Losy sybiraków. Katorga w życiorysie, cz. 2
Oto dzieje życia kilkorga popowstaniowych zesłańców i przymusowych emigrantów. Z listów i wspomnień wyłania się obraz pokolenia, którego legenda na dziesięciolecia zawładnęła umysłami Polaków.
Henryk Wohl, podróżnik i badacz.

Henryk Wohl, podróżnik i badacz.

Leon Krupecki, organicznik na zesłaniu.

Leon Krupecki, organicznik na zesłaniu.

Józef Szlenkier, uciekinier, z konwojentem.
Tadeusz Późniak/Polityka

Józef Szlenkier, uciekinier, z konwojentem.

Grupa zesłańców: Stanisław Wiśniewski, Roman Frankowski, Aleksander  Abakonowicz, Lucjan Wielobycki, August Kręcki.
Tadeusz Późniak/Polityka

Grupa zesłańców: Stanisław Wiśniewski, Roman Frankowski, Aleksander Abakonowicz, Lucjan Wielobycki, August Kręcki.

Bardzo zasłużony patriota

Po powrocie z Syberii do Warszawy Henryk Wohl (1836–1907) był częstym gościem u Augusta Iwańskiego, „szlafkamrata z czasów irkuckich”. Poza przyjemnością odwiedzin u bliskich mu ludzi czekały go w domu Iwańskich też rozkosze podniebienia: „pobożna kucharka Julia celowała w robieniu doskonałej szarlotki. Leguminę tę lubił bardzo Henryk Wohl, toteż ojciec starał się ugaszczać go często tym przysmakiem”. Ale „udawało się to jednak tylko do chwili, gdy Julia dowiedziała się o mojżeszowym wyznaniu naszego gościa, po czym nagle dobroć szarlotek obniżyła się bezpowrotnie”. Dla Iwańskich i ich znajomych Wohl był „ze wszech miar niezwykłym człowiekiem”, zasłużonym patriotą, dobrym Polakiem; dla kucharki – tylko Żydem.

Był prawdopodobnie wnukiem Antoniego Eisenbauma, pisarza, tłumacza i wydawcy, dyrektora Warszawskiej Szkoły Rabinów, która „tylu wydała dobrych obywateli kraju”. Eisenbaum popierał oświecenie (Haskalę) i asymilację wśród Żydów; chciał być, tak jak później Wohl, Polakiem wyznania swoich przodków. Henryk Wohl ukończył warszawskie gimnazjum realne i podjął pracę w domu bankowym Frenkla. Szybko wszedł w środowisko warszawskiej inteligencji – marzącej o lepszym świecie i wolnej ojczyźnie. Próbował działać w efemerycznym „towarzystwie o mieszanym składzie, które łączyło usiłowanie pracy nad ludem warszawskim” – pracy oświatowej i kulturalnej bez agitacji politycznej. Wkrótce stał się bliskim współpracownikiem Edwarda Jürgensa, zwolennika pracy organicznej, która miała przynieść – powoli, ale konsekwentnie – realne w warunkach zaborów zmiany polityczne i społeczne na ziemiach polskich. Ale bardziej realne – a może bardziej, konieczne – okazało się powstanie.

Gdy wybiła godzina, Henryk Wohl włączył się w działania tajemnego państwa polskiego. Wiedza i zdolności organizacyjne tego skromnego urzędnika bankowego, a wkrótce głównego finansisty powstania, okazały się nieocenione. Pracował w Wydziale Skarbu Rządu Narodowego (przez kilka tygodni był nawet jego dyrektorem) – sprawdził się doskonale jako kontroler pożyczki na cele narodowe, której prawdopodobnie był też pomysłodawcą. W warunkach konspiracji udało mu się skutecznie zebrać niebagatelną kwotę blisko 6 mln ówczesnych złotych! Wysoko cenił zasługi Wohla Romuald Traugutt. Ale było już za późno, aby sprawne rządy ostatniego dyktatora powstania mogły odwrócić bieg historii.

W końcu października1863 r. Wohl został aresztowany. Władze rosyjskie nie wiedziały jeszcze o jego faktycznym udziale w powstaniu i zesłały go tylko do Solikamska w guberni permskiej. Gdy wyjaśniła się jego rola we władzach naczelnych powstania, został przewieziony do Włodzimierza nad Klaźmą i powtórnie osądzony – tym razem na 10 lat ciężkich robót. Wysłano go do Usola, gdzie dotarł latem 1865 r. Przebył tam około trzech lat. I tam jego zasługi i talenty zostały docenione przez współwięźniów, którzy wybrali go do władz Towarzystwa Wygnańców Usolskich – organizacji stworzonej samorzutnie wśród zesłańców, mającej regulować zasady współżycia na wygnaniu i wspierać uboższych. Oczywiście Wohl stworzył i prowadził wydział finansowy. Po zwolnieniu z robót zamieszkał w Irkucku, początkowo u Augusta Iwańskiego. Zatrudnił się w irkuckiej filii Syberyjskiego Banku Handlowego.

Po kilku latach mógł wynająć samodzielne mieszkanie, w którym częstym gościem bywał Benedykt Dybowski – tak samo jak Wohl zesłany na Syberię, gdzie nadal i z powodzeniem prowadził prace badawcze. Ekspedycją zebranych przez uczonego i jego współpracowników unikatowych zbiorów przyrodniczych z Syberii do Warszawy zajmował się właśnie Wohl – sam niezaniedbujący ciągłego kształcenia i ukochanej pasji: gromadzenia i lektury książek. Zainteresowania naukowe i obywatelskie zaangażowanie tego urzędnika bankowego znalazły wyraz nawet tam, na zesłaniu: Wohl był jednym z 26 Polaków w Irkucku, którzy zostali członkami Kasy Mianowskiego, utworzonej w 1881 r. w Warszawie instytucji wspomagającej badania i wydawnictwa naukowe – sam wniósł wówczas 100 rubli. Należał także do syberyjskiego oddziału Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, zapewne rekomendowany przez Dybowskiego. Gdy władze w Petersburgu wysłały w 1875 r. do Irkucka zapytanie o prowadzenie się zesłańca, Towarzystwo wydało mu najpochlebniejszą opinię, podobnie jak kancelaria generał-gubernatora Syberii Wschodniej. Takie opinie o zesłanych Polakach nieraz zaważyły na decyzji o złagodzeniu kary; wówczas, w 1875 r., te pozytywne świadectwa nie mogły jeszcze odmienić losu zesłańca. Dopiero osiem lat później Henryk Wohl uzyskał najwyższą zgodę cara na wyjazd do Warszawy.

I znów poświęcił się temu, co umiał – i temu, co kochał. Pracował jako główny buchalter w Zarządzie Drogi Żelaznej Fabryczno-Łódzkiej. Stała pensja i „niewielki fundusik” przywieziony z Irkucka zapewniały spokojny byt i możność kupowania książek. „Wolne chwile poświęcał przeważnie dalszemu kształceniu się w ekonomii i historii, a pieniądze wolne – uzupełnieniu pięknej biblioteki, którą uciułał i wciąż wzbogacał. Był to człowiek wybitnie inteligentny, gruntownie i wszechstronnie wykształcony. Z tymi walorami umysłowymi łączył dobroć i życzliwość dla ludzi i gorący patriotyzm polski” – takim zapamiętał Henryka Wohla syn przyjaciela z zesłania August Iwański junior.

W 1900 r. Henryk Sienkiewicz wręczał senatowi Uniwersytetu Jagiellońskiego „adres jubileuszowy” przekazujący 68 tys. koron na fundusz wieczysty, który miał być przeznaczony na stypendia dla wyróżniających się słuchaczy „narodowości polskiej, bez względu na przynależność państwową i wyznanie”. Wśród podpisów kilkudziesięciu darczyńców widnieje nazwisko Henryka Wohla. Wszystko, co miał – cenną bibliotekę i niemały kapitał – chciał zostawić dla społeczeństwa polskiego, ale nie zdążył. Książki być może trafiły do Biblioteki Publicznej w Warszawie, część pieniędzy zasiliło fundusz stypendialny przeznaczony dla „włościanina polskiego albo Żyda po polsku o Polsce piszącego”, resztę wydarł daleki krewny, z którym za życia Wohl unikał wszelkich kontaktów. Sam nie miał dzieci i nigdy się nie ożenił: „Mógł on tylko Pol­kę pojąć za żonę, w takim jednak razie musiałby religię zmienić”. Religii nie zmienił. Pogrzeb Henryka Wohla na cmentarzu żydowskim w Warszawie „zgromadził inteligencję obu narodowości, co dało powód przemawiającemu profesorowi Askenazemu powiedzieć, iż: »Patrząc na to zgromadzenie, nie wiadomo, czy Polacy chowają Żyda, czy też odwrotnie«”.

Dla księcia Włodzimierza Czetwertyńskiego, z którym spotkał się w Usolu, Henryk Wohl był zasłużonym patriotą. Cóż, dla „kucharek” był tylko Żydem.

Podróżnik mimo woli

Niewielu zesłańców mogło zdobyć się na traktowanie zesłania jako… podróży! Która, jak sądził zesłany na Syberię warszawski kupiec Leon Krupecki (1822–75), jest zawsze, niezależnie od okoliczności, ciekawa i pouczająca. Po przebyciu tysięcy kilometrów do Wierchoturia, miasta w guberni tobolskiej, Krupecki napisał do żony, zachęcając ją do wyjazdu do Drezna: „Zasiedziałaś się w domu i dlatego z taką trudnością podróż odbywać Ci przyjdzie. Ja, co się tak raz porządnie przejechałem, wskutek tego nabrałem chęci do podróży i Ciebie do niej zachęcam”. Niewiele też zachowało się listów z zesłania po powstaniu styczniowym; korespondencja Leona Krupeckiego stanowi nie tylko unikatową relację z drogi i pobytu na Syberii – to przede wszystkim świadectwo, jak troskliwie i mądrze można z zesłania kierować życiem swoich bliskich.

To postać niezwykła: pochodził ze zubożałej kresowej rodziny szlacheckiej, własną przedsiębiorczością i energią zdobył spory majątek, prowadząc w Warszawie kilka domów handlowych. W 1843 r. założył firmę, jedną z najstarszych polskich, handlu herbatą. Jak słusznie zauważa Ewa Polak-Pałkiewicz, „kariera zawodowa i późniejsze dzieje Leona Krupeckiego tak bardzo przypominają koleje życia bohatera »Lalki« Bolesława Prusa, że trudno oprzeć się wrażeniu, iż to właśnie on był pierwowzorem Stanisława Wokulskiego. Ten właściciel kilku wytwornych sklepów kolonialnych, usytuowanych w prestiżowych punktach stolicy, człowiek oczytany, rozpolitykowany, zaprzyjaźniony z warszawskimi księgarzami, wspomagający hojnie ubogą studiującą młodzież, rozpoczynał jako skromny subiekt w sklepie Franciszka Mentzla przy Elektoralnej”. Poślubił córkę Mentzla, interesy szły znakomicie, Krupecki zakładał nowe sklepy i składy, kupował nieruchomości – w tym posiadłość na Koszykach, gdzie zamieszkał z żoną i pięciorgiem dzieci.

Na początku lat 60. Krupeccy przeprowadzili się do pałacu Zamoyskich na Krakowskim Przedmieściu. To przesądziło, niespodziewanie a dramatycznie, o losie rodziny. 19 września 1863 r. z okien pałacu dokonano zamachu na namiestnika Królestwa Polskiego hr. Fiodora Berga. Berg przeżył zamach, ale rozwścieczeni Rosjanie zaaresztowali wszystkich mężczyzn mieszkających w pałacu, a sam budynek splądrowali i ograbili, wyrzucając cenne księgozbiory i dzieła sztuki na bruk (właśnie wtedy, przypomnijmy, „runął… runął – Twój fortepian!”). Bogu ducha winny kupiec został uwięziony w Cytadeli Warszawskiej. W śledztwie niczego mu nie udowodniono, ale jako „człowiek mogący dzięki swym rozległym stosunkom w całym kraju wywierać najbardziej szkodliwy wpływ na umysły tamtejszej ludności” został zesłany do oddalonych guberni cesarstwa pod surowy dozór policji. W końcu października 1863 r. wyruszył z partią nr 7 w drogę na Syberię.

Tę drogę i późniejszy pobyt Krupeckiego w Wierchoturiu odczytujemy z jego listów. Ale nie zesłanie jest w nich najważniejsze. Owszem, autor podaje rzeczowe informacje o świecie, w którym się mimo woli znalazł – jak obserwator ciekawy nowych wrażeń, sumiennie notujący wypadki życia: „Podróż przebyłem szczęśliwie i przy dobrym zdrowiu”; „Ulokowałem się u Wasila Dymitryjewicza Waryszyło”; „Dobrze mi u nich”; „Z naszych stron jest tu nas więcej. Wizytujemy siebie nawzajem” – krótko, powściągliwie. I żeby uspokoić oddalonych o tysiące kilometrów bliskich.

Bo dla zesłańca najważniejsze było to, co pozostawił w Warszawie – najważniejsza była rodzina. Listy Krupeckiego są właściwie małym traktatem o wychowaniu dzieci: „Chciałbym, aby nasze dzieciska tak wychować, żeby sobie zawsze w szczęściu czy nieszczęściu dały radę, by na siebie zapracowały. Wychować ich w tym duchu zgody, bez fanatyzmu religijnego i narodowego (…). Jak wyprawiać umysł młodociany, by ujrzeć dojrzałe owoce, nad tym nam zastanawiać się trzeba”. Z daleka udziela żonie szczegółowych rad i poleceń: zapisać dzieci na lekcje muzyki („to jest harmonia boska”) i gimnastyki („dla zdrowia jest konieczną”), kupować odpowiednie książki (i co wieczór je czytać!), przyjąć nauczycielkę niemieckiego („nie zważaj na rozchód większy, ale na to, w jaki sposób dzieci nasze większą korzyść z nauk osiągnąć mogą”). Dba o wszystko i wszystkich, o drobiazgi i sprawy poważne – jak niegdyś, jest podporą domu i opiekunem swoich bliskich.

Sam, jak pisze, czas spędza na czytaniu książek, wizytach u znajomych i… rozwoju cywilizacji! Uczy syberyjskich gospodarzy, jak robić sery czy wykonać przydatny „siekacz do kapusty na sposób galicyjski”, ale też chętnie sam przyjmuje pożyteczną naukę „jak w domu czysto podłogi utrzymywać, a nade wszystko, jak w domu łaźnię urządzoną mieć”, dodając: „warto ten porządek w każdym domu w Warszawie zaprowadzić”. Nie żali się na swój los. Sam wspiera potrzebujących pomocy towarzyszy niedoli: „jednemu trzeba dać na lekarstwo i doktora, drugiemu pożyczyć na nieoddanie, trzeciego żywić bezpłatnie, innemu dać zasiłek, gdy przychodzi z drogi. Słowem, robi się to, co obowiązek ludzki nakazuje, z ujmą dla własnych wygód”.

W 1865 r. Krupeckiemu pozwolono wrócić do Warszawy. Z równą, jak za młodu, energią odbudował swoje interesy i dostatnie życie rodziny. W jednym z listów z zesłania napisał: „Próbowałem przez lata bytu materialnego, a teraz poczynam próbować bytu duchowego”. Obie próby przeszedł znakomicie.

Uparty uciekinier

Trzeba było doprawdy szczęśliwego zbiegu okoliczności, aby Józef Szlenkier (1844–93), syn znanego kupca warszawskiego Franciszka Ksawerego, mógł powrócić z zesłania. Aresztowany i sądzony w Warszawie, zesłany do ciężkich robót na Syberii – tam został ponownie uwięziony i ponownie skazany za próbę ucieczki. Kolejne amnestie w niewielkim stopniu dotyczyły „recydywistów” osądzonych na Syberii. Starania rodziny, prośby słane do Petersburga – zwykle przynoszące pomyślny skutek – pozostawały bezradne wobec kategorycznego nielzja władz rosyjskich. Miejsce buntownika i uciekiniera miało być – już na zawsze – na Syberii. Ale, paradoksalnie, właśnie na Syberii znalazł ratunek.

Józef Szlenkier studiował w Lipsku nauki rolnicze („niewiele tam pracował, bo w ogóle była to jego słaba strona, ale za to był to młodzieniec lat około 20, wesołego usposobienia”), gdy w kraju zawrzało. Natychmiast pospieszył do Warszawy. Wkrótce po wybuchu powstania został przydzielony do komórki wywiadowczej Rządu Narodowego jako agent wojskowy do bezpośrednich kontaktów z Komisją (później Wydziałem) Wojny. Odbierał informacje od innych wywiadowców o zarządzeniach władz zaborczych i ruchach wojsk nieprzyjacielskich i osobiście przekazywał dyrektorowi wydziału. Jesienią 1863 r. musiał uciekać z Warszawy i przedostał się do partii powstańców. Niewiele się nawojował: w grudniu został uwięziony i po półrocznym śledztwie skazany na 10 lat ciężkich robót w twierdzach syberyjskich za „osobisty, szczególnie czynny udział w powstaniu i pełnienie funkcji adiutanta dowódcy oddziału”. Już w drodze na Syberię, latem 1864 r., został wysłany z powrotem do Warszawy dla złożenia dodatkowych zeznań w sprawie zabójstwa pisarza i publicysty Józefa Aleksandra Miniszewskiego – komisja śledcza wyjaśnienia Szlenkiera uznała jednak za „niepełne i nieszczere”. W listopadzie znów, tym razem na dobre, wyruszył na Syberię. A tam zaczął uciekać.

Najpierw w Tiumeniu, pierwszym syberyjskim mieście na zesłańczym szlaku, potem w Tobolsku i Tarze – tak podają niektóre pamiętniki z zesłania. Podobno zesłańcy zamierzali opanować statek przewożący ich z Tiumenia do Tomska i rzeką Ob popłynąć przez Morze Karskie do Szwecji. Podobno w Tobolsku czy Tarze Szlenkier przyjął fałszywe nazwisko – oczywiście żeby łatwiej zbiec z Syberii itp., itd. Na pewno próbował w Tomsku. Od komendanta więzienia uzyskał pozwolenie wyjścia na miasto – razem z innym odważnym, Pawłem Landowskim (podczas powstania był naczelnikiem straży narodowej), ale do więzienia obaj już nie powrócili. Szlenkiera zwiodła pozorna wolność: w mieście „wcale się nie ścieśniał. Odwiedzał kolegów, zawierał znajomości z domami familijnymi, i swym zbytnim zaufaniem i otwartością sprawił, że zamiary i miejsce ich pobytu przestały być tajemnicą dla wielu zesłanych”. Niedoszli zbiegowie zostali aresztowani i wysłani dalej na Syberię; ich chwilowa ucieczka spowodowała przyspieszoną wysyłkę z Tomska innych zesłańców.

We wrześniu 1865 r. Szlenkier przybył etapami do Krasnojarska – tam przyłączył się do tajnej organizacji zawiązanej wśród zesłańców polskich i rosyjskich (tzw. spisek krasnojarsko-kański). W tajnej korespondencji z innymi spiskowcami posługiwał się dewizą „Oto strumyk i dolina” i liczbą „30”. W Krasnojarsku „Szlenkier, choć szedł na katorgę, cieszył się dużą swobodą, bywał często w mieście, przyjmowano go w towarzystwie, przychodził na proszone wieczory”. Korzystając z tej swobody wyjechał z innym spiskowcem do wsi pod Krasnojarskiem nawiązać kontakty z mieszkającymi tam zesłańcami. Władze odkryły ich nielegalne oddalenie się i znów przyspieszyły wyprawienie więźniów. W Kańsku, dokąd przybyła partia, kilku zesłańców (i jednocześnie organizatorów spisku) za zgodą komendanta więzienia zamieszkało w mieście – w tym Szlenkier. Z Kańska miał wyruszyć dalej – ale teraz już nie według carskiego wyroku: etapami na katorgę, a z polecenia organizacji – do Aczyńska i Mariińska w guberni tomskiej, aby tam prowadzić agitację wśród zesłanych Polaków.

W początkach stycznia 1866 r. Szlenkier zamienił się dokumentami z zesłanym na osiedlenie Aleksandrem Korzonem – prawdopodobnie również należącym do organizacji. Emil Dybowski, kuzyn Benedykta, podaje w swoich wspomnieniach relację samego Szlenkiera o okolicznościach ucieczki: „Przybywszy z partią do Kańska podałem się za chorego; przybywszy do szpitala, ulokowano mnie obok łóżka niejakiego Korzona, studenta kijowskiego uniwersytetu. W rozmowie nocnej dowiedziałem się o jego nad wyraz ciężkim położeniu, gdyż zmuszony służyć za parobka u włościanina, i to jedynie za chleb i ubranie. (…) W takim razie taka służba – rzekłem – stokroć cięższa od katorgi, zamieńmy nazwiska, dodam panu połowę tego, co posiadam, i oprócz tego otrzymasz to, co pod moim imieniem czas jakiś będzie przychodzić. Projekt został przyjęty i ja pod nazwiskiem Korzona wypisałem się z lazaretu i zamiast do włości ruszyłem w świat”.

Nieco inną wersję wydarzeń przedstawił Szlenkier w zeznaniach złożonych po aresztowaniu: po wypisaniu ze szpitala więziennego w Kańsku w styczniu 1866 r., został wysłany w partii zesłańców do Irkucka; przybywszy do etapu Iłanskaja, namówił nieznanego zesłańca o imieniu Józef do zamiany dokumentów „za cenę 10 rubli i półkożuszek” oraz obietnicę dodatkowych 100 rubli w Irkucku; uciekł z etapu Nieżnie-Ingoszewskaja i dotarł do Krasnojarska. Stamtąd miał ruszyć na zachód Syberii. Jednak władze policyjne były już poinformowane o zamiarach zbiega („nocuje pod sekretem u Mazurkiewicza w browarze”) i nazajutrz po wyjeździe z Krasnojarska Szlenkier został zaaresztowany. Miał przy sobie plan drogi przez gubernię tomską i rewolwer „wyrobiony u miejscowego zesłańca politycznego”. Zatrzymano również pozostałych przywódców spisku. Z sobie tylko znanych powodów władze guberni postanowiły uznać, że „u nich żadnego spisku nie było!” i przed sądem stanął tylko Szlenkier oskarżony o zamianę dokumentów i próbę ucieczki.

Skazany na dodatkowe 15 lat ciężkich robót na Syberii został w sierpniu 1866 r. wysłany pod specjalną strażą, w kajdanach na ręce i nogi, do Irkucka, a stąd na katorgę nerczyńską za Bajkałem – najpierw do Aleksandrowska, wkrótce do kopalni Akatuja. I tam ten wieczny uciekinier nie przestawał marzyć o wolności: „Jest nas kilkunastu ludzi odważnych, silnych i z poświęceniem, ja mam busolkę, mapę i pieniądze, wznówmy tę myśl od Kańska pielęgnowaną i pójdziemy do Chin. Konsulat angielski nas przyjmie i odeśle do Anglii, a tam już mój interes”. Ale tym razem ucieczka pozostała tylko marzeniem.

Zresztą już w 1868 r. Szlenkier został zwolniony z katorgi (amnestie robiły swoje!) i przeniesiony na osiedlenie w guberni irkuckiej. Mimo formalnego zakazu oddalania się z wyznaczonego miejsca osiedlenia udało mu się zamieszkać w Irkucku. Tam już nie myślał o ucieczce: „w krótkim czasie, przy środkach, jakimi rozporządzał, zajął dość wydatne stanowisko wśród politycznych, tak iż przez miejscowe władze traktowanym był, pomimo młodego wieku, jako reprezentant wygnańców. Prowadził dom otwarty, karmił, poił, protegował (…). Korzystając z wyjątkowego swego położenia i z kompletnej swobody, jeździł do Kiachty, na Amur, a protegowani przez niego komisarze i rządcy uzyskiwali też prawo wyjazdu w rozmaite strony, dla prowadzenia jego interesów”.

Rzeczywiście, interesy szły dobrze: w Irkucku założył Magazyn towarów warszawskich, prowadził na szeroką skalę handel futrami, miał kontakty z kupcami w Warszawie i Moskwie, stał się dostawcą towarów dla Towarzystwa Żeglugi Amurskiej, kupił dla siebie dom. Na Syberii poznał swoją przyszłą żonę Katarzynę Campbell, poddaną brytyjską, która udzielała lekcji angielskiego w domach wyższych urzędników w Irkucku. Ten dawny katorżnik odwrócił swój naznaczony wyrokiem los i osiągnął prawie wszystko. Prawie. Nie mógł wrócić do Warszawy.

Rodzina Szlenkiera wielokrotnie zwracała się do władz rosyjskich o zezwolenie na powrót zesłańca, jednak wszystkie prośby spotykały się z odmową, mimo pozytywnych opinii administracji irkuckiej. Dopiero kolejny zbieg okoliczności pozwolił dwukrotnemu skazańcowi powrócić do kraju. Pewien podróżujący po Syberii Anglik, profesor uniwersytetu w Glasgow, spotkał żonę Szlenkiera w Irkucku. Zatroskany stanem zdrowia rodaczki źle znoszącej syberyjskie chłody zwrócił się do księcia Edynburga z prośbą o interwencję u cara Aleksandra II. Księciu nawet car nie mógł odmówić i Józef Szlenkier w 1876 r. przyjechał z żoną do Warszawy.

Powrót nie oznaczał jednak triumfu. Dla prowadzenia założonych na Syberii firm handlowych trzeba było jeździć do Irkucka i Moskwy, a Szlenkier, pozostając nadal pod dozorem policji, nie mógł zmieniać miejsca pobytu bez zgody władz. I tak pamiętliwe władze ukorzyły w końcu buntownika: wolny Szlenkier nie mógł wyjeżdżać z Królestwa Polskiego do Rosji, gdzie miał interesy – prosperujące przedsiębiorstwo upadło. Prawdopodobnie pod koniec życia stracił wzrok. Ostatnie lata spędził w domu swoich krewnych.

Nie tak miało być. Może ów „szczęśliwy zbieg okoliczności” wcale nie był szczęśliwy?

Z wyrobnika kamienicznik

Wielu emigrantów, którzy nie mogli żyć dłużej „na paryskim bruku”, a do kraju wrócić chcieli, podążyło do Galicji. I tak urodzony na Wołyniu, mieszkający na Mińszczyźnie, zagrożony aresztowaniem w Wilnie, przez Turcję i Francję dotarł do Krakowa Witalis Szpakowski (ok. 1842 –1900).

Długa była ta niezwykła, a dla wielu Polaków, wówczas i potem, właściwie zwykła droga do Polski. Dla Szpakowskiego zaczęła się w Pińsku, gdzie uczył się w gimnazjum. Gdy patriotyczne uniesienia ogarnęły w początku lat 60. Królestwo Polskie i dotarły do Ziem Zabranych, został relegowany ze szkoły za śpiewanie „Boże, coś Polskę”. Po wybuchu powstania wstąpił do oddziału, walcząc m.in. w partiach Romualda Traugutta i Walerego Wróblewskiego. Gdy walki ustały, wyjechał pod przybranym nazwiskiem do Wilna, gdzie zatrudnił się jako urzędnik akcyzy. Ale jego tożsamość – i udział w powstaniu – odkryli Rosjanie i zagrożony aresztowaniem Szpakowski musiał uciekać. Przedostał się aż do Turcji; imał się różnych zajęć w różnych miejscach – na dłużej znalazł pracę w Konstantynopolu jako malarz pokojowy. Szukając lepszego losu, wyjechał do Marsylii – tam wyuczył się zawodu farbiarza. Stamtąd w 1866 r. Szpakowski „udał się piechotą do Paryża i tu walcząc z niedostatkiem, graniczącym niemal z nędzą, pracował jako robotnik”. Zapewne nie było mu lekko – wśród podań o wsparcie z funduszu Komitetu Franko-Polskiego nieraz można znaleźć i jego prośby. Gdy w 1871 r. w Paryżu wybuchła rewolucja, prawdopodobnie przyłączył się do komunardów, za co miał być skazany na karę śmierci, „uratował się wszakże szczęśliwą ucieczką”. Rok później przybył do Krakowa. Tu już nie musiał konspirować, zmieniać tożsamości, uciekać.

W Krakowie wykorzystał nabyte na tułaczce umiejętności i założył „urządzony na większą skalę” zakład farbiarski. Prawdopodobnie pomogła mu w tym poślubiona wkrótce po przyjeździe Erminia z Filippich. Zakład dobrze prosperował, Szpakowski szybko się dorobił i stał się szanowanym obywatelem królewskiego miasta. W 1885 r. został wybrany do Rady Miejskiej, zasiadając w niej, z małą przerwa, do końca życia. Długa jest lista różnych instytucji i stowarzyszeń, w których się udzielał, by wymienić tylko niektóre: Towarzystwo Dobroczynności, Towarzystwo Opieki nad Weteranami 1831 r., Stowarzyszenie Rzemieślników, Kasa Oszczędności, Bank Galicyjski, wreszcie – Towarzystwo Właścicieli Realności, którego został wiceprezesem. Nabył kamienicę, w której prowadził swój zakład, wkrótce dokupił drugą. Teraz to on mógł wesprzeć fundusz wydający zapomogi dla emigrantów i byłych zesłańców, co też hojnie czynił.

Na pogrzebie Witalisa Szpakowskiego na cmentarzu Rakowickim w Krakowie „przed trumną postępowali ubodzy Towarzystwa Dobroczynności, Stowarzyszenie młodzieży rękodzielniczej Gwiazda ze sztandarem, Towarzystwo weteranów 1863 r. ze sztandarem (…). Za trumną szła wdowa oraz rodzina, prezydent Friedlein i wiceprezydent Pieniążek z radą miejską oraz bardzo licznie zebrane obywatelstwo krakowskie”. Zasłużył na to.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną