Tygodnik Polityka

Co prześnione, co skradzione

Prof. Raciborski o tym, jak się zmieniało polskie społeczeństwo

Prof. Jacek Raciborski Prof. Jacek Raciborski Anna Abako / EAST NEWS
Rozmowa z prof. Jackiem Raciborskim, socjologiem, o polskim społeczeństwie ostatnich 60 lat, rewolucjach i ewolucjach, jakie wspólnie przeszliśmy.
Lech Wałęsa 30 sierpnia 1981 r. przemawia do robotników Stoczni Gdańskiej.Bettmann/Corbis Lech Wałęsa 30 sierpnia 1981 r. przemawia do robotników Stoczni Gdańskiej.

Artykuł w wersji audio

Ewa Wilk: – Historię polityczną naszego kraju zwykło się odmierzać symbolicznymi polskimi miesiącami. Czy w tym samym rytmie zmieniało się społeczeństwo? Czy te 60 lat to było kilka Polsk?
Jacek Raciborski: – Październik 1956 r. to ważna, dobra data w dziejach Polski, rozpoczynająca okres historycznej koniunktury. W planie geopolitycznym zaczęła się ona nawet wcześniej – w 1945 r. Dopiero teraz to wiemy, jesteśmy w stanie docenić, jak wielką wartością dla społeczeństwa jest 70 lat pokoju. Oczywiście po 1945 r. Polacy nie mieli wrażenia, że wyszli z wojny zwycięsko. Zainstalowano im represyjny ustrój, zmieniono granice i przemieszczono ze wschodu na zachód miliony ludzi. Odbywała się rewolucja społeczna, też narzucona, niechciana przez większość, choć jej skutki po latach okażą się nie takie najgorsze, a zmiany terytorialne ewidentnie korzystne.

W październiku 1956 r. załamał się w Polsce stalinizm, totalitarny reżim jeszcze niedokończony, ale z ambicją całościowego urządzenia społeczeństwa i państwa. Totalitaryzm to reżim mobilizacji. Represje dotykały wszystkich, którzy mu się przeciwstawiali, nie tylko zbrojnie. Ale reszty społeczeństwa bynajmniej nie pozostawiono w spokoju. Reżimy totalitarne – inaczej niż autorytaryzmy – nie zadowalają się apatią mas, wymagają uczestnictwa, poparcia. Ten komunistyczny obok projektu radykalnej przebudowy struktury społecznej zupełnie na poważnie zgłosił projekt wychowania nowego człowieka.

Z tej inżynierii chyba nic nie wyszło?
To się okaże dopiero po latach. Ustroje rzadko zmieniają się z dnia na dzień, lepiej mówić w kategoriach procesów. W październiku 1956 r. odwróciły się tendencje. Partia, na czele której staje Władysław Gomułka, odstępuje od masowych represji i powszechnej inwigilacji, zarzuca projekt przymusowej kolektywizacji wsi, w miejsce postulatu budowy komunizmu wraca hasło polskiej drogi do socjalizmu, partia usiłuje pokazać się jako patriotyczna, narodowa siła. Uruchomione procesy fundują w krótkim czasie dość typowy reżim autorytarny, który nadal stara się dokonać głębokiej transformacji społecznej i ekonomicznej, ale już pozwala na istnienie rozległej sfery prywatnej, godzi się z pasywnością całych dużych grup społecznych, godzi się też z ludową religijnością.

I z nastaniem lat 60. reżim proponuje społeczeństwu tzw. małą stabilizację. Niektórzy, odwołując się np. do głośnej niedawno „Prześnionej rewolucji” Andrzeja Ledera, twierdzą, że końcowym efektem najpierw wojny, a potem rewolucji lat 40. i 50. okaże się powstanie polskiej klasy mieszczańskiej – zupełnie nowej, o chłopskim rodowodzie. Ale wtedy i propagandowo, i chyba realnie awansuje klasa robotnicza, czy tak?
W latach 60. ujawniają się już efekty forsownej, odgórnej industrializacji zapoczątkowanej w końcu lat 40. W wymiarze czysto ekonomicznym one były spektakularne – setki fabryk zbudowano od podstaw w kilka lat, niektóre w gołym polu, jak emblematyczna dla tego okresu Nowa Huta. W planie społecznym są to miliony ludzi wyrwanych ze wsi, biednej i przeludnionej, i przeniesionych do miast. Ci, którzy z Kresów trafiają do poniemieckich miast, odnotowują prawdziwy skok cywilizacyjny. Naprawdę w ówczesnej Polsce robotnicy istnieją już w wielkiej liczbie. Wychodzą z baraków, gdzie ich kwaterowano do owych wielkich budów socjalizmu. Wprowadzają się do bloków.

Ta nowa klasa zaczyna też korzystać z bezpłatnej opieki zdrowotnej, dzieci trafiają do żłobków, przedszkoli, szkół, oni sami do wieczorowych zawodówek, techników i liceów. Rewolucja edukacyjna, której pierwszym etapem była likwidacja analfabetyzmu (tuż po wojnie było ok. 20 proc. analfabetów) jest niedocenianym osiągnięciem tego okresu. Jest też już jakieś życie kulturalne.

Czy ta przeprowadzka ze wsi do miast odbiła się w hierarchiach wartości, aspiracjach, postawach? Stereotyp powiada, że chłop przenosił się do bloku z całym dobytkiem – od światopoglądowego czy mentalnego po ten dosłowny – kury instalował na balkonie.
Wartości czy aspiracje to dość skomplikowana sprawa, bo zawsze dominują wartości klas wyższych, elit danego czasu. Nowa władza usiłowała wtedy dowartościować ową klasę o chłopskim rodowodzie, uczynić z niej podmiot. Niezupełnie zgadzam się z Andrzejem Lederem, że to była prześniona, niezauważona rewolucja. Jej podmiot istniał i był jej świadomy. Widać to też w szybko rosnących aspiracjach robotników, w poczuciu godności, znacznie powszechniejszym niż obecnie w środowiskach pracowników fizycznych. Następne konflikty – w 1970, 1976 i przede wszystkim w 1980 r. – były demonstracją indywidualnej i zbiorowej podmiotowości robotników.

To już Edward Gierek, autokrata upozowany na robotniczego patriarchę. Z talonami na małe fiaty i otwarciem na Zachód. Nowa społeczna era?
Lata 60. i 70. uważam za okres dość jednorodny. Wydarzenia grudniowe były, w moim przekonaniu, zaburzeniem systemu, nie zmieniały jego esencji. Gierek wprawdzie wnosi nowy impuls modernizacyjny, przywraca systemowi równowagę, ale podstawowe mechanizmy pozostają takie jak w latach 60. Charakterystyczny dla PRL mechanizm stabilizacji polega na wytworzeniu pewnej namiastki społeczeństwa obywatelskiego. Pracownicy są zorganizowani w związkach zawodowych, literaci, aktorzy, plastycy, architekci mają związki twórcze, młodzież skupiają organizacje młodzieżowe, studenci mają odrębną organizację, rolnicy tworzą kółka rolnicze, a ich żony – koła gospodyń wiejskich. Dziesiątki tysięcy aktywistów i aktywistek działają w Lidze Kobiet Polskich, Lidze Ochrony Przyrody, Lidze Obrony Kraju, PTTK. I jeśli jeszcze uwzględnić ochotnicze straże pożarne itd. – to są prawdziwe masy ludzi aktywnych. Te organizacje realnie działają, zaspokajają ważne potrzeby i wypełniają funkcję obywatelską. To nie była taka lipa.

Tyle że są kontrolowane przez reżim. Czyli lipa.
Jadwiga Staniszkis widziała w tym mechanizm substytucji sił politycznych w okresie PRL. Jakiś sposób podtrzymywania systemu.

Substytut. Czyli iluzja.
Substytutem jest np. kawa Inka – zbożowa. Może to nie kawa, ale wciąż gorący napój. Owszem, reżim kontrolował te organizacje. Jednak – powtórzę – dla milionów ludzi to było miejsce autentycznej aktywności. Ponadto jednym z kryteriów oceny autorytaryzmu jest stopień pluralizmu. Totalitaryzm jest skrajnie monocentryczny. Od 1956 r. w Polsce narasta pluralizacja we wszystkich wymiarach. Istnienie tzw. gatunkowej prasy, jak POLITYKA, też jest tego dowodem. Nawet na poziomie czysto politycznym, cały czas utrzymują się frakcje w PZPR – co jest niezgodne z modelem monopartii, obok istnieją ZSL i SD, działa PAX, w Sejmie jest quasi-opozycyjne koło poselskie Znak. Kościół katolicki – w latach 60. tolerowany – w 70. wręcz rozkwita.

Zaraz, zaraz, pan opisuje nieomal eden społeczny. Nic dziwnego, że część społeczeństwa całkiem otwarcie tęskni za Gierkiem, a PiS próbuje tę epokę wskrzesić; cynicznie lub podświadomie, bo w oficjalnej retoryce nią się brzydzi. Nie było ekonomicznego krachu PRL? Nie był cały ten pluralizm propagandową zasłoną dla faktycznego podziału na uprzywilejowaną nomenklaturę i całą resztę, która musiała w tym systemie się urządzić, jakoś żyć?
Obraz, jaki pani przedstawia, był formułowany dla uzasadnienia radykalnej transformacji po 1989 r. Ja mam nieco inny. Reżim Gierka stanął przed potężnymi wyzwaniami: odnowienia dynamiki gospodarczej, poprawienia wydajności, zapewnienia mieszkań ludziom z roczników 50. Mój rocznik (1955) liczył prawie 800 tys. osób. Władza znalazła się pod potężną presją demograficzną, wzmocnioną charakterem państwa. Bo państwo wzięło na siebie odpowiedzialność za wszystko: że zaspokoi ono potrzeby w dziedzinie edukacji, zdrowia, zapewni mieszkania, wyżywienie. Dla ludzi, którzy wyszli z chat, gdzie mieszkali po pięć osób w izbie, dwuizbowe mieszkania, łazienka i ciepła woda oznaczały skok cywilizacyjny. Ale po pewnym czasie stało się to naturalnym standardem, aspiracje wciąż rosły, a lata 70. bardzo je zdynamizowały. System nie był już w stanie im sprostać. W mentalności Polaków utrwalił się wtedy syndrom bardzo wysokich oczekiwań wobec państwa. Ale też dużej sfery wolności osobistej. To nie jest tak, że socjalizm ukształtował pokornego poddanego, który zniesie wszystko. W 1980 r. ludzie zbuntowali się w masowej skali. Tylko najpierw stłumiono tę rewolucję, a potem ją skradziono.

Kto ukradł? Liberałowie?
Tak.

A może nie było już komu kraść? Może pod koniec lat 80. klasa robotnicza przestawała właśnie istnieć, rozmywała się w pejzażu społecznym?
Społeczeństwo się rozwarstwiało. Powstawała potężna grupa specjalistów, inteligencja – nazwy są tu mniej ważne. Współcześnie klasy kształtują się nie tyle w sferze produkcji, ile w sferze kultury, która formuje style życia. Dochody i władza pewne znaczenie jednak mają. Można więc powiedzieć, że od końca lat 80. następuje rozkład klasy robotniczej, łącznie z jej trzonem, który miał swój etos. Widać też kryzys tradycyjnego chłopstwa – grupa, która żyje wyłącznie z rolnictwa, jest już nieliczna. Teraz, charakteryzując strukturę społeczną, lepiej jest mówić o klasie ludowej, na którą składają się fragmenty starej klasy robotniczej, tradycyjnego chłopstwa, zawody usługowe, pracujący w logistyce, rzemieślnicy, pracownicy biurowi. Równie uzasadnione jest posłużenie się liczbą mnogą: klasy ludowe.

A więc lata 80., o których przywykliśmy myśleć: marazm i bezruch, są okresem poważnej transformacji społecznej?
W latach 1980–81 zmienia się natura systemu – wtedy właśnie upada państwowy socjalizm. Późniejszy reżim militarno-biurokratyczny usiłuje go jeszcze jakoś modernizować, podtrzymać – tak mniej więcej do połowy lat 80. Bez sukcesów. W elicie partyjnej kształtuje się wyraźna frakcja socjaldemokratyczna szukająca jakichś rynkowych mechanizmów przełamania już ewidentnego ekonomicznego kryzysu. Postępuje dezideologizacja partii – idea komunistyczna jest już martwa co najmniej od czasów Gierka, hasła socjalistyczne są jeszcze oficjalnie podtrzymywane, ale powszechne w społeczeństwie staje się deklarowanie braku wiary w socjalizm – na co wskazywały ówczesne badania CBOS i OBOP.

Nic po socjalizmie nie zostało w psychice Polaków? A marzenie, żeby wszyscy mieli dobrze, ale po równo?
Tu ma pani rację. Niektóre idee etatystycznego socjalizmu wręcz umocniły się w latach 70. Po socjalizmie pozostał przede wszystkim wspomniany syndrom wysokich oczekiwań wobec państwa. Od tych oczekiwań próbowały uwolnić się ostatnie elity rządzące PRL. One straciły wiarę w państwo. Przykładem Mieczysław Rakowski, którego rząd uwalnia ceny na produkty żywnościowe.

Wiarę, że są w stanie to społeczeństwo szczęśliwie w życiu urządzić?
Tak, i ta utrata wiary była jednym z głównych powodów wiodących do Okrągłego Stołu. To znów niesłychany fart historyczny. Bo bardzo rzadko zdarza się w dziejach, żeby elity dwóch przeciwstawnych sił politycznych zdołały się porozumieć i przekształcić system pokojowo. Zwykle zmiany ustrojów dokonują się przez krwawe rewolucje. Dziś dominuje zupełnie nietrafna interpretacja porozumienia Okrągłego Stołu.

Jako zmowa elit.
To był proces, a nie zmowa. Porozumienie w imię najlepiej rozumianych narodowych racji.

Nowa elita ma program: rynek plus demokracja, potem dojdzie do tego jeszcze zjednoczona Europa. Społeczeństwo jest na to gotowe?
Ustrojowemu przejściu w 1989 r. nie towarzyszyło wielkie społeczne poruszenie, masowe demonstracje. Frekwencja w wyborach czerwcowych była dość marna jak na wybory przełomu (63 proc.). Ale na początku lat 90. społeczeństwo wydawało się ideologicznie gotowe do transformacji. Było trochę omamione mitem Zachodu, gospodarki rynkowej, demokracja wydawała się ustrojem bez wad. Panowanie symboliczne obozu solidarnościowego – obozu nowej władzy było kompletne. Społeczeństwo wydawało się jednolite i sprawcze: „Obaliliśmy komunizm. Właśnie dokonaliśmy rewolucji i odzyskaliśmy suwerenność”. Taka mistyfikacja była konieczna dla powodzenia nowego projektu. W społeczeństwie, w którym dominowały postawy roszczeniowe i kolektywistyczne, trzeba było obudzić ducha przedsiębiorczości, sprawić, aby ludzie uwierzyli w indywidualny sukces.

Długo wierzyli?
Dość długo. Nawet SLD nie czuł się zobowiązany, by zaproponować jakiś radykalnie inny program niż rynkowej modernizacji w wersji neoliberalnej. Projekt z początku lat 90. jawił się jako bezalternatywny. Najpotężniejszym instrumentem uprawomocnienia wszelkich projektów politycznych jest bezalternatywność. W 1989 r. sytuacja była jeszcze wielką niewiadomą: istniał wciąż ZSRR, w Polsce stacjonowała Armia Czerwona. Polska wówczas wpisała się w tendencje globalne i nawet jakoś je zdynamizowała. Podobnie jest obecnie: u nas dzieje się to, co na świecie, tylko bardziej.

Czy pod wpływem rynkowej rywalizacji nasze społeczeństwo bardzo się zmieniło?
Przede wszystkim zmieniło się państwo: nastąpiła radykalna decentralizacja władzy politycznej. Doprowadziły do tego demokratyzacja, rozwój samorządu terytorialnego, upadek przemysłu państwowego, zmiana charakteru gospodarki. W tym wszystkim duża była rola procesów żywiołowych. Ciekawy jest okres rządów Jerzego Buzka – owe cztery wielkie reformy: ubezpieczeń, administracji i samorządu terytorialnego, zdrowia oraz edukacji. Każda z osobna jakoś sensowna, ale w sumie wywołały chaos. Rząd nie był w stanie ich skoordynować. To była też próba całościowego ułożenia państwa, zmierzająca do pomniejszenia jego zobowiązań.

Teraz mamy ponowną próbę, tyle że idącą w odwrotnym kierunku. Wizja Jarosława Kaczyńskiego to państwo tradycyjne, scentralizowane, ze szczególną rolą aparatów przemocy i biurokracji. Opiera się na przekonaniu, że da się kontrolować główne procesy ekonomiczne i społeczne. To jest anachroniczna wizja państwa.

Ale dla sporej części społeczeństwa, jak widać, ponętna.
PiS godzi się z wysokimi oczekiwaniami wobec państwa. W tym jest element racjonalności. Współczesne państwo może być potężne, ale ta potęga płynie z jego policentryczności i autosterowności poszczególnych podsystemów. Wszystko działa sprawnie, jeśli działa automatycznie. Od wielu lat, nie tylko w Polsce, szuka się sposobu na wzmożenie kontroli państwa nad niektórymi sferami. Chodzi między innymi o zahamowanie narastania nierówności społecznych, jednej z konsekwencji globalizacji. PiS żywi się złudzeniem, że zdoła lokalnie odpowiedzieć na tę presję. Podejmując reformy w tak licznych sferach jednocześnie, zaostrzając je do granic, wywołuje sytuację anarchii, totalne rozwibrowanie. Przy tym idea centralnego ośrodka dyspozycji politycznej może być realizowana tylko przez awangardę. PiS uprawia awangardyzm.

Co to znaczy awangardyzm?
To leninowskie w gruncie rzeczy przekonanie, że kadrowa partia ideowych ludzi jest w stanie najlepiej wyrazić i zrealizować interes ludu pracującego, społeczeństwa, narodu, co kto chce. Że w ogóle taki obiektywny interes istnieje. A wszelki opór musi być zduszony. W wersji PiS awangardyzm to przekonanie, że partia ta rozpoznała dobro wspólne, wyraża je projekt PiS, który musi być szybko wdrożony. Przeciwnicy dobrej zmiany w najlepszym razie są otumanieni przez propagandę opozycji, a w najgorszym mają antynarodowe interesy. Awangarda jest oświecona, wie, nie konsultuje.

PiS wymaga od ludzi radykalnego, bezrefleksyjnego opowiedzenia się za każdym projektem. Wnosi konflikt nawet tam, gdzie jest przestrzeń do kompromisu. Dziwię się temu, bo trafiło na taką koniunkturę, że działając zupełnie spokojnie, miałby i tak długą perspektywę rządzenia. Powszechną odpowiedzią na globalizację, na kryzys ekonomiczny 2008 r. jest ożywienie idei narodu i wzmacnianie państwa narodowego. Państwo krzepnie, takie są tendencje światowe. Lud chce tego bardzo silnego państwa.

Polacy chcą więcej państwa, ale mu skrajnie nie ufają. Aspirują wysoko, widzą swoje dzieci w elitach, a potem w tych elitach wietrzą kliki i zmowy. Kochają wolność, ale po cichu chcą, żeby ktoś „to wszystko wziął za twarz”. Jak rozumieć te sprzeczności?
Niestety, po okresie lat 90. kanały awansu społecznego w Polsce się zablokowały. Więc coraz trudniej dostać się do elity. Elity polityczne również są zaskorupiałe. Bardzo wielu Polaków ma poczucie zablokowanych szans. Istnieje bieda, nierówności. Ale to nie jest tak, by ten nawrót do surowego, autorytatywnego i zarazem opiekuńczego państwa był wyczekiwany przez ogromną większość obywateli. Nie ulegajmy nadmiernie oglądowi, który wynika z faktu koncentracji władzy w ręku jednej siły politycznej. Na poziomie postaw i preferencji reguły ładu demokratycznego i osobistej wolności są całkiem nieźle zakorzenione. Skala protestów przeciw PiS okazała się duża, poparcie sondażowe dla dominującej partii nie jest szczególnie wysokie. Potencjał protestu narasta.

Dziś się ubolewa, że Polacy się podzielili, brakuje wspólnych wartości, kłócą się w rodzinach. To prawda, że się kłócą jak nigdy dotychczas. I z tego powodu pojawia się lęk, że to wszystko może doprowadzić wręcz do wojny domowej. Konflikty są jednak czymś naturalnym. Ważne, aby były instytucjonalizowane. Najlepiej konflikty instytucjonalizują wybory. Po nich powinno następować pewne wyciszenie. Ale obecna władza jest awangardą, a więc prowadzi politykę konfliktu. Rozumiem spór o Trybunał Konstytucyjny, o edukację, o samorząd terytorialny, ale o Misiewicza albo o kontrolę nad stadninami koni.

Nasze społeczeństwo to lubi?
No właśnie nie. Większość jest jeszcze pasywna, ale społeczeństwo polityczne – w przewadze jest antypisowskie.

Jak ktoś chce utopię na siłę wprowadzać, to masy w końcu mówią: dość?
Słynna teza próżni socjologicznej Stefana Nowaka sformułowana tuż przed Sierpniem ’80 mówiła, że polskie społeczeństwo jest dotknięte chorobą: silne więzi na poziomie familijnym współwystępują z silną identyfikacją z narodem, natomiast bardzo słabe są więzi na poziomie pośrednim: zawodowe, w społecznościach lokalnych i ogólnie stowarzyszeniowe. W praktyce oznacza to bardzo słabe społeczeństwo obywatelskie. Mobilizacja zwykle okazuje się fragmentaryczna i krótkotrwała, a potem wszystko wraca do stanu wyjściowego. Moim zdaniem coś się zmienia. Społeczeństwo obywatelskie krzepnie i jego zdolności mobilizacji rosną.

Ta władza, jak mi się wydaje, usiłuje też masowo zoperować nasze społeczeństwo w sensie psychologicznym. Wyprzeć ze świadomości wszystko to, czego ludzie dokonali i czego się dorobili i w komunie, i w III RP. Wręcz zawstydzić własnymi życiorysami.
To się nie uda. Bardzo trudno jest wytworzyć i narzucić administracyjnie sens zbiorowy. Weźmy stosunek do powstania warszawskiego czy stanu wojennego – przez 25 lat pompowano jednolite wizje tych wydarzeń, a Polacy dalej są w ich ocenie podzieleni nieomal pół na pół. Wszystkie podręczniki historii z ostatnich 25 lat dają jednorodną ocenę PRL: był to okres zbrodni władzy i jednolitego społeczeństwa, trwającego w oporze przeciwko komunie. Tych milionów zaangażowanych w aparat władzy, milionów członków PZPR – jakby nie było. Elity bywały zdystansowane, ale architekci odbudowywali miasta, naukowcy tworzyli uniwersytety, filmowcy kręcili filmy, a pisarze pisali książki.

W opowieści tej władzy – kolaborowali z komuną.
To płytkie. Ten zarzut kolaboracji jest rytualny i nie trafia do większości. Przecież nie wstydzimy się ani swoich rodziców, ani własnych karier, nasze dzieci też nas się nie wstydzą. Ale w sferze narodowej symboliki dominowała do niedawna koalicja PO-PiS. Kult żołnierzy wyklętych to pomysł Bronisława Komorowskiego. Chciał go pogodzić z wizją sukcesu ostatnich 25 lat. Sukces Polski i Polaków jest większy. Trwa 70 lat. Niemodnie jest tak mówić, ale ja tak mówię i gotów jestem tego bronić.

Czy pan lubi polskie społeczeństwo? Sami sobie lubimy przypisywać przywary – zawiść, skłonność do anarchii, mądrość po szkodzie, czyli po prostu głupotę.
Ono jest lepsze, niż mogłoby być, zważywszy wielowiekową historię, kolejne wojny, przesunięcia granic, opóźnienia cywilizacyjne. Bardzo późno doświadczyło modernizacji. Gdy w XIX w. przez Europę przetaczały się rewolucje narodowe i przemysłowe, gdy formowały się państwa narodowe i zakorzeniały się w społeczeństwach standardy państwa prawa, to na większości ziem polskich dominowały stosunki folwarczne. Dziś jest ono podzielone, ale w sposób dość typowy i idzie ku lepszemu. To nie oznacza, że na tej drodze nie będzie załamań, zwrotów. Sytuację ostatnich dwóch lat postrzegam jako bardzo niebezpieczną. Sądziłem, że 500+ uwiarygodni PiS i pozwoli mu prowadzić realistyczną politykę w innych dziedzinach. I ziści się złota mądrość badaczy polityki, iż programy partyjne są po to, by wygrywać wybory, a nie je realizować. Weźmy Trumpa – wygląda na to, że nie tylko w Polsce programy są teraz realizowane.

Jednakże przekonanie, że życiem społecznym można precyzyjnie i długofalowo sterować, jest złudne – wielką rolę mają tu żywiołowe procesy. Historia pokazuje, że każda taka próba nieuchronnie się załamuje. A skoro upadł projekt tak kompletny i ambitny, tak bezwzględnie realizowany jak komunizm, któremu na dodatek sprzyjała cała globalna sytuacja po drugiej wojnie światowej, to bądźmy dobrej myśli.

rozmawiała Ewa Wilk

***

Prof. dr hab. Jacek Raciborski, socjolog, zajmuje się socjologią wyborczą i teorią demokracji. Bada polskie elity rządowe. Kierownik Zakładu Socjologii Polityki w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Autor m.in.: „Elity rządowe III RP. Portret socjologiczny”s.

Polityka 8.2017 (3099) z dnia 21.02.2017; 60 lat POLITYKI; s. 58
Oryginalny tytuł tekstu: "Co prześnione, co skradzione"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Homofobusy jeżdżą po polskich miastach. Szokują i wykluczają

Homofobusy rozpowszechniają nieprawdziwe informacje na temat osób LGBT. To akcja Fundacji Pro-Prawo do Życia, która wbrew nazwie odmawia osobom nieheteroseksualnym prawa do wolnego od dyskryminacji życia w Polsce.

Agata Szczerbiak
17.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną