To były czasy... Kwitnąca Europa w przededniu Apokalipsy

Wspaniały rok 1913
Jeszcze rok przed wybuchem pierwszej wojny światowej Europa kwitła. To był czas belle époque. Jej zmierzch do dziś pociąga pisarzy i historyków.
Boulevard des Italiens w Paryżu na obrazie olejnym z przełomu XIX i XX wieku.
AKG

Boulevard des Italiens w Paryżu na obrazie olejnym z przełomu XIX i XX wieku.

Plaża w Deauville na pocztówce z początku XX w.
BEW

Plaża w Deauville na pocztówce z początku XX w.

Ach, co to był za rok!

Proust pisał „W poszukiwaniu straconego czasu”, Robert Musil „Człowieka bez właściwości”, a Oswald Spengler „Zmierzch Zachodu”. Właśnie ukazał się „Ulisses” Joyce’a i „Czarodziejska góra” Tomasza Manna. Franz Kafka zakochał się w Felicji i miał straszny zgryz, czy pójść z nią do łóżka. Max Weber ogłosił wszem i wobec, że świat został odczarowany, a arcyksiążę Franciszek Ferdynand bawił się modelami kolei. Zaś Ricarda Huch właśnie wydała wielką powieść o wojnie trzydziestoletniej i do głowy jej nie przychodziło, że może dojść do jej powtórki.

Nie wierzyli w to także studenci Oxfordu, którzy niebawem zginą we Flandrii lub na półwyspie Gallipoli. Gdy Lewis Namiar, później znany historyk, po powrocie ze swej rodzinnej Europy Wschodniej mówił im, że nadciąga europejska burza, pękali ze śmiechu. I mieli ku temu podstawy. Wprawdzie w 1912 r. w Niemczech ukazała się książka emerytowanego generała Friedricha von Bernhardiego „Niemcy i przyszła wojna”, zapowiadająca darwinowską walkę o byt, ale w 1913 r. z otoczenia kanclerza Rzeszy wyszła oficjalna replika: „Polityka światowa, ale bez wojny”, przecież wszyscy jesteśmy cywilizowani, w dzisiejszym świecie można być gorącym patriotą swego narodu i kosmopolitą zarazem. Nacjonalizm, i owszem. Ale niech nie psuje wspólnego garden party.

Tak też myślą wówczas europejskie elity. Niemieccy sekretarze stanu wysyłają synów na studia do Oxfordu, a brytyjscy lordowie swoich – do Heidelbergu. Na Neckarze studenci niemieccy i brytyjscy – enemy friends – urządzają sobie wioślarskie regaty. I jedni, i drudzy wojnę uważają za naturalną część życia i kariery, ale nie mają na myśli konkretnego wroga.

Europa jest wprawdzie podzielona na dwa bloki. W środku Niemcy i Austro-Węgry, po bokach Francja i Rosja, a punktem zapalnym jest poturecka scheda na Bałkanach. Jednak to Wielka Brytania jest języczkiem u wagi. Podpisała z Francją entente cordiale, ale przecież ma z nią, i Rosją, konflikt interesów w koloniach... Jednak wcale jeszcze nie jest powiedziane, że w wypadku jakiegoś zatargu na kontynencie wyjdzie ze swej wyspiarskiej izolacji.

Trzy opowieści.

To znaczący przypadek, że zupełnie niedawno Niemiec i Polak wydali niemal identycznie skomponowane kroniki życia umysłowego, artystycznego, a także tylko kawiarniano-aferowego w ostatnim roku przed eksplozją: w Niemczech Florian Illies „1913. Lato stulecia”, w Polsce Piotr Szarota „Wiedeń 1913”. U Illiesa Stalin i Hitler mijają się w schönnbruńskim parku (dodać by można jeszcze Piłsudskiego i Sikorskiego, którzy zimą 1912/13 r. bywali w Wiedniu). U Szaroty Trocki i Hitler oglądają te same wystawy. Czytelnik obu książek jest naprowadzany na te same skandale towarzyskie: wytupanie koncertu Arnolda Schönberga, pokrętny romans Oskara Kokoschki i Almy Mahler, nieustanną chandrę Zygmunta Freuda.

Jednak są też różnice. Szarota rozkoszuje się atmosferą wyłącznie wiedeńskich kawiarni literackich, z ich modą na psychoanalizę, nowe nurty społeczne i zawirowania miłosne. Zajmują go kłopoty Arthura Schnitzlera z pisaniem scenariuszy filmowych, apokaliptyczne wizje Carla Gustava Junga. Illiesa pociągają także marzenia augsburskiego gimnazjalisty Bertolta Brechta o bohaterskiej śmierci czy patriotyczne motywy włoskiego robotnika, który wykradł z Luwru Monę Lizę.

Brytyjczyków rok 1913 pociąga inaczej niż Niemców i Polaków. Dla nich pierwsza wojna to nie katastrofa starej Europy, ale całego tamtego świata. Charles Emmerson, australijski historyk mieszkający w Londynie, pokusił się o migawki sprzed uderzenia wojennej komety. Jego „1913: Świat przed Wielką Wojną” to portrety z 20 miejsc. Londyn, Paryż, Berlin, Wiedeń i Petersburg – to metropolie starego świata. Nowy Jork, Waszyngton, Detroit, Los Angeles, Mexico City – to wsobne wtedy jeszcze centra nowego świata. Winnipeg, Melbourne, Buenos Aires, Algier, Bombaj, Teheran i Jerozolima to kresy Zachodu. I wreszcie potęgi w półmroku: Tokio, Pekin, Konstantynopol.

Ich mieszkańcy balansują na krawędzi Armagedonu – oczywiście nie wiedzą, co ich czeka, ale wielu obawia się najgorszego. Taką perspektywą rozkoszowali się brytyjscy szowiniści (jingoists), niemieccy militaryści, francuscy ultranacjonaliści, włoscy futuryści, rosyjscy panslawiści i wielu innych. Straszenie krwawą łaźnią podnosiło nakłady gazet. Lord Northcliffe wierzył, że jego czytelnicy lubią solidną dozę nienawiści. W jednym z dreszczowców drukowanych w odcinkach przez „Daily Mail” opisano trasę niemieckiej inwazji na Anglię, by zwiększyć sprzedaż w wymienionych miejscowościach. Niemniej Northcliffe drukował także artykuły o „naszych niemieckich kuzynach”. Wielu było podobnie rozdartych. Henri Bergson pisał, że wojna jest prawdopodobna, ale niemożliwa.

Postęp i kosmopolityzm.

Mimo narodowych rywalizacji Europejczycy coraz bardziej postrzegali swój kontynent jako jedną całość. Integrował ją handel. Jednoczyła wspólna kultura. Łączyła zmechanizowana komunikacja. Świat wchodził w okres bezprecedensowej globalizacji, a cywilizacja stała się międzynarodowa. We wszystkich miastach, od Londynu po Teheran, widoczny był postęp i kosmopolityzm.

W 1913 r. paryskie kina podbijał Fantomas, zamaskowany zbrodniarz, symbol „ukrytej potęgi nowoczesności”. Na wieży Eiffla zainstalowano maszt radiowy, przez który na cały świat nadawano sygnał czasu. W Detroit Henry Ford uruchomił taśmę produkcyjną swoich samochodów. W Buenos Aires otwarto pierwsze metro na półkuli południowej. W Jerozolimie wylądował pierwszy samolot. Nad Petersburgiem uniósł się czterosilnikowy gigant zaprojektowany przez Igora Sikorskiego.

Przekopano Kanał Panamski. A prezydent Wilson przeczytał zjadliwy atak Louisa Brandeisa na amerykańskich bankierów dorabiających się fortun poprzez inwestowanie pieniędzy swoich wierzycieli w agresywne korporacje, w których zarządach sami zasiadają. Korzystając ze śmierci J.P. Morgana, który trząsł Wall Street, prezydent USA w 1913 r. przeforsował Ustawę o Rezerwie Federalnej.

Berlin szczycił się nazwą Elektropolis, jednak martwa ręka tradycji trzymała w swym uścisku nawet te metropolie, które były dumne, że są tak postępowe. Na wyraźne żądanie Franciszka Józefa Hofburg oświetlały lampy naftowe. A Wilhelm II zabronił oficerom w mundurach tańczyć tango. Paryżanie głośno protestowali przeciwko „Świętu wiosny” Strawińskiego. A amerykański katalog Searsa na 1913 r. reklamował „murzyński makijaż” – z dużymi zębami i wargami „tak grubymi jak na maskach w Halloween”...

Na progu 1914 r.

Tamten świat był nie mniej zglobalizowany niż nasz. Był jednoczony przez europejską arystokrację ducha, ale także przez rewolucyjnych – czy tylko ewolucyjnych – socjalistów, zrzeszonych w konkurencyjnych międzynarodówkach; przez pacyfistów, sufrażystki, robotników sezonowych i całą tę drobnicę, której już za ciasno było w małych ojczyznach. Gdy 28 czerwca 1914 r. Gawriło Princip strzelał do arcyksięcia, szef serbskiego sztabu generalnego właśnie bawił w Austrii, rosyjski generał Brusiłow w Niemczech, Winston Churchill w Kilonii na wspólnej rewii marynarek wojennych Niemiec i Wielkiej Brytanii. A pisarz Joseph Conrad – w Zakopanem.

Skłóceni przywódcy jak dziś odbywali swe spotkania na szczycie. Gdy car Mikołaj II, kajzer Wilhelm II oraz król brytyjski Jerzy V byli razem, to można ich było pomylić, tak byli do siebie podobni. Nic dziwnego, skoro wszyscy jakoś tam pochodzili od królowej Wiktorii. W połowie maja 1913 r. tych trzech kuzynów spotkało się w Berlinie na ślubie „małej księżniczki”, Wiktorii Luizy (jedynej córki niemieckiego cesarza), z księciem Ernstem Augustem Cumberlandem z dynastii hanowerskiej. Wyglądało to na wielkie zbratanie. A zdjęcia ślubne berlińczycy rozchwytywali wtedy równie łapczywie, jak londyńczycy zdjęcia royal baby. Wiktoria Luiza niczym wytrawna modelka wdzięczyła się do obiektywów. Podczas gdy jej ojciec pozował tak jak zawsze – z naburmuszoną miną i lewą dłonią na głowni szabli. Tym sztucznym gestem Wilhelm II ukrywał swą chromą, krótszą lewą rękę...

Wiedeń, Europa, cały świat 1913 r. W grudniu wszystko jeszcze jest otwarte, „zarówno przyszłość, jak i wargi pięknych kobiet” – kusi Florian Illies. Czy późniejsze biografie postaci pozbieranych przez Szarotę, Illiesa i Emmersona mogły się potoczyć inaczej?

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną