Historia

Wasi ojcowie. Nasi ojcowie

Von Moltke i Pilecki: życiorysy równoległe

Rotmistrz Witold Pilecki przed sądem w Warszawie, marzec 1948 r. Rotmistrz Witold Pilecki przed sądem w Warszawie, marzec 1948 r. Laski Diffusion / EAST NEWS
Spotkanie tych dwóch starszych panów na Uniwersytecie Warszawskim było wydarzeniem niezwykłym: Helmuth Caspar von Moltke i Andrzej Pilecki opowiadali o swych ojcach straconych „za zdradę”, o bolesnej historii swoich rodzin i polsko-niemieckim niezrozumieniu.
Helmuth von Moltke przed Najwyższym Trybunałem III Rzeszy, styczeń 1945 r.AKG Images/EAST NEWS Helmuth von Moltke przed Najwyższym Trybunałem III Rzeszy, styczeń 1945 r.
Od lewej: Andrzej Pilecki i Helmuth Caspar von Moltke na spotkaniu w Warszawie, kwiecień 2013 r.Weronika Pawłowska Od lewej: Andrzej Pilecki i Helmuth Caspar von Moltke na spotkaniu w Warszawie, kwiecień 2013 r.

Ich konstelacje rodzinne przypominają lustrzane odbicie: Caspar, hrabia von Moltke, szczęśliwe dzieciństwo spędził w ziemiańskim pałacu w polskiej dziś Krzyżowej na Dolnym Śląsku, gdzie teraz jest europejskie miejsce spotkań młodzieży. A Andrzej – w czterystuletnim dworku niedaleko Lidy. Dzisiaj Białoruś. Z jego domu rodzinnego nie zostało nic. W czasach radzieckich nawet głazy z podmurówki zostały pokruszone i zatopione w stawie.

Caspar miał siedem lat, gdy jego ojciec Helmut James von Moltke w ostatnich miesiącach wojny został przez hitlerowców powieszony za „zdradę” – którą było przygotowywanie w ramach konspiracyjnego Kręgu z Krzyżowej koncepcji dla demokratycznych Niemiec w zjednoczonej Europie. Natomiast Andrzej miał 15 lat, gdy jego ojciec, rotmistrz Witold Pilecki, w 1948 r. został zabity strzałem w tył głowy przez nowych władców Polski. W 1939 r. po klęsce wrześniowej współtworzył podziemne struktury. W 1940 r. dał się aresztować i zesłać do Oświęcimia, by zbudować tam siatkę ruchu oporu. W 1943 r. uciekł z Auschwitz. W 1944 r. walczył w Powstaniu Warszawskim. W 1945 r. zgłosił się do armii Andersa. W 1946 r. potajemnie wrócił do Polski, by tworzyć ruch oporu przeciwko sowietyzacji kraju.

Zarówno Caspara, jak i Andrzeja ukształtowała pamięć o ojcu starannie podtrzymywana przez matki. W obu tych rodzinach nie było tego ołowianego milczenia, które po wojnie ciążyło na większości niemieckich rodzin, w których rodzice skrywali własną przeszłość. Ale znane było także niejednej polskiej rodzinie, gdzie wobec dzieci nie zagłębiano się w dwuznaczne szczegóły życia pod okupacją.

Dwie pamięci

Dorastali jednak w zupełnie innych światach. Caspar w Afryce Południowej i USA – dokąd po wysiedleniu z Krzyżowej wyjechała wdowa po Helmucie Jamesie, hrabina Freya von Moltke – spotykał się z uznaniem Anglosasów dla ojca, jako członka niemieckiego ruchu oporu. Przyznaje jednak, że w powojennych Niemczech bardzo długo traktowano członków ruchu oporu i ich rodziny selektywnie.

W NRD za bohaterów uważano jedynie komunistów i współpracowników tzw. Czerwonej Orkiestry współpracującej z wywiadem radzieckim. W RFN oficjalnie honorowano więźniów obozów koncentracyjnych, soc­jaldemokratów czy chadeków, ale emigrant Willy Brandt był otwarcie atakowany za to, że do Niemiec wrócił w norweskim mundurze, a rodziny powieszonych spiskowców przygotowujących zamach na Hitlera wcale nie cieszyły się uznaniem. Clausa von Stauffenberga wielu nadal uważało za zdrajcę. Dopiero teraz – mówił warszawskim studentom Caspar von Moltke – wszystkie formy oporu, od konserwatywnego po komunistyczny są oficjalnie uznane i respektowane.

Również w powojennej Polsce oficjalna pamięć o ruchu oporu była bardzo selektywna. Andrzej Pilecki z powodu ojca był w PRL w latach 50. szykanowany. Mimo doskonałych wyników egzaminów nie został przyjęty na kurs szybowcowy; maturę zrobił z opóźnieniem i na prowincji. Również w pracy – jako matematyk – nie mógł zajmować kierowniczego stanowiska. Do października 1956 r. PRL pielęgnowała pamięć wyłącznie o wyolbrzymionym komunistycznym ruchu oporu, AK nazwano zaplutym karłem reakcji i utożsamiano z leśnymi bandami. W latach 60. doceniano już bohaterstwo żołnierzy AK – sztucznie przerzucając pomost między Londynem i Lublinem – ale przemilczano akowskie ofiary stalinowskiego terroru. A dziś wahadło wychyliło się w drugą stronę, daleko na prawo. Dla narodowych konserwatystów już nawet nie AK, lecz antysemickie NSZ są kwintesencją polskiego oporu, podczas gdy AL to coś w rodzaju zaplutego karła Sowietów.

Ani Caspar von Moltke, ani Andrzej Pilecki w takiej wojnie pamięci udziału nie biorą. Obaj są świadkami historii starającymi się przekazać przesłanie swych rodziców następnym pokoleniom. Caspar, po śmierci matki, opiekuje się berlińską Fundacją im. Freyi von Moltke zbierającą pieniądze na działalność Krzyżowej. Andrzej jest chętnie zapraszany przez szkoły jako pośredni świadek polskiego oporu wobec obu dyktatur. Drogę życiową jego ojca dokumentowała wystawa w Krzyżowej.

Syndrom Hansa Klossa

Na pytanie, jakie przesłanie chcą przekazać młodemu pokoleniu poprzez biografie swych ojców, dają takie odpowiedzi. „Wyjdźcie z tej skorupy, jaką macie na sobie, stawajcie się niewygodni i angażujcie w tym świecie, w którym żyjecie”, mówi Caspar. „A ja staram się urzeczywistniać te wartości, które mi wszczepił mój ojciec, i wszystko, za co się biorę, wykonywać dobrze i starannie”, odpowiada Andrzej. Zapytany przez jednego ze studentów o funkcjonujący w niemieckich mediach fałszywy obraz polskiego ruchu oporu w czasie II wojny światowej (zwłaszcza po emisji głośnego filmu ZDF „Nasze matki. Nasi ojcowie”), Caspar von Moltke przyznaje: „W Niemczech nie znają polskiej wrażliwości. Wiadomo wprawdzie, że dzisiejsza Polska odnosi sukcesy i jest godnym zaufania partnerem Niemiec, jednak znajomość polskiej kultury i historii jest znikoma. Dlatego niestety wciąż będą się zdarzały takie historie jak z tym filmem, który wywołał takie oburzenie”.

Warszawskie spotkanie było wprawdzie dużo wcześniej zaplanowane, ale nałożyło się na dwa emocjonalne wybuchy w polskich mediach. Jeden dotyczył właśnie trzyczęściowego filmu, gdzie żołnierze AK pokazywani byli jako polscy antysemici. A drugi wybuch spowodowała dr Elżbieta Janicka, która z lektury „Kamieni na szaniec” – w końcu co najmniej od 1956 r. obowiązkowej pozycji w polskich szkołach – wyczytała homoerotyczne skłonności Zośki i Rudego. Cóż, dowody pani doktor są wątłe, ale kto zna dynamikę męskich związków od platońskich perypatetyków czy więzi rycerskich (Achilles i Patrokles), klasztornych, kowbojskich, skautowskich, ten i bez lektury klasycznej pracy Klausa Theweleita o „Męskich fantazjach” w grupach paramilitarnych i militarnych nie ma się na co obruszać. W naszym świętym oburzeniu kryje się lęk, że oto w polskim panteonie popełniono świętokradztwo, demontując narodowe autorytety akurat wtedy, gdy Niemcy się na siłę dowartościowują, pokazując swych rodziców jako sympatycznych młodych ludzi, z których jedynie zła propaganda i zła wojna zrobiła donosicieli i morderców.

Niemiecki spór wokół „Naszych matek. Naszych ojców” był zupełnie inny. Najpierw niesłychana kampania reklamowa, że oto nareszcie pokazana została psychologiczna prawda o pokoleniu ojców. Potem reakcja, że to jednak zgrabny, ale tylko komiks, w którym nic nie trzyma się kupy. I na to nałożyły się oficjalne polskie protesty wobec fałszywego obrazu AK oraz głosy polskich autorów. I tak na przykład prof. Robert Traba, kierownik berlińskiej placówki PAN, wytykał w Deutsche Welle, że skoro padł antypolski stereotyp polnische Wirtschaft, to aby zdeprecjonować wschodniego sąsiada, sięga się do stereotypu Polaka jako antysemity...

Nieszczęście polega na tym, że ćwierć wieku po upadku żelaznej kurtyny w niemieckich i polskich mediach nadal inscenizowane są widowiska, w których druga strona jest przedstawiana w roli pajaca. Polskim przykładem źle napisanego scenariusza i haniebnie zagranego filmu jest „Hans Kloss”, który nie ma wdzięku dawnego serialu, natomiast opiera się na najprymitywniejszych schematach. No dobrze, można powiedzieć, to przecież tylko film akcji: trochę Bonda, a reszta to nasza nostalgia za dawnym Mikulskim.

Nie zmienia to faktu, że – mimo autentycznego sukcesu Steffena Möllera, do niedawna ulubieńca naszej widowni, a w Niemczech autora autentycznego bestsellera „Viva Polonia” – polski i niemiecki obiegi kultury masowej nie zazębiają się ze sobą. Jedna i druga strona używa czasem sąsiada. Ale tylko jako dekoracji, bez głębszego zrozumienia.

Znający się jakoby na Polsce redaktorzy ukryci za najtłustszymi biurkami Republiki Federalnej przewracają tylko oczyma, gdy rozmowa schodzi na kraj sąsiada: przecież to nikogo nie interesuje! Dziś liczą się Chiny, kraje arabskie, dajmy na to jeszcze Rosja. U was sama nuda. Macie jeszcze tę katastrofę prezydenckiego samolotu, ale to raczej wstyd…

Inaczej w Polsce. Zza naszych biurek słychać: jak tam stoi gospodarka niemiecka? Czy można im jeszcze ufać w sprawach UE? A także: czy oni swą arogancką ignorancją wciąż muszą nas prowokować wywołując bijatyki wokół przeszłości, które ani ich, ani nas nie posuwają naprzód? Tak sarkają liberałowie. Natomiast narodowi konserwatyści są pewni swego: Niemcy uparcie majstrują nad wykręceniem się z poczucia winy, a kto tego nie widzi, ten jest głupcem lub ich agentem.

Gra stereotypami

Tymczasem wewnątrzniemiecki spór o wojnę biegnie swoimi ścieżkami. 70 lat po wojnie trudno mówić o winie wnuków pokolenia sprawców, bo ani jej nie czują, ani jej nie mają. Natomiast można mówić o wstydzie z powodu nazistowskiej fazy dziejów Niemiec i odpowiedzialności za pamięć historyczną. Tyle że coraz słabsze są ideologiczne wzorce wyjaśniania historii. Coraz więcej w nich psychologii. Coraz więcej porównywań nazizmu z podobnymi zjawiskami gdzie indziej. Mniej wyjątkowości. Stąd wrażenie relatywizacji niemieckiej winy. A przy powszechnej nieznajomości polskiej historii łatwo o takie kiksy, jak w filmie ZDF.

Ten warszawski student, który pytał Caspara von Moltke o fałszywy w Niemczech obraz polskiego ruchu oporu, zastrzega się, że nie wierzy w żadne niechlujstwa. To musi być zamysł. Zamysłu nie ma, ale jest odruch Pawłowa. Jak już pokazujemy Polaków, to muszą się składać z takich i takich stereotypów. Ale my też gramy stereotypami, irytował się kilka tygodni temu w „Gazecie Wyborczej” Krzysztof Varga: gdy mówimy o piętnastoletnim chłopcu z Hitlerjugend, który – jak w „Moście” Bernharda Wickiego czy w „Upadku” – z pancerfaustem idzie na alianckie czołgi, to nazywamy go fanatykiem. Gdy nasz piętnastoletni harcerz wymachuje karabinem dłuższym niż on sam, to rozczulamy się nad jego patriotyzmem.

Polski spór o to, czy podjęta jednym głosem większości decyzja rozpoczęcia Powstania Warszawskiego była słuszna, czy tragicznie błędna, nigdy nie będzie rozstrzygnięty. Tym bardziej że chyba każdy z nas w różnych fazach życia różnie je ocenia. „Teraz wiem, co znaczy być prawdziwą Polką” – mówiła w 2006 r. ze śmiertelną powagą czternastoletnia Zula po harcerskim capstrzyku w Muzeum Powstania Warszawskiego „Zejść do kanału i dać się zabić”. Dziś, jako studentka psychologii, ma zupełnie inne zdanie.

Młodzi polscy germaniści nie zawahali się postawić Andrzejowi Pileckiemu trudnego pytania, czy dziś – mając 80 lat – jednak nie żałuje, że jego ojciec wrócił do rządzonej przez komunistów Polski, by organizować sieć ruchu oporu i narazić się na śmierć. Jedna ze studentek zapytała o to bardzo delikatnie – i nie dostała wyraźnej odpowiedzi, co też jest zrozumiałe.

Jak głaz z głazem

To był ważny, choć jednak niszowy dialog dwóch synów dwóch prominentnych przedstawicieli dwóch trudno porównywalnych ruchów oporu. Za jednym stało państwo podziemne ze swymi agendami, rządem emigracyjnym i siłami zbrojnymi w kraju i na emigracji. Za drugim grono przyjaciół i znajomych, którym można było zaufać. Dla jednego wrogiem był obcy najeźdźca. Dla drugiego zagrożeniem było własne społeczeństwo popierające zbrodniczy reżym.

Caspar von Moltke ma rację mówiąc, że wciąż konieczny jest publiczny dialog polsko-niemiecki. To on przyświeca idei Nowej Krzyżowej oraz berlińskiej fundacji, która zbiera pieniądze na programy młodzieżowe w Krzyżowej. Niełatwe zadanie, od kiedy duch czasu – jak mówią w niemieckich redakcjach – odwrócił się od wschodniego sąsiada ku bardziej modnym tematom.

Ciekawe. Niemcy leżą jak głaz w centrum Europy. Mają problemy ze znalezieniem wspólnego języka z sąsiadami śródziemnomorskimi i bałkańskimi. Ostatnio nie bardzo też się układa intymna przyjaźń Berlina z Paryżem. Nie najlepiej jest też z Londynem, nie mówiąc już o Moskwie. I akurat w momencie, gdy z Warszawą nie ma kłopotów, telewizja niemiecka podłożyła bombę bezmyślności wobec polskiej historii.

Stąd propozycja: A może wziąć na warsztat wielką polsko-niemiecką koprodukcję „Warszawa 44”, pokazującą w wersji podfabularyzowanej atmosferę i wydarzenia kilku tygodni przed Powstaniem, w czasie i po jego upadku? Źródeł jest mnóstwo, rusztowaniem mogłyby być misja Jana Nowaka-Jeziorańskiego i (dla dzielnicy niemieckiej) dzienniki Wilma Hosenfelda. ZDF jest winny Niemcom i Polakom taki film. Z tym że także polska telewizja musiałaby chcieć.

Apel o odwagę we wspólnym podejmowaniu najtrudniejszych faz polsko-niemieckiej historii nie jest bezpodstawny. Również i w Polsce – mimo dobrej koniunktury między Berlinem i Warszawą – duch czasu odwraca się ku naszym innym „modnym” tematom. Nie są to Chiny czy Arabia, lecz Smoleńsk i wojna polsko-polska. W jej tle zanika wyczucie przełomu, który po 1989 r. nastąpił w stosunkach polsko-niemieckich.

Smutnym dowodem, na który zwróciła uwagę „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, jest skandal z Kulicami. Ten dawny dwór Bismarcków został – za zasługi Philipa Bismarcka, polityka CDU popierającego uznanie granicy na Odrze i Nysie – odnowiony ze środków niemieckich jako lokalne miejsce spotkań. I w tej funkcji za symboliczną złotówkę został przekazany na własność Uniwersytetowi Szczecińskiemu. Teraz uniwersytet wyrzucił pracowników ośrodka spotkań, a odnowiony obiekt sprzedaje. Z prawnego punktu widzenia, przyznaje gazeta, wszystko jest OK, to ich własność. Z moralnego, można dodać, to powrót do peerelowskiego betonu, z którego ducha ten uniwersytet powstał w stanie wojennym...

Taka rozmowa jak w warszawskiej auli potrzebna jest po obu stronach granicy.

Polityka 19.2013 (2906) z dnia 07.05.2013; Historia; s. 50
Oryginalny tytuł tekstu: "Wasi ojcowie. Nasi ojcowie"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną