„W wymiarze politycznym były to wybory bez znaczenia. Rządzić będzie ta sama koalicja, z tym samym programem, mając naprzeciw niemal tę samą opozycję. Jednak w wymiarze metapolitycznym to jedno z największych wydarzeń od 1989 r.
Przede wszystkim rozstrzygnięty został wielki problem polskiej polityki, który przez lata różnił obóz solidarnościowy od postkomunistycznego: czy możemy ścigać Zachód tygrysimi susami, czy jedynie drobnymi krokami? Ten spór ciągnął się od początku transformacji, od czasu planu Balcerowicza. I wygrał go polityk, który był kiedyś fanatycznym zwolennikiem szybkich reform, a dziś jest ich ortodoksyjnym wrogiem – Donald Tusk, czołowy dziś ideolog polityki drobnych kroków.
Przez ostatnie lata nieustannie słyszał, że jest nazbyt ostrożny, nazbyt asekurancki, że posuwa się zbyt wolno, że powinien przyspieszyć. Że ma świetne notowania w sondażach, że ma stabilną koalicję, że ma poparcie mediów. Jednak wynik wyborów pokazał, że racja była po stronie premiera. Platforma nie wygrała przez nokaut, zdobyła 10 proc. więcej niż opozycja. Wystarczyła zatem jedna niepopularna decyzja, jedna tak zwana bolesna reforma, kosztująca rząd kilka procent poparcia, i Tusk straciłby władzę.
Zwycięstwo Platformy jest wielkim sukcesem Tuska i dowodem jego osobistej zręczności. Ale jest także wielką porażką polskiego premiera, rozumianego jako instytucja, jako podmiot władzy.
(…)
W kampanii wyborczej zapytano Tuska: „Jak żyć, panie premierze?”. Teraz Tusk mógłby zapytać: „Jak rządzić, wyborco?”. Przecież każdy polityk, patrząc na jego wynik, zna odpowiedź na pytanie, co by było, gdyby Tusk przeprowadził cięcia, do których namawiał go Balcerowicz. Tusk przegrałby w takim wypadku, i to nie z partiami, ale ze społeczeństwem.
W demokracji społeczeństwo jest świętością, o której nigdy się źle nie mówi. To politycy popełniają błędy, to politycy nie potrafią przekonać do swoich racji, natomiast lud z założenia jest niewinny. Oczywiście nie jest to prawda. Z punktu widzenia marzeń o dobrej polityce defekty społeczeństwa są równie głębokie co defekty samych polityków. Polskie społeczeństwo zaś pod tym względem nie jest lepsze od innych. W swoich politycznych ocenach jest kapryśne, niecierpliwe i niekompetentne. Deklaruje, że chce ambitnej polityki, by chwilę potem obalać wszystkich, którzy tę deklarację potraktowali poważnie.
(…)
Wbrew pozorom to nie było kolejne starcie Tuska z Kaczyńskim. Po raz pierwszy w wyborach Jarosław Kaczyński był figurą nieważną. On jedynie skupił pod swoim berłem wszystkich niezadowolonych. Natomiast suwerennym graczem był Tusk. To on przez lata władzy, przez lata małych kroków, dozował poziom niechęci do siebie. I tak go wyliczył, aby wybory bezpiecznie wygrać.
Kiedyś Tusk powiedział, że nie ma z kim przegrać. Jeśli już, to z samym sobą. I taka właśnie była logika ostatnich wyborów.
(…)
Aby zrozumieć, co się wydarzyło w polskiej polityce, trzeba wyjść poza logikę zmagań Tuska z Kaczyńskim. Czas zobaczyć w premierze samodzielnego gracza, który prowadzi znacznie ciekawszą rozgrywkę. Przez ostatnie lata sprawdzał on, jakimi dysponuje możliwościami rządzenia. Sprawdzał siłę premiera, sprawdzał cierpliwość społeczną, sprawdzał możliwości ustabilizowania polskiej polityki. Sprawdzał, bo widział, że wszyscy jego poprzednicy padali jak muchy, że przeciętny żywot polskiego premiera był krótki. Dlatego Tusk po dojściu do władzy ogłosił politykę drobnych kroków. Politykę, za którą kryła się nieufność zarówno wobec siły, jaką premierowi wydzielił ustrój, jak też nieufność wobec cierpliwości i racjonalności społeczeństwa. I okazało się, że Tusk miał rację. Że jego minimalistyczny kurs stanowi najbardziej ambitny projekt, jaki może unieść polska polityka. Chyba że premier jest samobójcą, który po czterech latach jest gotów spektakularnie upaść.
(…)
Gdybyśmy spróbowali popatrzeć na świat oczami premiera, zobaczylibyśmy, że ma on naprzeciw siebie marudne społeczeństwo, które chętniej niż o reformach słucha o sztucznej mgle. Ma prezydenta, który nie może mu w niczym pomóc, natomiast może mu zbudować frondę w partii. Ma Sejm, w którym jego partia nie ma większości. I ma koalicjanta, który gdy pogorszą się sondaże albo gdy przyjdzie kryzys, natychmiast go porzuci.
Tusk jest pierwszym premierem, który wyciągnął z tej sytuacji wnioski. I radykalnie ograniczył swoje polityczne ambicje. Powyborczy wywiad z Donaldem Tuskiem w »Polityce« pokazuje, że premier ma poczucie bezalternatywności prowadzonej przez siebie polityki. I formułuje tę myśl w sposób trudny do odparcia. Bo trudno o bardziej demokratyczną deklarację niż ta, że skoro społeczeństwo nie chce reform, to nie będzie ich miało”.