Historia

Terror piersi

Mamy i mamki

Fragment obrazu „Narodziny św. Jana”, XV w., malował Domenico Ghirlandaio. Fragment obrazu „Narodziny św. Jana”, XV w., malował Domenico Ghirlandaio. Sandro Vannini / Corbis
Od średniowiecza, przez kilka stuleci, karmiąca matka była ikoną. Do karmienia własną piersią zachęcali kaznodzieje, filozofowie i poeci, ale na porządku dziennym było wynajmowanie mamek.
„Portret Pani w kąpieli”, Francois Clouet, 1571 r.Corbis „Portret Pani w kąpieli”, Francois Clouet, 1571 r.
„Madonna z Dzieciątkiem” - obraz z pracowni Rogiera van der Weydena, ok. 1460 r.Francis G. Mayer/Corbis „Madonna z Dzieciątkiem” - obraz z pracowni Rogiera van der Weydena, ok. 1460 r.

Jedną z najpopularniejszych postaci średniowiecza jest Matka karmiąca Dziecię. Madonny w rozkwicie młodości i macierzyńskiego szczęścia uśmiechają się do nas poprzez wieki z płócien niezliczonych mistrzów, jednak żony właścicieli obrazów – zasobnego mieszczaństwa, szlachty czy arystokracji – zwykle doświadczały macierzyństwa zupełnie inaczej niż Maryja, rodząca w ubóstwie betlejemskiej groty. Często zaraz po urodzeniu oddawały dzieci pod opiekę mamek, czyli kobiet, które w zastępstwie matek karmiły je własną piersią. Najsłynniejszą z nich jest bez wątpienia piastunka szekspirowskiej Julii, która wspomina, jak odstawiała od piersi trzyletnią już podopieczną:

„Piołunem sobie wtedy pierś potarłam
Siedząc na słońcu tuż pod gołębnikiem.
Państwo byliście tego dnia w Mantui”.

Zaraz potem, co również jest znaczące, opowiada pozornie błahą i frywolną anegdotę, jak to mała Julcia przewróciła się i rozbiła sobie czoło, w istocie przepowiadając jej przyszłość i sceniczną intrygę:

„Mąż, świeć Panie jego duszy! podniósł
Z ziemi niebogę; był to wielki figlarz.
»Plackiem – rzekł – padasz teraz, a jak przyjdzie
Większy rozumek, to na wznak upadniesz,
Nieprawdaż, Julciu?« A ten mały łotrzyk
Jak mi Bóg miły! przestał zaraz krzyczeć
I odpowiedział: »tak«. Chociażbym żyła
Tysiąc lat, nigdy tego nie zapomnę.
»Nieprawdaż, Julciu – rzekł – że padniesz wznak?«
A mały urwis odpowiedział: »tak«”.

Ze wspomnień przebija rodzicielska wręcz bliskość, łącząca rodzinę mamki z Julią. Jednak karmicielka, która zawiodła ją jako oseska, smarując pierś piołunem, później również nie zdołała jej ocalić. Na nic się zdadzą butne zapewnienia, że Julia wyssała mądrość z jej mlekiem. Wręcz przeciwnie. Czyniąc z karmicielki wspólniczkę występnej, zakazanej miłości, Szekspir sugeruje, że wyssała coś zupełnie innego, na pewno komentując niepokoje swoich mieszczańskich widzów.

W teatrze elżbietańskim i jakobińskim akuszerki i mamki pojawiają się w rolach dwuznacznych, często właśnie jako promotorki występku i cudzołóstwa. Bez piastunki Julii kochankowie nie zdołaliby równie łatwo nawiązać miłosnej przygody. Pomoc mamki była niezwykle skuteczna, ponieważ pochodziła ona z plebsu i nie obejmowały jej ograniczenia szlachetnego stanu. Mogła się swobodnie poruszać po mieście, spotykać z mężczyznami, przenosić wiadomości, a jednocześnie bardzo dużo, może więcej niż rodzona matka, wiedziała o dzieciństwie Julii, a także jej obecnym usposobieniu i marzeniach. I chociaż Julia osiągnęła już zawrotny wiek lat 14, nadal sypiała w jej pokoju. Wspólna przeszłość i współczesna tajemnica połączyły je niezwykle silnym węzłem i powiodły ku tragedii.

Ówcześni widzowie rozpoznawali w słowach i gestach szekspirowskiej niani sytuacje i zagrożenia doskonale im znane. Matki z wyższych sfer karmiły bowiem w ówczesnej Anglii tak rzadko, że poczytywano im to za szczególną zasługę i na nagrobkach zapisywano, że „nie karmiły pożyczonym mlekiem”. Zastępowały je kobiety z gminu, często ubogie wieśniaczki. Pewien naukowiec nie bez zgryźliwości skomentował, że ideały kolejnych pokoleń angielskiej arystokracji były sowicie podlewane mlekiem plebejuszek. Wpisywał się w tym zręcznie w tradycję średniowiecznych kaznodziejów, którzy grzmieli, że niewiasty dostojnego rodu zaniedbują przyrodzone obowiązki swojej płci, przez co szlachetnie urodzony osesek wyradza się paskudnie, wraz z mlekiem wieśniaczki przyswajając sobie przywary gminu.

Pod pewnymi względami sytuacja Julii była jednak szczególna, bo jej karmicielka po odstawieniu dziecka od piersi zamieszkała z rodziną podopiecznej. Zwykle działo się inaczej. Jedynie najbogatsi mogli sobie pozwolić na sprowadzenie i zakwaterowanie u siebie mamki oraz jej rodziny. Mieszczanie, gnieżdżący się w ciasnych, zatłoczonych domostwach, odsyłali malutkie dzieci na wieś, licząc, że z dala od hałaśliwego, pełnego chorób i podatnego na pożary miasta maleństwa mają większą szansę na przeżycie.

Pod Londynem istniały całe okolice, gdzie wieśniaczki na wpół zawodowo zajmowały się wielkomiejskimi oseskami. Szekspirowska Julia miała ogromnie dużo szczęścia, ponieważ trafiła do mamki, która pokochała ją serdecznie i dbała o nią jak o własną córkę. Jednak wiele maluchów padało jak muchy, czy to z powodu zaniedbań karmicielek, czy niedostatku pokarmu (ubogie kobiety tamtych czasów często bywały niedożywione), czy nieszczęśliwych wypadków lub chorób.

Tradycję oddawania dzieci do wykarmienia mamkom elity średniowiecza i renesansu odziedziczyły z antyku, podobnie zresztą jak przeświadczenie, że wybór odpowiedniej mamki jest jednym z podstawowych obowiązków szczęśliwego tatusia. W sprawie przymiotów dobrej mamki również panowała powszechna zgoda. Począwszy od antycznego mistrza Sorenusa, kolejni mistrzowie medycyny i spadkobiercy rozmaitych tradycji medycznych – hipokratejskiej, galeńskiej czy arystotelesowskiej – zgadzali się, że dobra karmicielka powinna sama być matką, niezbyt młodą, ale i nie starą, wolną, zdrową, silną, cnotliwą i wolną od innych grzechów, a przy tym dobrego charakteru, spokojną, troskliwą i serdeczną. Zdarzały się również takie przytomne, życiowe rady, żeby rodzice sprawdzili, jak umarło poprzednie dziecko karmicielki i czy przypadkiem nie z powodu bicia.

Z jeszcze większą starannością wybierano mamki dzieci królewskich, chociaż i tu bywało rozmaicie. Na średniowiecznym dworze angielskim małych królewiczów karmiły i żona żeglarza, i żona golibrody, tymczasem powstały w początkach XVI w. przy polskim dworze jagiellońskim traktat „O wychowaniu królewicza” postulował, żeby mamka była szlachcianką i to pięknej wymowy, wszak dziecko będzie się od niej uczyło mówić. A czasami królewskie dziecko okazywało się wyjątkowo wybredne. Na przykład syn angielskiego króla Edwarda I ze wstrętem odmówił ssania francuskiej mamki, darł się i wymiotował mlekiem tak długo, aż zdesperowana rodzina uległa i sprowadziła mamkę Angielkę. Dopiero wówczas mały nacjonalista zaczął przybierać na wadze.

Najwybitniejsi kaznodzieje średniowiecza domagali się, żeby matka poświęciła własną wygodę i sama karmiła dziecko, bo tylko w ten sposób maluch przejmie jej piękne obyczaje, bojaźń bożą i szlachetność ducha. Na zachętę przywoływano przykłady świętych niewiast z przeszłości, które właśnie w ten sposób swoje macierzyństwo celebrowały. Wszak Maryja karmiła Dziecię piersią, grzmiał – w chórze wielu innych – Jan Gerson, wybitny teolog i kanclerz uniwersytetu paryskiego, jest to zatem najodpowiedniejszy sposób dla wszystkich śmiertelniczek.

Idealną matką była również Monika, matka św. Augustyna – i nie wynajęła ona mamki. Nie uczyniła tego również matka św. Bernarda z Clairvaux, o której Jakub de Voragine pisał w niebywale popularnej „Złotej legendzie”: „Bezpośrednio potem, jak urodziła dziecko, własnoręcznie ofiarowywała je Bogu, unikała dawania ich na wykarmienie mamkom, jak gdyby z mlekiem matczynym pragnąc im wpoić szlachetną swą naturę”. Nic więc dziwnego, że sześciu jej synów, co do jednego, zostało mnichami, a jedyna córka również wstąpiła do zakonu – zaprawdę przyszłość, o jakiej każda porządna matka średniowiecza powinna marzyć dla swojego dziecięcia.

Wprawdzie wraz z nastaniem ery nowożytnej wizerunki karmiącej Madonny traciły stopniowo na popularności, a kobiece piersi postrzegano coraz mocniej jako obiekty erotyczne, jednak humanizm i protestantyzm wciąż opowiadał się przeciw mamkom.

Erazm z Rotterdamu matkę, która sama nie karmi swojego dziecka, nazywał półmatką, bo przecież właściwości mleka zmieniają dziecko tak samo jak soki ziemi zmieniają smak owoców czy roślin, które wszak różnią się w zależności od tego, gdzie rosną, mimo że pochodzą z tych samych nasion. Wtórował mu Tomasz Morus, w którego idealnej „Utopii” każda matka powinna sama karmić swoje dziecko, chyba że przeszkodzi jej ciężka choroba lub śmierć.

Opieka mamki, dodawał trzeźwo Erazm, rodzi jeszcze inne niebezpieczeństwa. Dziecko wychowywane przez mamkę przywiąże się do niej i jego uczucia zostaną niebezpiecznie podzielone, mniej będzie słuchało matki, a w jego zachowaniu pozostaną ślady zachowania mamki. Losy szekspirowskiej Julii są niewątpliwie dowodem, że te obawy nie były całkowicie bezpodstawne.

Ojcowie reformacji również nie omieszkali wypowiedzieć się w kwestii opieki nad noworodkami. Marcin Luter, także baczny obserwator, zapisał skrupulatnie, że skoro kobiety w przeciwieństwie do mężczyzn mają wąskie ramiona, a szerokie biodra, to znak niechybny, że powinny trzymać się domu. Po zrzuceniu mnisiej sukienki doczekał się pokaźnej gromadki dzieci, miał więc w sprawach rodzicielstwa pewne osobiste doświadczenie, którego brakowało wielu jego poprzednikom. Dla Lutra kobieta karmiąca piersią swoje dziecko stanowiła część naturalnego, codziennego doświadczenia: takie było zwykłe zadanie kobiety. Dobra małżonka powinna słuchać Boga i męża – ich wola bywała często skwapliwie utożsamiana – i cnotliwie wychowywać dzieci.

Piersią karmiono długo – w zależności od miejsca, czasu i pozycji oseska od roku do trzech lat. Jak w początkach XVI w. zapisał w swoim zielniku Stefan Falimirz, w Polsce karmiono około roku i trzeba lojalnie wspomnieć, że o ile nam wiadomo, oddawanie dzieci mamkom nie było w Polsce równie popularne jak na Zachodzie. Wiemy jednak, że mamka Zygmunta Augusta, szlachcianka Ewa Łasińska, karmiła królewicza aż trzy lata i w maju 1523 r. otrzymała za swą służbę 240 zł wynagrodzenia oraz 16 łokci czarnego aksamitu. Tyle samo przy piersi zostawała szekspirowska Julia.

Od czasów Arystotelesa w nauce średniowiecznej panowało przekonanie, że matczyne mleko to nic innego, tylko krew menstruacyjna, która w piersi jest niejako gotowana i przetwarzana, żeby stała się biała i słodka. Wierzono, że pijąc mleko, dziecko wprost, poprzez pokarm, przejmuje cechy karmicielki. Pokarm mogła zatem zepsuć nie tylko choroba mamki czy jej nawyki żywieniowe, na przykład picie wina – bo nasi czcigodni antenaci zauważyli, że nie ma większego znaczenia, czy pije mamka, czy dziecko, skutek jest równie opłakany – ale jej mankamenty moralne.

Przede wszystkim mamka powinna być cnotliwa i nie chodzi tutaj o powstrzymanie pana domu przed niegodnymi pokusami, choć i te niewątpliwie się zdarzały, bo choćby w naszej poczciwej Sarmacji poeta sowizdrzalski Maurycjusz Trztyprztycki w swoim kalendarzu zapisał ironicznie, że luty nie jest dobrym momentem, żeby się przemykać do mamki (ani chybi należało to czynić w pozostałe 11 miesięcy). Karmiąca kobieta z troski o dziecko powinna trzymać się z daleka od mężczyzn, bo jej lubieżność natychmiast dawała się wyczuć w pokarmie.

Średniowiecze pozostawiło sporo uroczych legend o świątobliwych niemowlakach, które wyczuwszy w mleku mamki grzech, natychmiast odmówiły konsumpcji. Tak uczyniła np. córka św. Brygidy Szwedzkiej, wychwalana z tego powodu przez samego papieża. Jednakże te mniej nabożne dzieci były w niebezpieczeństwie jeszcze większym, ponieważ picie skażonego lubieżnością i grzechem mleka mogło je przyprawić o chorobę lub wręcz śmierć. Zresztą ogromną część średniowiecznych i wczesnonowożytnych chorób dziecięcych uważano za pochodną czynów kobiet, które się dziećmi opiekowały – czy to ich zaniedbań pielęgnacyjnych, czy ich grzechów, czy wręcz zaburzeń w funkcjonowaniu ich ciała, w tym złej jakości mleka.

Dlaczego zatem mimo tych wszystkich napomnień, rad i niebezpieczeństw arystokratyczne matki oddawały dzieci mamkom?

Nasi przodkowie byli przekonani, że karmienie piersią ogranicza płodność, ten wychwalany przez poetów i pisarzy atrybut szlachetnie urodzonej damy. Śmiertelność wśród najmłodszych była ogromna, więc kobiety oddawały maluchy mamkom, żeby móc szybko urodzić kolejne dzieci i zabezpieczyć ciągłość rodu. Z pewnością dla arystokracji czy aspirującego zasobnego mieszczaństwa mamka stanowiła jeden z wyróżników statusu. Poza tym w średniowieczu i czasach wczesnonowożytnych nie oczekiwano od szlachetnie urodzonej kobiety, że bez reszty odda się dziecku i przesiedzi kilka lat w dziecinnym pokoiku. Miała wiele innych obowiązków, a wśród nich zobowiązania wobec męża miały pierwszeństwo przed wszystkimi innymi. Wychowywanie maleńkich dzieci bywało więc wśród elit miecza i pieniądza czynnością znacznie bardziej kolektywną, niż zdarza się to współczesnym matkom, dzieloną z innymi, spokrewnionymi i nie, kobietami. Nie znaczy to jednak, że kobiety kiedyś nie kochały swoich dzieci. Pytania o zdrowie i samopoczucie dzieci oraz rady wychowawcze były bardzo częstym motywem kobiecej korespondencji w XVI i XVII w.

Cóż, nie ma sensu myśleć o macierzyństwie wyłącznie jako o fakcie biologicznym, jest również konstrukcją społeczną i zmienia się z biegiem czasu.

Fragment „Romea i Julii” w przekładzie J. Paszkowskiego.

Polityka 17-18.2013 (2905) z dnia 23.04.2013; Historia; s. 84
Oryginalny tytuł tekstu: "Terror piersi"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Homofobusy jeżdżą po polskich miastach. Szokują i wykluczają

Homofobusy rozpowszechniają nieprawdziwe informacje na temat osób LGBT. To akcja Fundacji Pro-Prawo do Życia, która wbrew nazwie odmawia osobom nieheteroseksualnym prawa do wolnego od dyskryminacji życia w Polsce.

Agata Szczerbiak
17.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną