Tygodnik Polityka

Monika, żona Słowika

Tajemnicza królowa mafii wychodzi z cienia

Monika, żona Słowika Monika, żona Słowika Leszek Zych / Polityka
Nazywają ją Słowikowa. Po mężu, słynnym bossie gangu pruszkowskiego. Przez lata skrywała się w cieniu. Właśnie z niego wychodzi.
Monika Banasiak na procesie swojego męża Andrzeja w warszawskim Sądzie Okręgowym, czerwiec 2006 r.Stefan Maszewski/Reporter Monika Banasiak na procesie swojego męża Andrzeja w warszawskim Sądzie Okręgowym, czerwiec 2006 r.

Media piszą: 53-letnia blondynka nie przyznaje się do winy. Ryzykownie opisywać Monikę jako blondynkę lub brunetkę. Wciąż zmienia kolory włosów. Teraz zmienia swoje życie. Albo inaczej – to życie ją zmienia.

Ona i Słowik urośli do rangi symbolu. Mówiono, że to największa miłość w światku polskiej mafii. Taka aż po grób. Kiedy Słowika prowadzono w sądzie skutego, ona stała przed drzwiami sali rozpraw i szeptała do niego czułe słowa. On się łagodnie uśmiechał. Teraz kiedy ona w roli oskarżonej pojawia się w warszawskim sądzie, Andrzeja Z., czyli Słowika, nie widać.

Spędziła w areszcie ponad dwa i pół roku, niedawno wyszła za kaucją. Ktoś wpłacił za jej wolność 120 tys. zł. Może Wadim, jej były partner, dla którego rzuciła męża? – Nie, to nie Wadim – mówi Monika. – Ujawnię, kto mi pomógł, w książce.

Słowik przed laty wydał własne wspomnienia („Skarżyłem się grobowi”), teraz ona, tajemnicza królowa mafii, jak o niej mówią, chce opisać swoje życie. Po co? – Bo mam dosyć kłamstw na mój temat – mówi krótko.

Dobry dom i ognisty temperament

Córka tancerki baletowej i inżyniera. Grzeczna dziewczynka z warszawskiej Saskiej Kępy, z tzw. dobrego domu. Babcia (matka ojca) miała zmysł do interesów. Przed wojną posiadała sklep jubilerski w Łodzi. Po wojnie prowadziła kawiarnię Sułtan na Saskiej Kępie, kultowy lokal w tej eleganckiej dzielnicy. – Do Sułtana zaglądała cała warszawka, głównie artyści – wspomina Monika. – Niektórzy bywali też u nas w domu. Rodzice prowadzili coś na kształt salonu. Grano w brydża i dyskutowano. Przyjacielem mamy były piosenkarz Mieczysław Wojnicki, ten od „Jabłuszka pełnego snów”.

W Kabarecie Starszych Panów Kalina Jędrusik śpiewała „W kawiarence Sułtan” z tekstem Jeremiego Przybory. Monika zapamiętała, że jedna z piosenek Agnieszki Osieckiej, też bywalczyni Sułtana, była zadedykowana jej mamie. Nosiła tytuł „Piosenka o Zielińskiej”. Matka Moniki, Marietta Zielińska z domu Rybakow, była piękną kobietą. Tańczyła w zespołach Śląsk i Mazowsze, potem w Operetce Warszawskiej, uczyła choreografii w szkole baletowej przy Moliera. Monika po matce odziedziczyła, jak sama mówi, ognisty temperament. – Jestem multikulti, wybuchowa mieszanka – opowiada. – Ze strony ojca mam korzenie lwowsko-żydowskie, po mamie rosyjsko-mołdawsko-włoskie z niemiecką domieszką. Może dlatego jestem taka zwariowana?

Uznano, że zwariowała, kiedy uciekła sprzed ołtarza. Pan młody, jej szkolna miłość, został sam, ksiądz zaniemówił ze zdziwienia, a Monika popędziła do domu, spakowała plecak, złapała narty i pojechała w góry. Sama nie wie, dlaczego to zrobiła. – Może dlatego, że ten chłopiec był za spokojny, a mnie zawsze ciągnęło do tych mniej grzecznych.

Po raz drugi uznano, że straciła rozum, kiedy zaczęła się spotykać z bardzo niegrzecznym chłopcem. Był z innego świata niż ona i z innej gliny. Przyjechał ze Stargardu Szczecińskiego. Z zawodu fryzjer. Potem dowiedziała się, że wyuczył się tego fachu w kryminale, gdzie odbywał wyrok za kradzieże. Jego przeszłość nie miała dla Moniki znaczenia. Liczyła się tylko przyszłość.

Przyszłość u boku Słowika jawiła się kolorowo. Już podczas pierwszego spotkania zastosował oryginalną metodę podrywu. „Zapraszam cię na kawę” – zaproponował. „Nie do każdej kawiarni chodzę” – odrzekła. „Zapraszam cię na kawę w Paryżu” – powiedział i pojechali do Paryża.

Życie ze Słowikiem toczyło się na walizkach. Nieustanne wakacje w ciepłych krajach. We dwoje albo z gronem przyjaciół Andrzeja i ciągła zabawa. Na słynnych kadrach z „Alfabetu mafii” Słowik skacze na Riwierze Tureckiej do morza z okrzykiem: „Kocham Pruszków, pieprzę Turków”. – To byli niegrzeczni chłopcy, ale czułam się wśród nich dobrze – przyznaje Monika. Podczas eskapad uczyła ich zasad zachowania się przy stole. Ona to wyniosła z domu, oni nie mieli okazji, aby nauczyć się, czym jada się ostrygi i jakie wino należy pić do białego mięsa. – Za granicą byli bezradni jak dzieci. Służyłam im za tłumaczkę i przewodnika – opowiada. – Śmiałam się, że znają dwa języki, ale to wyłącznie języki w ich butach.

Ona biegle posługiwała się angielskim. Mówiła też po niemiecku i rosyjsku, a hiszpańskiego nauczyła się, kiedy przez kilka miesięcy mieszkała ze Słowikiem w Kolumbii. O tym wyjeździe krążą legendy, że Monika i Słowik byli tam zastawem za partię kokainy, która popłynęła do Polski. – To nie do końca prawda – zaprzecza. – Pojechaliśmy tam w interesach. Zostaliśmy dłużej, bo ten kraj nas zauroczył. Więcej ujawnię w mojej książce.

Szampańskie imprezy i tańce na fortepianie

Podczas tamtej przygody poznali bliską rodzinę Pablo Escobara, słynnego bossa kolumbijskiej mafii. Jeden z kuzynów nieżyjącego już Pabla podarował Monice pięknego konia. Ale potem ona wróciła do Europy, a koń został w Kolumbii. Uwielbiała konie. Podczas hucznej imprezy, jaką pruszkowscy gangsterzy urządzili w hotelu Gołębiewski w Mikołajkach, Monika półnaga wyłoniła się na koniu z jeziora i wjechała do hotelowego hallu. Potem tańczyła na fortepianie, a właściciel hotelu skarżył się Słowikowi, że to nowiutki instrument. – I Słowik honorowo kupił ten fortepian od Tadzia Gołębiewskiego – opowiada Monika.

Całe życie, jakie wtedy wiodła, powraca jak obrazy z kolorowego filmu. Ślub ze Słowikiem, a właściwie dwa śluby. Najpierw ten w Las Vegas. Pojechali tam z Wojtkiem P., znanym warszawskim deweloperem, zaprzyjaźnionym ze Słowikiem, i jego partnerką Agnieszką. Oboje byli świadkami podczas ślubu. Wojtek był hazardzistą, grywał grubo i ryzykownie. W Las Vegas czuł się jak w domu. Na dole było kasyno. Wojtek, jak mówi Monika, wygrał pierwszej nocy 300 tys. dol. Obiecał, że już nie będzie grał, ale nie mieli wątpliwości, że nie dotrzyma słowa. – Schowaliśmy mu ubranie i poszliśmy spać – opowiada Monika. – Rano Wojtka nie ma. Schodzimy do kasyna, a on tam siedzi owinięty ręcznikiem i w samych skarpetkach. Gra, świata nie widzi.

Drugi ślub, już kościelny, wzięli po kilku miesiącach w Jerozolimie, gdzie pojechali z pielgrzymką organizowaną przez księdza Kazimierza Orzechowskiego, kapelana Domu Starego Aktora w Skolimowie, który sam był aktorem grywającym w serialach telewizyjnych. – Przyjaźniliśmy się z księdzem Kaziem, często jeździliśmy z nim do Ziemi Świętej – mówi Monika. Po ślubie Monika Zielińska przyjęła nazwisko męża: Banasiak. On z kolei wziął jej nazwisko rodowe, teraz jest znany jako Andrzej Z.

Wiedziała, czym zajmuje się mąż i jego przyjaciele. Nie protestowała. Było jak w piosence: „on kradnie i zabija dla niej, a ona go kocha coraz mocniej”. Strach poczuła, kiedy wybuchła wojna z gangiem wołomińskim, a w zasadzie z osławionym Wariatem, bratem Heńka Niewiadomskiego, zwanego Dziadem. Mieszkała wtedy ze Słowikiem na Bielanach, przy Broniewskiego. Wracali do domu z zakupów, kiedy przed ich klatką wybuchła bomba wypełniona śrubami. Słowik zasłonił ją swoim ciałem, prawdopodobnie uratował jej życie, oboje zostali tylko ranni. Głównie odłamkami szkła z wybitych wybuchem okien. Ona miała przebite bębenki w uszach, do dzisiaj słabo słyszy. Twierdzi, że wybuchu dokonali trzej młodzi faceci z Gdańska, wynajęci przez Wariata.

Innym razem nagle na ulicy straciła świadomość. Odzyskała ją w jakiejś ciemnej piwnicy. Leżała tam trzy dni skrępowana i nie wiedziała, czy wyjdzie z tego cało. To było porwanie dla okupu, też na polecenie Wariata. Ocalił ją ponownie Słowik. Nagle jak książę z bajki pojawił się w piwnicy i ją oswobodził.

A potem Słowik zaczął się ukrywać w Hiszpanii, bo w Polsce ścigano go listem gończym. Po kilku latach został schwytany i przekazany do Polski. Tu usłyszał wyrok i trafił na długo za kraty.

Pobyt w areszcie: najgorszy czas w życiu

Monika odwiedzała go więzieniu. Początkowo często, potem coraz rzadziej. A potem już wcale. Jak to bywa w życiu, miłość nie przetrwała próby czasu. Poznała innego mężczyznę, który zawładnął jej sercem. Władysław Sobol, zwany Wadimem, jest Ukraińcem polskiego pochodzenia. Od początku lat 90. mieszka w Polsce. Były komandos, potężny i silny. Napisał do niej z więzienia, gdzie odbywał swój wyrok. Widział ją w telewizji, gdzie wypowiadała się w obronie Słowika, i zauroczony postanowił ją poznać. Początkowo wywiązała się między nimi więź platoniczna, uczucie przyszło później. Kiedy wyszedł na wolność, zamieszkali razem. Przy Wadimie czuła się całkowicie bezpiecznie.

Do czasu kiedy nad ranem zastukali antyterroryści. Przyszli po nią, wysłani przez prokuratora, który postawił Monice Banasiak zarzuty, do których nigdy się nie przyznała. Według prokuratora miała przejąć po Słowiku kierowanie grupą przestępczą i handel narkotykami. Zarzuty brzmią dość ogólnie, a rzekoma grupa to bodajże ona i jeszcze dwie osoby, z których żadna nie przyznaje się do przestępstw. Sprawa jest w toku.

.Wojciech Matusik/Gazeta Krakowska/Forum.

Pobyt w areszcie to był najgorszy czas w jej życiu. Mówi, że przetrwała tam tylko dzięki sile, jaką dała jej wiara w Boga. Modliła się. Z wolności wspierał ją tylko Wadim. Kiedyś z innej celi jakaś aresztantka wywołała ją do rozmowy przy oknie (takie rozmowy odbywają się przeważnie w nocy, każdy stoi przy swoim oknie i mówi, nie widząc rozmówcy). „Ty, Słowikowa, kto tak płacze u ciebie?” – zapytała niewidoczna kobieta. „Ja płaczę, bo nie wiem, co z moim synem” – odpowiedziała Monika. „Nie płacz, nie przynoś wstydu rodzinie” – poradziła nieznajoma.

Monika już nie miała rodziny. Słowik wyszedł na wolność dwa miesiące po jej aresztowaniu. Wziął syna do siebie, a jej rzeczy spakował w 25 kartonów i wywiózł do wynajętego kontenera. Wadim w tym czasie związał się z inną kobietą. Monika została sama jak palec i zdana wyłącznie na siebie. – Padło ze strony prokuratora, że klucze do wolności leżą w moich rękach – opowiada. – Dostanę koronę i nowe życie. Większość na moim miejscu poszłaby na układ, wiem to. Ale ja nie. Jak wytłumaczyłabym swojemu dziecku, że zostałam konfidentką?

Nowe życie

Uczy się życia na wolności. W Marriotcie, gdzie rozmawiamy przy kawie, rozpoznaje ją kelnerka: – Pani Moniko, nic się pani zmieniła.

Monika cieszy się jak dziecko, kiedy kłania jej się przechodzący przez hotel znany prezenter telewizyjny, a buziaki przesyła aktorka z sąsiedniego stolika. – Dla nich nie jestem szefową mafii i żoną bossa. Jestem Moniką, intrygującą kobietą, która umiała się bawić i czerpać z życia garściami – mówi.

Nie wie, czy gdyby przed laty znała cenę za takie życie, wybrałaby inaczej. Za to dziś już dobrze wie, że za wszystko trzeba płacić rachunki. Właśnie to robi.

Polityka 8.2016 (3047) z dnia 16.02.2016; Społeczeństwo; s. 40
Oryginalny tytuł tekstu: "Monika, żona Słowika"
Reklama

Czytaj także

Kultura

Maj 2020: Pięć najciekawszych książek dla dzieci

Jak co miesiąc proponujemy książki mądre, ciekawe i estetycznie wydane.

Sebastian Frąckiewicz
25.05.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną