Kogo partie wystawią w wyborach prezydenckich?

Kandydat na kandydata
Pretendenci do prezydentury dzielą się dzisiaj na tych, którzy nie wykluczają startu w wyborach; takich, co bardzo by chcieli, ale ich nie chcą; i takich, którym się to proponuje, a oni sami się nie palą.
Donald Tusk i Włodzimierz Cimoszewicz podczas debaty telewizyjnej przed wyborami w 2005 r.
Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta

Donald Tusk i Włodzimierz Cimoszewicz podczas debaty telewizyjnej przed wyborami w 2005 r.

Kampania wyborcza 2005 r.
Wojciech Olkuśnik/Agencja Gazeta

Kampania wyborcza 2005 r.

Kampania wyborcza 2005 r.
Wojciech Olkuśnik/Agencja Gazeta

Kampania wyborcza 2005 r.

Zdecydowanie nie pali się Włodzimierz Cimoszewicz. „W ogóle nie chcę być kandydatem, a już zwłaszcza kandydatem SLD” – ogłosił właśnie, mimo że od kilku tygodni w prezydenckich rankingach sytuował się bardzo wysoko. Czasem wygrywał nawet z Donaldem Tuskiem, a prezydenta Lecha Kaczyńskiego spychał na pozycję przegranego już w pierwszej turze.

W PiS oficjalnie obowiązuje wersja: naszym kandydatem i najlepszym prezydentem jest Lech Kaczyński, ale po cichu zaczyna się mówić o niewybieralności urzędującego prezydenta i szukaniu kandydata zapasowego. Któż jednak miałby nim być? Zbigniew Ziobro, który odniósł wprawdzie dość spektakularny sukces w wyborach do PE, dzięki poparciu zdobytemu na prowincji w dużym okręgu, ale już nie w Krakowie? O wygranej w coraz większym stopniu decydują właśnie duże miasta, o czym PiS przekonało się w wyborach zarówno do parlamentu krajowego, jak i europejskiego.

Czy ma nim być Jarosław Kaczyński, w przyspieszonym tempie tracący kontakt z rzeczywistością, mający największy elektorat negatywny i na dodatek złączony wyjątkową, bliźniaczą więzią z urzędującym prezydentem? Więzią, która czyni go ślepym na sondaże, oceny działalności brata, a także coraz bardziej widoczne zmęczenie prezydenta pełnioną funkcją, która jak mu nie leżała, tak nie leży. Ale wiara w zwycięstwo wciąż się tli, bo już wzięło się media publiczne, do których PiS przywiązuje znaczenie nadzwyczajne, będzie komisja śledcza, pozornie w sprawie afery hazardowej, faktycznie antytuskowa. PiS wyjątkowo na nią liczy, skoro zaplanowało jej prace dokładnie do 13 października przyszłego roku, a więc do zakończenia drugiej tury wyborów, co jest w polityce szczerością niezwykłą. Zapewne coś jeszcze w zanadrzu ma Mariusz Kamiński.

PiS gromadzi więc arsenał, posługiwanie się którym wychodzi mu najlepiej – służby specjalne, przecieki, pomówienia, niedomówienia, podejrzenia... W debacie na temat powołania komisji śledczej był tylko jeden bohater: Donald Tusk. W tej roli z równą pasją obsadzała go posłanka Beata Kempa z PiS, co Bartosz Arłukowicz z SLD. Alians doprawdy znakomity, kolejna po medialnej udana koalicja, na której SLD znów wyjdzie jak Zabłocki na mydle. Zyska tylko opinię najwierniejszego sojusznika PiS, przed czym właśnie Cimoszewicz ­przestrzega.

Jeżeli Cimoszewicz nie startuje, to nie ma też większego znaczenia, kogo wystawi SLD lub jakaś inna lewica. Lewicowy kandydat stanie się elementem wewnątrzpartyjnej rozgrywki o władzę. Jolanta Szymanek-Deresz, forsowana wyraźnie przez Grzegorza Napieralskiego, ma umacniać pozycję obecnego szefa. Jerzy Szmajdziński byłby kandydatem wewnętrznej opozycji i dlatego Napieralski robi, co może, aby do jego startu nie dopuścić.

Jeżeli obecny szef Sojuszu kogoś się bał, to tych, którzy lewicy mogli dać dobry wynik. Jolanty Kwaśniewskiej, z którą część SLD, ale także innych środowisk, wiązała nadzieje na stworzenie nowego obozu politycznego, co świadczy najbardziej o ich desperacji, bowiem małżonka byłego prezydenta nie jest politykiem i żadnej partii nie stworzy. I oczywiście musi obawiać się Cimoszewicza, który do funkcji prezydenta jest ze wszystkich kandydatów najlepiej przygotowany.

Cimoszewicz dla Napieralskiego jest groźny nie dlatego, że stworzyłby partię, bo gra zespołowa nie jest jego silną stroną, ale byłby ośrodkiem, wokół którego w trakcie kampanii zgromadziłyby się różne środowiska i różni ludzie z lewicy i centrolewicy. Mógłby więc powstać zaczątek jakiegoś przyszłego obozu politycznego. Takiego, jakiego stworzenie Cimoszewicz proponował przed wyborami do PE, co Napieralski, obstając przy szyldzie SLD i wierząc w moc partyjnego aparatu, skutecznie storpedował.

Jeżeli Cimoszewicz nie startuje, to cień nadziei wraca do Andrzeja Olechowskiego, ale tylko cień. Ten polityk musi starannie przemyśleć, jak to się dzieje, że nieobecny praktycznie w polityce krajowej, dziś tylko senator z Białostockiego, wkracza w sondaże i burzy ustalony od dwóch lat porządek. A on sam ciągle zdecydowanie poniżej oczekiwań i ambicji, choć kwalifikacje ma znakomite, prezencję prezydencką, gwarantuje polityczną przewidywalność, a więc ma wszystko, czego Polacy zdają się od głowy państwa oczekiwać. Czego tej kandydaturze dziś brak? Wiary, że Olechowski w politykę jednak wejdzie? Chęć do zajmowania stanowisk jednoznacznych, od czego nie stroni Cimoszewicz? Może ludziom nie podoba się zaplecze polityczne tego kandydata, czyli Stronnictwo Demokratyczne? Albo kierowanie krytyki przede wszystkim w stronę PO, co czyni dziś cała opozycja, a więc jeszcze jeden głos ginie wśród innych, bardziej radykalnych?

Przyjmując, że Olechowski jednak wystartuje, gdyż widać, że tego chce, mamy trzech liczących się kandydatów i same zagadki. Niby wszystko jest pewne, ale nic nie zostało przesądzone, wyjąwszy stawkę wyborów. A ta jest taka, że dla PO w gruncie rzeczy powinno być dość obojętne, kto będzie prezydentem, wyjąwszy Lecha Kaczyńskiego.

Gdyby startował Cimoszewicz i wygrał, byłby zdolny do zupełnie dobrej współpracy z Platformą i jej rządem. Zwłaszcza że nici współdziałania zostały nawiązane podczas zabiegów o stanowisko sekretarza generalnego Rady Europy dla Cimoszewicza, kiedy to – jego własnym zdaniem – premier i MSZ zrobili wszystko, co było w ich mocy, aby mu pomóc.

Można więc przyjąć, że Cimoszewicz rządowi nawet by w trudnych chwilach pomagał, bowiem jest z natury państwowcem, a nie politycznym graczem. Podobnie rzecz się ma z Olechowskim, który nie byłby hamulcowym, nie prowokowałby konfliktów, nie nadużywał weta dla celów czysto politycznych, co jest dziś największym problemem rządu.

Gdyby jeszcze Olechowskiemu udało się wypromować Stronnictwo Demokratyczne na partię z kilkuprocentowym poparciem, która w przyszłości mogłaby zawierać koalicję z PO i ludowcami, sytuacja byłaby dla Platformy wprost wymarzona, ale ta część przedsięwzięcia jest mocno wątpliwa. Projekt Pawła Piskorskiego, teoretycznie poprawny, na razie ma niewielkie szanse realizacji, podobnie jak inicjatywy zawiązywane po prawej stronie wokół Ludwika Dorna. To nie ten czas, nie ten klimat, nie te oczekiwania.

Bez względu na to, co będzie się działo w polityce, dla PO jest kwestią zasadniczą, aby prezydentem nie został ponownie Lech Kaczyński. Wygrana pisowskiego obozu oznaczałaby całkowite wyhamowanie prac rządu w ostatnim roku kadencji. Tym samym zawaliłby się cały plan Platformy – czekamy z poważniejszymi zmianami do wyborów prezydenckich, aby unikać prezydenckich wet i przed wyborami parlamentarnymi pokażemy, że jednak nie zmarnowaliśmy czasu, nie tylko przeprowadziliśmy Polskę przez kryzys, ale też rozwiązaliśmy kilka trudnych problemów.

Realizacja tego planu, acz trudna, bo czasu między wyborami niewiele, dawałaby sporą szansę na zwycięstwo w wyborach parlamentarnych i być może na stworzenie większości konstytucyjnej, zdolnej zmienić ustawę zasadniczą tam, gdzie PO od dawna chce zmian. Na przykład w ordynacji wyborczej czy w kwestii podziału kompetencji władzy wykonawczej.

Premier wprawdzie powtarza, że jest mu wszystko jedno, w czyim ręku po ewentualnej zmianie konstytucji znalazłaby się władza wykonawcza, prezydenta czy rządu, ale widać, że system kanclerski, którego elementy wpisane są już w obecny porządek konstytucyjny i ustawy, jest mu bliższy niż prezydencki. W tym też kierunku zmierzają zmiany zaproponowane przez zespół Doświadczenie i Przyszłość i firmowane przez trzech byłych prezesów Trybunału Konstytucyjnego. Autorzy kwestionują zwłaszcza zasadność istnienia weta w takim kształcie jak obecnie. Trudno uznać za przypadek, że dyskusję na ten temat wziął pod swą pieczę marszałek Sejmu Bronisław Komorowski i pierwsze seminarium, poświęcone głównie relacjom w obrębie władzy wykonawczej, odbyło się kilka dni temu w Sejmie. Być może narodzi się z tego próba naszkicowania modelu państwa, z jakim do wyborów prezydenckich pójdzie kandydat PO, bez względu na to, kto nim ostatecznie zostanie – Donald Tusk czy na przykład Bronisław Komorowski, gdyż tylko te dwie osoby mogą poważnie wchodzić w grę.

Stawianie na Jerzego Buzka, co czasem się zdarza, jest mało poważne. Nie po to uczyniono tak wielki wysiłek dyplomatyczny, aby za kilka miesięcy powiedzieć: teraz już państwu, europejskim partiom i eurodeputowanym dziękujemy, Buzek potrzebny jest nam w kraju. Byłaby to kompromitacja niesłychana i zapewne wie o tym dobrze Jerzy Buzek, który z pewnością jest namawiany do prowadzenia własnej prezydenckiej gry.

Czy „nie kandyduję” Włodzimierza Cimoszewicza oznacza ostateczne ustalenie prezydenckiej stawki? Można przecież wyobrazić sobie i taki scenariusz, że Tusk, wzywany nieustannie przez komisję śledczą, wciąż znajdujący się w „kręgu podejrzeń” traci i reelekcja Lecha Kaczyńskiego staje się jednak realna.

Czy wówczas Cimoszewicz, dla którego sprawą zasadniczą jest odsunięcie od władzy obecnego prezydenta, mógłby powrócić? Zwłaszcza jeżeli wcześniej wokół jego kandydatury powstałby oddolny społeczny, nawet międzypartyjny ruch tych, którzy nie chcą powrotu państwa PiS?

W polskiej polityce wydarzenia często przekraczają horyzont wyobraźni, a grunt pod stworzenie takiego ruchu istnieje. A jednak Cimoszewicz chcąc zachować powagę i tę wyjątkową pozycję, jaką ma, zapewne podtrzyma ostatnią decyzję. Zwłaszcza że przez lata po wielekroć powtarzał, że prezydenckie przygody skończyły się dla niego, gdy w atmosferze szaleństwa komisji orlenowskiej oraz mediów wyeliminowano go z ubiegania się o najwyższy urząd w państwie. Zaś los Cimoszewicza może być przestrogą dla premiera – nigdy nie wiadomo, gdzie zaciekłość śledczych oraz urzeczonych przeciekami, szukających sensacji mediów się zatrzyma. Czy w ogóle się zatrzyma?

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną