Przymusowi świadkowie zbrodni katyńskiej

Przymusowi świadkowie
Cztery dni po nagłośnieniu sowieckiej zbrodni przez berlińskie radio (13 kwietnia 1943 r.) groby w Katyniu miała zobaczyć także grupa polskich oficerów będących w niemieckiej niewoli.
Groby polskich oficerów odkryte przez Niemców w Katyniu, kwiecień 1943 r.
ULLSTEIN/BEW

Groby polskich oficerów odkryte przez Niemców w Katyniu, kwiecień 1943 r.

Rzeczy osobiste oficerów zamordowanych w Katyniu.
Henryk Rosiak/Forum

Rzeczy osobiste oficerów zamordowanych w Katyniu.

Polscy jeńcy wzięci do niewoli przez Armię Czerwoną, 1939 r.
Wikipedia

Polscy jeńcy wzięci do niewoli przez Armię Czerwoną, 1939 r.

Niemiecka propaganda starała się nadać sprawie jak największy rozgłos. Do Katynia Niemcy przywozili kolejne delegacje – ekspertów sądowych, dziennikarzy, artystów, przedstawicieli Polskiego Czerwonego Krzyża oraz jeńców wojennych. Zdecydowali się wysłać do lasku katyńskiego także oficerów z oflagów znajdujących się na terenie Okręgu Wojskowego w Szczecinie. Wydaje się, że dobór personalny Polaków nie był przypadkowy. W delegacji znalazły się osoby mające pewną pozycję w oflagach, prawnicy czy też publicyści obozowej prasy, tak aby po powrocie mogli nagłośnić wśród innych jeńców sprawę sowieckiego mordu.

15 kwietnia 1943 r. Polacy zostali przewiezieni koleją pod strażą do Szczecina, a potem do Berlina. Tutaj spotkali się z gen. Janem Chmurowiczem, najstarszym oficerem oflagu II C Woldenberg, późniejszym jego konspiracyjnym komendantem, który miał stanąć na czele wysłanej przez Niemców grupy. Generał odmówił uczestniczenia w dalszej podróży, wymówił się złym stanem zdrowia. W dalszą drogę ruszyła grupa, w której najstarszy stopniem był ppłk Stefan Mossor z oflagu II E Neubrandenburg. Jeszcze w Berlinie jeńcy próbowali się przeciwstawić niemieckim zamiarom. W końcu zgodzili się, ale podpułkownik złożył oświadczenie, w którym zaznaczał, że nie są oni oficjalną delegacją polskich jeńców wojennych i nie będą udzielać żadnych wywiadów prasowych i radiowych.

Następnego dnia pod wieczór transportowym Junkersem (Ju 52), z międzylądowaniem w Warszawie, gdzie uzupełniono paliwo, oficerowie dotarli do Smoleńska. Jeden z członków delegacji – kpt. Stanisław Cylkowski – pisał kilka dni po podróży do rodziny: „Berlin – to miasto światła i neonów, dziś ciemne, wszędzie Verdunkelung, wojna! (…) Przelatywaliśmy nad okolicami Włocławka, Sochaczewa. Mój Boże, jak mnie coś za gardło dusiło, tak blisko Was! O jedenastej przystanek w Warszawie na lotnisku Okęcie. (…) Smoleńsk, typowe miasto frontu – zniszczone prawie zupełnie!”.

Po przybyciu na kwaterę znajdującą się w centrum miasta komendant niemieckiej policji posiłkowej por. Gregor Slowenczyk, oficer rezerwy z Wiednia, przed wojną dziennikarz, przedstawił Polakom protokoły oględzin zwłok i przesłuchań świadków. Następnego dnia rano, 17 kwietnia, polska delegacja dotarła na teren grobów. Tutaj sześciu oficerów, wraz z członkami PCK przywiezionymi do Katynia dzień wcześniej, zapoznało się z pracami ekshumacyjnymi prowadzonymi przez szefa Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu w Breslau prof. Gerharda Buhtza.

Otwarte groby

Widok był wstrząsający, Cylkowski wspominał: „Przed nami lasek – marny, piaszczysty! (…) Co za okropny, mdły zaduch – toć to zaduch rozkładających się zwłok. Nie do wytrzymania! Parę kroków na prawo – Rany Boskie (…): pełno zwłok, tysiące zwłok, zwłoki naszych drogich kolegów, kochanych braci. Porzuceni w głębokich dołach jeden na drugim i obok drugiego, ręce i pięści ściśnięte w przedśmiertnej walce, dłonie związane sznurami, straszliwie próżne oczodoły, zęby-szczęki obnażone jakoby w krzyku śmiertelnym. Boże, Boże, co ci ludzi przecierpieć musieli, biedacy, biedacy, i za co? Chodzę wśród tych drogich sercu zwłok. Palę nerwowo jeden papieros po drugim. (…) Zdejmuję czapkę, wzrok podnosi się do Boga. Cicha modlitwa dla tych nieszczęśliwych i gorące modły dziękczynne, że mnie Bóg (…) zachował”.

Jeńcom pokazano ok. 350 zwłok oficerów, znajdujących się w stanie całkowitego rozkładu. Dwa lub trzy groby były otwarte, rowy wykopane wzdłuż krawędzi pozwalały stwierdzić, że zwłoki leżały w kilkunastu warstwach. Umundurowanie, guziki, pieniądze i korespondencje znajdujące się przy ciałach, według późniejszych słów Mossora, świadczyły, że byli to oficerowie polscy. Jeńcy widzieli między innymi zidentyfikowane zwłoki gen. Mieczysława Smorawińskiego. Mossor poprosił, by mógł obejrzeć dokumenty, które przy nim znaleziono. „Zastałem tam (obok książeczki PKO Lublin i innych dokumentów) nie wymienioną w spisie, bardzo dobrze zachowaną legitymację wojskową gen. Smorawińskiego. Brak w niej fotografii (odklejona i zagubiona), natomiast zupełnie wyraźne są: podpis, imię i nazwisko, odznaczenia, dwa ostatnie przydziały (Dywizja i DOK Lublin). Poza tym srebrna papierośnica ze złotymi napisami. Na spodniach gen. Smorawińskiego lampasy wyraźnie niebieskie, dystynkcje gen. bryg. Doskonale zachowane. (…) Oglądałem papierośnicę płk. Żelisławskiego Kazimierza z dedykacją 3-ch d-ców pułków i d-cy DAC Brygady Krakowskiej. (…) Zwłok nie widziałem, płk Żelisławski leżał gdzieś pośrodku polanki; z powodu zaduchu nie zdecydowałem się na poszukiwania”.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną