Kilka tygodni temu z dużym zainteresowaniem przeczytałem artykuł „Gra w semestry” i o ile zgadzam się z głównymi jego tezami, czuję potrzebę zabrania głosu w sprawie procesu bolońskiego i jego wpływu na funkcjonowanie polskich uczelni. Moja przygoda ze szkolnictwem wyższym szczęśliwie zakończyła się w 2023 r., kiedy to obroniłem doktorat, jednak z racji długich i krętych ścieżek mojej edukacji zdążyłem zebrać trochę doświadczeń w kwestii studiowania, i to z obu stron katedry.
Studia rozpocząłem w 2004 r. na Wydziale Prawa i Administracji UJ, przydały więc one na okres wdrażania procesu bolońskiego. Z uwagi na fakt, że prawo pozostawało wtedy kierunkiem jednolitym, znałem podział na studia 3+2 tylko z opowieści. Zaznajomiłem się z nim w 2013 r., kiedy to, już jako magister prawa, rozpocząłem magisterskie studia socjologiczne na UW. O ile była to ciekawa intelektualna przygoda, odczuwałem braki w stosunku do kolegów, którzy ukończyli przedtem licencjat z socjologii. Następnie jako doktorant w tym samym instytucie (po krótkim epizodzie studiów doktorskich na innej uczelni) zauważyłem, że regularnym punktem zebrań katedry jest narzekanie na proces boloński i jego destrukcyjną rolę: że zaburzył on rytm studiowania, ponieważ pierwsze lata pomyślane były jako praktyczne, a starsze – bardziej teoretyczne.
Tutaj nie sposób nie odwołać się do problemu nosa i tabakiery. Moje doświadczenie jest ograniczone, ale mam przeczucie, że może być reprezentatywne. Otóż mniejszym problemem jest proces boloński sam w sobie, a większym – sposób jego implementacji. Jeśli na innych polskich uczelniach konstrukcja studiów licencjackich i magisterskich przebiegała głównie za pomocą linijki, którą odkreślano III i IV rok studiów, to możemy mieć odpowiedź. Zamiast pogłębionej refleksji i zauważenia, że podział studiów na I i II stopień może poskutkować przyjściem na studia magisterskie osób, które mogą nie mieć pełnej wiedzy, którą nabyłyby na studiach I stopnia tego samego kierunku i podjęcia prób dostosowania programów studiów, dokonano mechanicznego podziału.
A potem nastąpiło zdziwienie, które trwa do dzisiaj, że historyk może nie znać podstaw metodologii badań społecznych, a socjolog – dokonać kwerendy archiwalnej. Mam nadzieję, że się mylę, ale moje przypuszczenie jest takie, że gros problemów z procesem bolońskim nie tkwi w samym procesie, ale w podejściu kadry akademickiej do studiowania i jej przeświadczeniu o jakimś przedbolońskim „złotym wieku”.
MACIEJ FOLTA