeni socjologowie zbadali kilkaset takich wspólnot (...). Okazało się, że w komunach skupiają się często ludzie o dość wysokim poziomie wykształcenia i odpowiedzialnej pracy (nietrwałe i ściśle seksualne grupy hippiesów są czymś innym). (...). Szczególną, jeszcze rzadszą formą komun są tzw. rodziny agregatowe – wspólnoty osób rozwiedzionych i pożenionych między sobą ponownie, ale już w innych układach. W takich wspólnotach dzieci nie tracą kontaktu z rozwiedzionymi rodzicami.

Dr Alvin Toffler, socjolog amerykański, przepowiada komunom rodzinnym wielką przyszłość. Jego zdaniem, one właśnie zastąpią zdegenerowane, monogamiczne małżeństwa współczesne. (...) »Komuny rodzinne« – przynajmniej pozornie – przypominają wspólnoty pierwotne. W tamtych czasach samotna, monogamiczna rodzina byłaby skazana na zagładę, ścisłość związków wspólnoty warunkowała jej przetrwanie. Dzisiaj, powiadają niektórzy, »otoczka cywilizacyjna« staje się równie obca, niespoista i groźna – jak kiedyś dla pierwotnych ludzi było środowisko przyrodnicze. Samotności i strachowi nie udaje się już przeciwstawić tylko we dwoje lub też może ostrożniej: udaje się jedynie niewielu ludziom. (...)

Zapewne głoszenie upadku »tradycyjnej« rodziny jest przedwczesne (...). Jednak (...) można czasem wyrazić żal, że pewien staroświecki typ związków między ludźmi odmiennej płci traci jakby na znaczeniu”.

Polityka 14.2026 (3558) z dnia 31.03.2026; Do i od Redakcji; s. 101
Reklama
Reklama