Pomocnik Historyczny

Co z tą Europą?

Czy przyszłość Unii jest przesądzona?

Parada Schumana w Dniu Europy, Warszawa, 9 maja 2015 r. Parada Schumana w Dniu Europy, Warszawa, 9 maja 2015 r. Forum
Europa odbudowuje się po przejściach. W negocjacjach nad brexitem zachowała jedność, chce być sprawna i bardziej odporna na kryzysy. W reakcji na politykę prezydenta Donalda Trumpa bardziej troszczy się o porządek liberalny i wspólne wartości, odkrywa na nowo politykę zagraniczną i obronną. Kiedy szykują się decyzje o przyszłości UE, Polska powinna brać udział w najważniejszych projektach i mieć poważnych sojuszników.
Unia Europejska nigdy nie była tak podzielona jak obecnie.Getty Images Unia Europejska nigdy nie była tak podzielona jak obecnie.

Tekst ukazał się w Pomocniku Historycznym POLITYKI „Dzieje wspólnej Europy”.

***

Dekada zarządzania kryzysem. UE jest jak szyba. Zauważa się ją tylko wtedy, gdy jest brudna lub stłuczona. Przeciętny Europejczyk nie wstaje codziennie, żeby się Unią zachwycać, choć każdego dnia korzysta z jej oferty. Dociera do niego, że UE w ogóle jest, kiedy pojawiają się kłopoty, bo to one motywują do reakcji.

Ostatnio było tych kłopotów nadmiar. Przez ponad dziesięć lat UE funkcjonowała w trybie zarządzania kryzysami. Nie miała dość czasu na promowanie swego dorobku, choć właśnie wtedy udało się stworzyć podstawy unii bankowej czy energetycznej, zbudować narzędzia do zapobiegania kryzysom finansowym, czyli osiągnąć więcej, niż jeszcze kilka lat wcześniej wydawało się możliwe. UE musiała jednak gonić od pożaru do pożaru, po kryzysie finansowym nastał ukraiński, a potem migracyjny. Zaabsorbowanie ich gaszeniem, w czym siłą rzeczy pierwszoplanowe role odgrywały największe państwa członkowskie, osłabiało unijną reputację. Wspólnota, którą ludzie zwykle doceniają za załatwianie przyziemnych, istotnych dla nich spraw, traciła swój najważniejszy instrument legitymizacji – widoczne efekty działań, bycie blisko człowieka. W ten sposób do realnych problemów doszła jeszcze kwestia wizerunku UE – kojarzenia jej z kryzysem. Obywatele mogli nawet odnieść wrażenie, że UE bardziej stwarza problemy, niż je rozwiązuje.

Jednocześnie wiele europejskich pewników, zależności, w które ślepo wierzono, zostało zakwestionowanych. Na przykład to, że bliskie relacje polityczne i handlowe z sąsiadami prowadzą automatycznie do transferu standardów. Promotorzy Unii obiecywali życie lepsze i bezpieczniejsze, zachęcając do sprostania wymaganiom. Często nie mieli jednak oferty na miarę rozbudzonych aspiracji. Myśleli, że eksportują wartości, tymczasem zdarzało im się importować chaos. Jak w czasie kryzysu migracyjnego, kiedy to sąsiedzi bardziej wpływali na unię niż UE na nich. Współzależność, która miała stawiać tamę trującym sporom historycznym, stawała się ich nowym źródłem, jak choćby w ostrej fazie kryzysu finansowego w strefie euro. Gdy minister finansów Grecji miał odwiedzić Berlin, tabloid „Bild-Zeitung” napisał: „Witamy w kraju, gdzie ludzie codziennie wstają o szóstej, aby ciężko pracować. I tak do 67 roku życia”. W odpowiedzi wystawiano rachunki za historyczne krzywdy. A przecież to strefa euro miała być tą najdalej posuniętą próbą praktykowanej współzależności, która powinna była uwolnić kontynent od demonów przeszłości. Rzecz jasna przy założeniu, że dobrze funkcjonuje.

Skumulowanie kryzysów doprowadziło do utraty wiary w bezpieczeństwo Zachodu po upadku komunizmu, w kompetencję elit i samoregulację systemów liberalnej demokracji. UE musiała przyjąć do wiadomości, że coraz więcej obywateli będzie ją oceniać nie po wdrażaniu postępu, lecz po tym, czy potrafi ich ochronić przed niepożądanymi skutkami sił i żywiołów, które po części sama wyzwoliła (otwarcie granic, różnorodność). Na tych prawdziwych i wymyślonych ludzkich obawach zaczęli żerować miłośnicy prostych rozwiązań w złożonych sprawach. Sprzyjał temu nadmiernie zideologizowany spór o recepty na wyjście z kryzysu finansowego: cięcia czy wzrost? Zrodziło to pokusę szukania czegoś nowego, czy to na drodze zmiany traktatów, czy nawet poprzez zakwestionowanie samej idei wspólnej Europy. Powstały warunki dla politycznej medycyny niekonwencjonalnej.

Warunki dalszej żywotności. Z tej skróconej diagnozy sytuacji w UE wynika jasno, że warunkiem jej odnowy musi być przejście od trybu zarządzania kryzysami do – wreszcie – zajęcia się wyzwaniami przyszłości. Nie obędzie się przy tym bez przemyślenia na nowo europejskich pewników i dokonania głębszej korekty projektu integracyjnego. Trzeba mieć także świadomość, że drogą do odzyskania wiarygodności przez Unię musi być wykazanie w praktyce, że ma ona lepsze narzędzia do radzenia sobie z ciemnymi stronami globalizacji i nowymi niepokojami obywateli niż propozycje konkurencyjne. Wtedy ma szanse odzyskać pewność kierunku, w którym powinna zmierzać.

UE zawsze czerpała swą żywotność nie tyle z atrakcyjności jakiegoś modelu, który ktoś wyrysował na desce kreślarskiej, ile z trafnego odgadywania potrzeb swojego czasu. Jeżeli teraz sprawą najpilniejszą dla obywateli stało się poczucie bezpieczeństwa, jeżeli wróciły lęki związane z migracjami, to należało odzyskać kontrolę przede wszystkim nad tymi zjawiskami, pokazać, że UE jest do tego zdolna. W innym przypadku zapanowałoby zwątpienie, a wówczas to antyeuropejscy populiści mieliby inicjatywę i dyktowali agendę. Dziś już wiemy, że udało się radykalnie ograniczyć skalę tego zjawiska. To poprzez takie doświadczenia UE może odzyskiwać wiarygodność.

Warto tutaj wyraźnie zaznaczyć, że ogromnym nadużyciem jest przedstawianie UE jako przyczyny dramatycznych procesów społecznych, kulturowych i gospodarczych, przez które dziś kontynent przechodzi. To właśnie UE podejmuje globalne wyzwania, szuka wspólnych odpowiedzi tam, gdzie pojedyncze państwa nie mogą sobie poradzić. W ten sposób wystawia się na widok i jest przez obywateli notorycznie mylona ze źródłami wszelkich nieszczęść. Przykładem może być właśnie wspomniany kryzys migracyjny, w trakcie którego UE – próbując powstrzymać napływ uchodźców (uszczelnianie granic zewnętrznych, program pomocy dla państw afrykańskich, umowa z Turcją itd.) – była oskarżana o wywołanie tego kryzysu. Tymczasem od dawna było wiadomo, że mur między bogatą Północą a biednym Południem kiedyś runie i miliony ludzi zapukają do drzwi. Jest to nieuchronny skutek tendencji globalizacyjnych, których integracja europejska jest tylko częścią.

Przeciw bezkarnym uproszczeniom. Wielu ekspertów zwraca uwagę na ten triumf bezkarnych uproszczeń o pogrążonej w kryzysie Unii jako matce wszystkich nieszczęść. Piotr Buras i Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz przypomnieli niedawno, że pierwotny w stosunku do kryzysu Unii jest przecież kryzys demokracji liberalnej jako podwaliny całej formacji Zachodu. Zwracają oni uwagę, że efekty zderzenia UE z tymi zjawiskami są często mylnie brane za przejawy jej własnego kryzysu. Państwa członkowskie, nie radząc sobie z problemami, nagminnie zrzucają odpowiedzialność na UE, jakby była jakimś oderwanym od nich, zewnętrznym imperium. Fundamentalne pytania, z którymi należy się dziś zmierzyć, wykraczają daleko poza wpływy i kłopoty UE, jak choćby sprzeczność między nieograniczoną władzą rynków a nienadążającą za tym regulacyjną kompetencją państw. Inną kwestią jest to, że deficyty w działaniach UE i słabości jej instrumentów mogą przyczyniać się do pogłębienia objawów tych kryzysów. I to właśnie powinno być przedmiotem troski.

Poza tym wielu kłopotów udałoby się pewnie uniknąć, gdyby Unia Europejska miała więcej kompetencji i tym samym narzędzi działania. To aluzja do coraz głośniejszego dziś wołania bynajmniej nie o wzmocnienie, lecz właśnie ograniczenie kompetencji Komisji Europejskiej, by „nie rościła sobie nadmiaru praw”, „nie nadużywała swojej pozycji”. Jest interesującym paradoksem, że te same państwa, które oczekują wstawiennictwa komisji np. w przypadku Gazociągu Północnego 2, z ogromnym poświęceniem zajmują się jej osłabianiem.

Lekcja amerykańska. Brytyjskie referendum w sprawie wyjścia z Unii Europejskiej i wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych były wstrząsem i lekcją dla unii. Wymusiły refleksję nad jej miejscem w globalnym świecie oraz kondycją wewnętrzną i reformami. Zacznijmy od lekcji amerykańskiej.

Po wyborach w USA w 2016 r. zaczęto coraz śmielej kwestionować powojenne zasady współpracy transatlantyckiej i rolę instytucji międzynarodowych, które dotąd zapewniały pokój i wolny handel. Teraz miałyby być programowo osłabiane, by zrobić miejsce dla mocarstw, także regionalnych, urządzających świat poprzez umowy dwustronne. Niektóre stolice europejskie uznały, że trzeba się przygotować na dezintegrację UE i zawczasu postawić na bilateralne związki z dominującymi graczami. Milcząco akceptowano perspektywę systemu opartego na relacjach transakcyjnych, kierującego się wąsko pojmowanymi zasadami pomnażania zysków, protekcjonizmem i prawem silniejszego. Tymczasem obrońcy liberalnej demokracji na kontynencie zaczęli pytać, czy warto poświęcać z takim trudem wypracowany dorobek instytucji międzynarodowych i wracać do nowej wersji koncertu mocarstw, skoro wiemy z historii, jak to się kończyło? Czy warto rezygnować z systemu opartego na solidarnych zobowiązaniach i wspólnym podejmowaniu decyzji?

Postawiona wobec takiego wyzwania Europa nie przyjęła nowych reguł gry i pozostała przy własnych. Trzymanie się swoich wartości nie jest balastem, lecz zapewnia przewagi konkurencyjne. Wiadomo przecież, że inwestycje napływają do krajów stabilnych instytucji demokratycznych, tam też lepiej rozwijają się innowacje. Wartości i odpowiedzialność pozostają walutą, którą Europa będzie mogła skutecznie konkurować. To UE może stworzyć narzędzia, by bronić się przed nadużyciami niektórych korporacji międzynarodowych, przestrzegać standardów socjalnych, a także chronić tych, którzy stracili na wolnym handlu. To UE wydaje 87 mld dol. rocznie na pomoc rozwojową (podczas gdy Stany Zjednoczone 31 mld), co jest istotnym wkładem do zapobiegania konfliktom na świecie.

Polskim zwolennikom zastąpienia UE jakąś nową edycją koncertu mocarstw gospodarczych i politycznych warto zwrócić uwagę, że udział Stanów Zjednoczonych w bilansie bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Polsce wynosi 2,5 proc. (Niemiec – 20 proc.), zaś w polskim handlu 3 proc. (Niemiec – 25 proc.). Bez unijnego parasola kraje Europy stałyby się coraz mniej znaczącymi uczestnikami gry na scenie globalnej. W zamian za gwarancje bezpieczeństwa byłyby rozgrywane przez mocarstwa, które wymuszałyby na nich lojalność i podążanie za ich interesami. Eksperci już wskazują, że stopniowo pogarsza się gospodarczy klimat dla małych i średnich państw. W spokojnych czasach mogły one oszczędzać na wydatkach na obronność, za to swobodnie korzystać z liberalizacji handlu i przepływu technologii. W fazie napięć politycznych już tak być nie musi. Ponadto walka o obronę własnych interesów toczy się dziś nie tylko między państwami, ale w coraz większym stopniu w konkurencji z korporacjami międzynarodowymi. Nie są to zatem dobre czasy do prowadzenia samotnej gry. Wbrew wielu głoszonym dziś opiniom rola UE w globalnej polityce gospodarczej powinna raczej wzrastać, a nie się zmniejszać.

W kręgach gospodarczych nie trzeba przekonywać, że na poziomie wspólnotowym nieporównanie łatwiej jest przełamywać bariery handlowe w relacjach z trudnymi partnerami na innych kontynentach. Wiedzą o tym dobrze polscy producenci ceramiki, np. bolesławiecka Manufaktura, czy kosmetyków, jak krakowska Bielenda. Po wejściu w życie umowy handlowej Unia Europejska–Korea Południowa w 2011 r. zanotowali oni rekordowe wzrosty eksportu. Od polskich przedsiębiorców można często usłyszeć, że dostęp do rynków i technologii jest dla nich najważniejszym skutkiem członkostwa we wspólnocie i że nawet gdyby nie było funduszy unijnych, warto byłoby o to członkostwo zabiegać.

Interesujące, że w badaniach socjologicznych Polacy wskazują przede wszystkim na fundusze unijne i swobodny przepływ osób jako najważniejsze zdobycze integracji. Tymczasem to bezpieczeństwo, stabilne otoczenie instytucjonalno-prawne oraz – wspomniany już – uprzywilejowany dostęp do najnowszych technologii i nade wszystko do rynków, w tym do tak hermetycznych jak azjatycki, są najważniejsze dla rodzimych firm. A to przecież one budują polski dobrobyt. Jednym z najsmutniejszych nonsensów, jakie mieliśmy okazję usłyszeć w polskiej debacie publicznej, jest – moim zdaniem – ten sugerujący, że po ograniczeniu skali funduszy może już nie warto pozostawać w UE.

Koniec urlopu od geopolityki. Lekcja amerykańska dla Europy wyraża się w zrozumieniu, że urlop od geopolityki właśnie się skończył. O integracji europejskiej mówiliśmy dotąd, że jest to projekt pokojowy, bo dzięki sieci gospodarczych współzależności wyklucza konflikty zbrojne między członkami wspólnoty. Jednak obecnie pokój w Europie zależy coraz bardziej od sytuacji poza nią, co oznacza, że należy poważnie zająć się polityką zagraniczną, nadając jej nowy sens i status. Trzeba więcej inwestować w obronność, łączyć zasoby i wzmacniać zdolności instytucji. W tym wymuszonym powrocie polityki warto dostrzec także szansę, konieczność przystosowania się do nowych realiów i dokonania zmian, które pomogą obywatelom lepiej zrozumieć, co UE im daje i przed czym może uchronić. To kolejna okazja do refleksji, po co UE w ogóle jest i dlaczego lepiej w niej być.

W lipcu 2018 r. odbyło się głośne spotkanie prezydentów USA i Rosji w Helsinkach. Europejczykom przypomniało ono, że przywódcy obu krajów, choć tak wiele ich różni, nie ukrywają zamiarów osłabiania UE i wywracania panującego ładu. W takiej sytuacji opieranie przez poszczególne państwa członkowskie UE dwustronnych relacji z Waszyngtonem lub Moskwą na gruncie antyeuropejskości byłoby działaniem wielce ryzykownym, żeby nie powiedzieć straceńczym. Konsekwencją byłoby nieuchronnie odtworzenie wpływów Rosji w regionie, czyli obniżenie poziomu bezpieczeństwa Polski. Nie należy wszakże zapominać, że stosunki transatlantyckie powinny pozostać dla Europy w wymiarze bezpieczeństwa priorytetowe.

Lekcja brytyjska. Przejdźmy do lekcji brytyjskiej, czyli zadania takiego ułożenia relacji w gronie UE27, by zbudować tożsamość pomniejszonej wspólnoty i by wyłoniła się z tego UE sprawniejsza i bardziej odporna na kryzysy. Przewodniczący Komisji Jean-Claude Juncker przedstawił scenariusze rozwoju UE do 2025 r., zapraszając w ten sposób do debaty obywateli, polityków, ekspertów. Można z niej dziś wysnuć kilka ogólnych wniosków. Obywatele są gotowi bronić UE przed falą nacjonalizmu. Choć antyeuropejski populizm stał się mocniejszym, widocznym i trwałym elementem na scenie politycznej, to towarzyszy mu swego rodzaju proeuropejskie przebudzenie.

Obywatele gotowi są także naprawiać strefę euro. Mimo aż nadto widocznych deficytów projektu wspólnej waluty, to od 2004 r. nie było dla niej tak silnego jak dziś poparcia na kontynencie. Z dokumentów Komisji Europejskiej wynika, że strefa euro może stanowić trzon przyszłej UE i jej centrum decyzyjne. Dopuszcza się zastosowanie metody międzyrządowej na rzecz wzmocnienia współpracy państw eurostrefy, czyli pójście do przodu nawet na podstawie umów zawieranych przez państwa poza ramami instytucjonalno-prawnymi UE. Oznacza to, że jeśli ktoś się sprzeciwi albo będzie miał rozterki, to będzie można jego sprzeciw obejść. Nietrudno sobie wyobrazić w przyszłości taki poziom zaawansowania współpracy w unii gospodarczej i walutowej, który uczyni nieobecność w niej kosztowną – politycznie i gospodarczo.

Badania opinii niezmiennie pokazują, że obywatele wciąż wierzą we wspólną Europę. Liczą na sprawniejsze instytucje, uszczelnienie strefy Schengen, ale jednocześnie nie chcą europejskiego domu przebudowywać od fundamentów. Z całą pewnością nie chcą też rozbierać jego ścianek działowych, czyli nie życzą sobie rozcieńczenia swoich tożsamości i kultur narodowych. Tym mogą dziś straszyć wyłącznie ci, którzy żyją ze zniechęcania do UE. To ci sami, którzy przedstawiają ją jako projekt ideologiczny, wręcz inwazyjny w życiu osobistym.

Ale czy UE rzeczywiście nakazuje cokolwiek – poza tym, że mówi o niedyskryminacji ze względu na narodowość czy jakieś inne cechy ludzi? Czy oczekuje się wyrzekania tożsamości narodowej, żeby dostać przepustkę do UE i przyjąć zbiorową europejską tożsamość? Ta ostatnia może być tylko uzupełnieniem, dodatkiem do tożsamości narodowych, które kształtowały się w sytuacjach dramatycznych, ostatecznych i zawsze pozostaną pierwotne. Nie ma żadnego powodu, żeby w ogóle przeciwstawiać tożsamość europejską tożsamościom narodowym.

Można oczekiwać, że w najbliższej przyszłości będzie się poszukiwać nie tyle wzmacniania jednolitości integracji (więcej Europy w każdej dziedzinie), ile sprawnego zarządzania różnorodnością. Jest ona faktem. Chodzi tylko o to, by owa różnorodność ożywiała i umacniała integrację, pozwalała zachować jej spójność instytucjonalno-prawną, a nie prowadziła do fragmentacji i w efekcie rozpadu Unii Europejskiej.

Budżet reagowania na sytuacje. Obecnie toczy się dyskusja nad projektem budżetu unijnego na lata 2021–27, który w założeniu ma odzwierciedlać nowe priorytety i aspiracje. Wynikają one ze wspomnianej debaty Junckera, a także są rodzajem wspólnego wniosku z doświadczeń ostatnich lat. Zamierza się więcej inwestować tam, gdzie skuteczniejsze są działania wspólne, np. w ochronę granic zewnętrznych. Znacznie więcej pieniędzy będzie też przeznaczonych na projekty badawcze i innowacje, obronność, a także na programy reform i instrumenty wsparcia na drodze do wspólnej waluty. Poprzedni budżet wieloletni (2014–20) był określany jako budżet konwergencji i nagradzania efektywnych: zasypywał rowy między bogatymi i biednymi, ale przyznawał również premie tym, którzy najlepiej wydawali unijne fundusze. Właśnie dlatego z budżetu, który był o 40 mld euro niższy od wcześniejszego, Polska mogła otrzymać aż o 4,5 mld euro więcej niż w poprzednim rozdaniu.

Projekt obecny jest nazywany budżetem reagowania na sytuacje. Z uwagi na brexit i wydatki na dodatkowe cele koperta dla Polski musiałaby być skromniejsza, ale planuje się obniżkę znaczniejszą. Jest to spowodowane wspomnianą koniecznością reagowania na sytuacje, czyli np. wspierania regionów południa Europy, które w związku z napływem uchodźców nie doczekały się wystarczającej pomocy od partnerów unijnych.

W trakcie negocjacji obciążeniem dla Warszawy i ograniczeniem jej zdolności koalicyjnych może stać się dodatkowo kwestia kontrowersyjnej reformy systemu sądownictwa, która doprowadziła do bezprecedensowej sytuacji, gdy UE zaczęła oceniać stan praworządności w Polsce. W tej sytuacji trzeba liczyć się z presją wyborców w państwach-płatnikach netto, którzy będą pytać o skuteczność stosowania prawa unijnego. Kolejnym elementem budżetowej gry stanie się z pewnością propozycja uzależnienia wypłaty funduszy od stanu praworządności w danym kraju członkowskim – poparcie dla takiego rozwiązania rośnie.

Naprawianie unii wartości. Istotnym aspektem obecnych działań naprawczych jest odbudowa poczucia, że Unia Europejska opiera się na wartościach, które są czynnikiem spajającym konstrukcję. Mówi się nawet o momencie konstytucyjnym w kształtowaniu ustroju UE. Dla spraw związanych z naruszaniem praworządności w państwach członkowskich ważne będzie sprecyzowanie kompetencji Trybunału Sprawiedliwości UE. To się właśnie dzieje, także w związku z postępowaniem przeciw polskiemu rządowi. Co oznacza, że chodzi tu o fundamentalne kwestie ustrojowe, odpowiedź na pytanie, czym UE jest i jak funkcjonuje. Czy chce być wspólnotą normatywną, czy tylko stowarzyszeniem do ochrony granic albo wspólnego rynku? Jedynie w tym pierwszym przypadku może zachować tytuł do np. zabierania głosu w kluczowych sprawach międzynarodowych.

Czasem mówi się, że dla Polski najlepszy byłby taki model integracji, który zapewni jej możliwość korzystania ze wspólnego rynku, ale bez wtrącania się UE do kwestii praworządności. Ale bez respektowania wspólnych zasad nie może być mowy o jednolitym rynku. Przedsiębiorcy chcą wierzyć, że inwestując pieniądze, będą mieli pewność bezstronnego rozstrzygania sporów. Co byśmy zrobili, gdyby w jakimś kraju członkowskim odmówiono zatrudniania Polaków i nakazano zwolnienie tych, którzy już pracują? Gdyby nie było możliwości powołania się na unijne prawo o niedyskryminacji ze względu na narodowość, a sądy w tym kraju były upolitycznione? Jeżeli więc nie chcemy, żeby „wtrącano się do naszych spraw”, zabieramy sobie możliwość ochrony interesów naszych obywateli w innych państwach członkowskich. To podcinanie gałęzi, na której się siedzi.

Podsumowując lekcję brexitu, można się odnieść do popularnej w wielu europejskich środowiskach tezy o rzekomym rozsądku i realizmie Brytyjczyków, którzy słusznie opuszczają „chylącą się ku upadkowi UE”. Nie wchodząc w polemikę na temat obecnej kondycji UE, warto tylko odnotować, że na razie kolejki do naśladowania Brytyjczyków nie ma. Przeciwnie, UE wydaje się raczej konsolidować. Ciekawym zjawiskiem jest ewolucja w krajach dotąd zdystansowanych wobec pogłębiania integracji, chowających się za Brytyjczykami. Teraz zaczynają one zmieniać język i nastawienie, zgłaszać aspiracje do udziału w wysiłkach naprawczych wspólnoty. Widocznie zdają sobie sprawę z ryzyka utraty dorobku integracji. Zapewne dostrzegają także szansę na poprawienie swojej pozycji w UE, której przetrwanie uważają za oczywiste.

To zła wiadomość dla tych w Europie, którzy postanowili żywić się nieszczęściem. Którzy liczyli, że UE nie przetrwa. Niedługo może im już pozostać tylko towarzystwo ugrupowań skrajnych.

Polska w odnowionej Europie. To jest czas na zdefiniowanie własnej pozycji w Europie. Kiedy szykują się ważne decyzje o przyszłości UE, trzeba mieć poważnych sojuszników i unikać zbędnych problemów. Przekłada się to na pytanie, jak znaleźć kompromis w sprawie ochrony praworządności, by zachować zdolność koalicyjną podczas negocjowania unijnego budżetu wieloletniego. Jak nie roztrwonić atutów, które dawały Polsce nadwyżkę znaczenia w staraniach o własne interesy. Polskę kojarzono z racjonalnym korzystaniem z unijnych środków oraz aktywnymi działaniami na rzecz budowania wspólnoty, po prostu z konstruowaniem, a nie psuciem.

Innym wyzwaniem pozostaje uniknięcie Europy wielu prędkości, czyli ryzyka odsunięcia na margines wpływu i dostępu do środków. Brak uczestnictwa w kluczowych dla UE politykach oznacza zamknięcie sobie drogi do zasobów, które teraz będą przede wszystkim tam kierowane. Jednocześnie nieobecność w tych najważniejszych projektach, jak migracje czy obronność, prowadziłaby do wykluczenia się z trzonu decyzyjnego wspólnoty. Polska latami budowała swą reputację jako łącznik między strefą euro a krajami spoza niej. Broniąc swoich interesów i nie dopuszczając do podziału UE, realizowała jednocześnie ważny cel wspólnotowy. Dzięki temu była słuchana i wspierana.

Polacy potrzebują realizmu opowieści europejskiej, rzeczowego wyjaśniania, dlaczego to UE lepiej ochroni ich samych i ich firmy przed ubocznymi skutkami globalizacji czy praktykami monopolistycznymi na rynkach europejskich. Większość społeczeństwa pewnie się zgodzi, że dzięki UE kraj rozwijał się szybciej, że przyjmując jej standardy, Polacy poprawiali jakość swego życia i że UE to także wyższy standard bezpieczeństwa państwa. Ale ludzie zaczynają dzisiaj pytać, czy te same regulacje, które pomagały doganiać bogatszych, są w równym stopniu skuteczne teraz, kiedy już z nimi się konkuruje? Można sądzić, że reputacja projektu europejskiego w Polsce będzie w dużym stopniu zależała od odpowiedzi na takie pytania.

UE nie jest rajem na ziemi, ale to stosunkowo bezpieczne miejsce w niespokojnych czasach. Szczególnie dla kraju, który przez stulecia był skazany na życie w geopolitycznym przeciągu, na wschód od Zachodu i na zachód od Wschodu. Zbyt wiele polskich pokoleń było skazanych na zamieszkiwanie w tej ziemi niczyjej, by teraz lekkomyślnie tracić szanse na trwałe, historyczne zakotwiczenie. Dalej tym tropem idzie Rafał Matyja, postulując w swej książce „Wyjście awaryjne”, by polska doktryna europejska uwzględniała utrzymanie i rozwój UE jako strategiczny cel polityki zagranicznej. Wynika to z przekonania, że członkostwo w UE jest dziś najsilniejszą gwarancją trwałości dokonanego wyboru cywilizacyjnego. Jeżeli Brytyjczycy zdecydowali się na wyjście z UE, to nie ma to żadnego związku z ich przynależnością do Zachodu, bo nikt ich stamtąd nie usunie. Tymczasem przystąpienie Polski do UE było jednocześnie zarzuceniem kotwicy w nowej przestrzeni instytucji, prawa, aksjologii. Było cywilizacyjną przeprowadzką z podwyższonym ryzykiem.

Nowa polska tożsamość. Najwyższy czas przestać uważać wejście do Europy za cel ostateczny, końcowy punkt dziejów. Potrzebna jest własna, wsparta na rozumnym przepracowaniu dorobku ostatnich 15 lat, opowieść o nas samych w Europie, o tym, czego dziś od niej chcemy, co możemy jej dać i jak możemy na nią wpływać. Taka opowieść, czyli historia stawania się polskiego społeczeństwa europejskiego, mogłaby pomóc w opisaniu nowej polskiej tożsamości. Nie ma sensu ani pomniejszać, ani dezawuować tego ważnego, sprawczego dorobku Polaków z ostatnich 15 lat. Zawiera się w nim bowiem unikatowa szansa na wykreowanie polskiej nowoczesności własnej, niebędącej wyłącznie kopią cudzych wzorców.

UE nie jest nam potrzebna jako utopia pozwalająca na ucieczkę od realnych problemów. Nie jest też mitem, który ma unieważnić lub zastąpić kulturowe korzenie. Jest odwrotnie: to dzięki naszemu dorobkowi we wspólnocie stworzyliśmy sobie nowy język, by o tych korzeniach i w ogóle o nas samych opowiedzieć w sposób lepiej zrozumiały dla innych. To skuteczniejsze niż nachalne sprzedawanie iluzji na własny temat, które nikogo nie obchodzą. Polska tego nie potrzebuje, bo właśnie członkostwo w UE pozwoliło jej umocnić poczucie własnej wartości. I choćby z tego powodu nie powinna wyzbywać się miejsca w jej rdzeniu.

***

Tekst wyraża osobiste poglądy autora.

***

Tekst ukazał się w Pomocniku Historycznym POLITYKI „Dzieje wspólnej Europy”.

Reklama
Reklama