Po co nam komisje śledcze

Prawda leży tam, gdzie poległa
W Sejmie pracują już cztery komisje śledcze i nie widać, by któraś miała w przewidywalnym czasie zakończyć działalność.
Pierwsze posiedzenie komisji hazardowej. Sejm, 6 listopada 2009 r.
Wojciech Olkuśnik/Agencja Gazeta

Pierwsze posiedzenie komisji hazardowej. Sejm, 6 listopada 2009 r.

Najsłynniejsza z sejmowych komisji śledczych - do spraw afery Rywina
Piotr Bernaś/Agencja Gazeta

Najsłynniejsza z sejmowych komisji śledczych - do spraw afery Rywina

Nie chcemy wojny, chcemy prawdy, panie premierze, potrzeba nam prawdy. Apelujemy do pana premiera o prawdę, całą prawdę i tylko prawdę – wzywała posłanka Beata Kempa z PiS, komisyjna weteranka, uzasadniając wniosek o powołanie nowej komisji.

Gdyby poprawnie i logicznie wnioskować na podstawie dyskusji, jaka odbyła się nad trzema projektami uchwał o powołaniu nowej komisji, to wcale nie trzeba by jej powoływać. Dla wnioskodawców wszystko jest przecież jasne. Ława oskarżonych została już skompletowana, zakres afery (Rywin do 10 potęgi) ustalony i wnioski gotowe.

Brakuje tylko jednego elementu – atrakcyjnego medialnie widowiska. Ma nim być konfrontacja Donald Tusk–Mariusz Kamiński. Bez tej konfrontacji praca komisji będzie komedią – orzekł z góry sam prezes Kaczyński. Można więc śmiało powołać komisję hazardową do tej jednej czynności. Będzie oszczędnie, atrakcyjnie i zgodnie z konstytucją – zakres prac zostanie wyjątkowo ściśle określony, czyli wreszcie wypełnione zostaną zalecenia Trybunału Konstytucyjnego. A że nie będzie to do końca zgodne z prawdą, bo rozmowy Tusk–Kamiński w cztery oczy nie było? Był przy niej jeszcze minister Jacek Cichocki. Cichocki się jednak najwyraźniej jako świadek nie liczy. Nie jest bezstronny. To też już orzeczono w ramach ustalania prawdy.

Osiem razy klapa

Prawda jest tylko jedna i prawda zawsze leży tam, gdzie leży – takim bon motem popisał się Sebastian Karpiniuk z PO w trakcie tej samej dyskusji, czym zdecydowanie pokonał Beatę Kempę w liczbie cytowań (komisje to przecież pojedynki, kto bardziej błyśnie). Wzbudził wesołość na sali. Być może słusznie, powinien był przecież powiedzieć, że prawda leży tam, gdzie w trakcie prac komisji poległa. Tego właśnie uczą dotychczasowe dzieje komisji śledczych. Powołano ich dotychczas siedem, spośród nich pięć zakończyło prace w IV (trzy komisje) i jedna, zwana bankową, w V kadencji Sejmu.

W powoływaniu komisji śledczych widoczna jest pewna prawidłowość: im bardziej widać ich mierne efekty merytoryczne, tym większa jest wola powoływania nowych. W tej kadencji, a więc po wszystkich złych doświadczeniach, powołano już trzy, hazardowa będzie czwartą, a kilka pomysłów (m.in. do zbadania afery węglowej, która miała zakryć kwestię śmierci Barbary Blidy, czy podsłuchiwania dziennikarzy za rządów PiS) poległo. Być może pojawi się jeszcze stoczniowa – takie przynajmniej ambicje mają prezes Kaczyński i były szef CBA Mariusz Kamiński, który w znacznym stopniu ustala obecnie bieg zdarzeń politycznych w kraju.

W IV kadencji Sejmu zapał do powoływania komisji też był spory. Zachęciła wszystkich rywinowska (zaczęła pracę w styczniu 2003 r., zakończyła we wrześniu 2004 r.), do dziś uznawana za najlepszą i mającą największe osiągnięcia. Obradowała na 89 posiedzeniach i wysłuchiwała, a raczej przesłuchiwała, co samo w sobie było naruszeniem ustawy, świadków bardzo prominentnych – od Adama Michnika po Leszka Millera czy Jerzego Urbana.

Przegłosowano w końcu raport Zbigniewa Ziobry, najbardziej radykalny i bezsensowny, ale będący początkiem politycznej kariery jego autora. Według niego istniała grupa trzymająca władzę, do której należeli: Leszek Miller, Aleksandra Jakubowska, Robert Kwiatkowski, Włodzimierz Czarzasty i Lech Nikolski, i to ona stała za korupcyjną propozycją Rywina dla Agory. Przed Trybunałem Stanu stanąć zaś mieli: prezydent Aleksander Kwaśniewski, Leszek Miller i Grzegorz Kurczuk, ówczesny minister sprawiedliwości.

Mimo upływu lat żadne z ugrupowań politycznych nie spróbowało jednak nawet napisać wniosku o Trybunał Stanu wedle dokumentu przez cały Sejm przegłosowanego. Ustalanie, czy GTW istniała, do dziś nie przyniosło rezultatu, śledztwo w tej sprawie umorzono i nadal pozostaje ona tworem medialnym, mimo że Lech Nikolski sam doniósł na siebie do prokuratury, aby ta wreszcie ustaliła, czy jest w GTW, czy nie.

Jakubowska została uniewinniona z zarzutu, że działała dla dobra telewizji publicznej (ten zarzut to istne kuriozum), niscy urzędnicy Ministerstwa Kultury skazani za słynne dopisane i wykreślane „lub czasopisma”, Kwiatkowski skarży dziś Sejm, że go znieważył i wspólnie z Czarzastym próbują rozdawać karty w opanowanej przez PiS telewizji publicznej.

Sam Rywin po raz kolejny przebywa w areszcie, ścigany wraz z synem za lewe zwolnienia lekarskie, jego adwokaci popadli w kłopoty. W polityce skutecznie rozbito SLD, utuczyły się PiS i PO, przez dwa lata budowano IV RP, która jednak zawaliła się pod własnym ciężarem. Można więc uznać, że komisja rywinowska wykonała wielką robotę polityczną, ale prawdy o samej aferze Rywina nie pokazała i GTW nie znalazła.

Odstrzelenie Cimoszewicza

Komisja orlenowska (powołana w maju 2004 r., formalnie prac nie zakończyła) przeszła do historii jako najbardziej pracowita (prawie 100 posiedzeń, ponad 90 przyjętych uchwał). Główna teza raportu była dość prosta i z góry można ją było przewidzieć: zatrzymanie Andrzeja Modrzejewskiego przez UOP było nieuprawnione (to przyznał zresztą sąd) i miało służyć przejęciu przez nową eseldowską ekipę PKN Orlen. Dalej komisja wywodziła, że istniało zagrożenie dla bezpieczeństwa energetycznego Polski w związku z chęcią przejęcia przez Rosję polskiego sektora paliwowego.

Za wspomaganie owych chęci przed Trybunałem Stanu miało stanąć sześć osób, w tym prezydent Aleksander Kwaśniewski oraz dwaj premierzy – Leszek Miller i Włodzimierz Cimoszewicz. Samo sprawozdanie przeszło jednak niezauważone. Zwłaszcza że wcześniej własne sprawozdania napisali posłowie Antoni Macierewicz (Kulczyk z Kwaśniewskim chcieli sprzedać polskie rafinerie Rosjanom) oraz Zbigniew Wassermann.

Komisja przesłuchiwała według list dowolnie przez siebie układanych; jedynym kryterium było aktualne zapotrzebowanie na sensację, donosiła do prokuratury (17 zawiadomień), żądała odsuwania konkretnych prokuratorów od konkretnych spraw.

Ścigała Jana Kulczyka za zjedzenie obiadu w Wiedniu z Władimirem Ałganowem, a także adwokata Jana Widackiego za reprezentowanie Kulczyka i kontakty z gangsterem Baraniną (za szerzenie tej nieprawdy Wassermann Widackiego przepraszał po sądowej ugodzie). Największym osiągnięciem komisji było oczywiście wyeliminowanie Włodzimierza Cimoszewicza z ubiegania się o prezydenturę, gdyż posiadał kilka akcji Orlenu źle wpisanych do oświadczenia majątkowego.

Komisja orlenowska ma również wielkie zasługi na polu upowszechnienia tak modnej obecnie formy przecieku ze służb. „Notatki jednoźródłowe” stały się wręcz symbolem jej działalności i przyczyniły się do rozwoju specyficznej formy dziennikarstwa zwanego, nie wiedzieć czemu, śledczym. Formuła „dotarliśmy do tajnych informacji” stała się od tamtych czasów zabawnym kanonem dziennikarstwa politycznie zaangażowanego i poszukującego prawdziwej prawdy.

Gdy idzie o meritum, czyli ustalenie odpowiedzialnych za zatrzymanie Modrzejewskiego, postęp nadal jest niewielki. Zarzuty postawiono wiele lat temu Zbigniewowi Siemiątkowskiemu i płk. Ryszardowi Bieszyńskiemu. W ostatnich dniach oznajmiono, że postępowanie, dotychczas zawieszone, prokuratura wreszcie zamknęła, co sprawia, że akt oskarżenia w ciągu kilku miesięcy może trafić do sądu. Nie jest to jednak takie proste, bo w porozumieniu z Siemiątkowskim i Bieszyńskim miała działać prokurator Małgorzata Dukiewicz, a ciągle nie ma zgody na uchylenie jej immunitetu, choć sprawa ta przeszła już przez wszystkie prokuratorskie instancje.

Dodać koloru debacie

W IV kadencji Sejmu działała również komisja do zbadania prywatyzacji PZU (powołana w styczniu 2005 r.) pod przewodnictwem posła Janusza Dobosza. Ta odbyła tylko 39 posiedzeń, przesłuchała 34 świadków, przeprowadziła trzy konfrontacje i zgromadziła 300 tomów akt. Jej sprawozdanie było przedmiotem obrad Sejmu we wrześniu 2006 r., ale już nie próbowano niczego głosować.

Aby debacie dodać koloru, w tym właśnie dniu zatrzymano byłego ministra skarbu Emila Wąsacza i w policyjnej asyście przewożono go z Katowic do Gdańska celem postawienia mu zarzutów, aby w tym czasie prokurator krajowy Janusz Kaczmarek mógł odbyć konferencję prasową, na której przedstawiał „porażającą” dla prywatyzacji PZU analizę firmy konsultingowej o światowej renomie. Gdańska prokuratura do dziś prowadzi w tej sprawie śledztwo, aktu oskarżenia nie ma, a w tym czasie Wąsacz wygrał cztery sprawy z prokuraturą, między innymi o bezpodstawne zatrzymanie i o odszkodowanie. Można uznać, że finał prac komisji nastąpił dopiero kilka tygodni temu, gdy minister Aleksander Grad podpisał ugodę z Eureko, dzięki czemu uniknęliśmy płacenia gigantycznego odszkodowania.

Tym bardziej warto przypomnieć wnioski tamtej komisji. Stwierdzano w nich: umowa prywatyzacyjna powinna zostać unieważniona między innymi dlatego, że została sfałszowana, przed Trybunałem Stanu powinni stanąć ministrowie skarbu Emil Wąsacz i Aldona Kamela-Sowińska. Wystosowano do prokuratury zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa przez wiceminister skarbu Alicję Kornasiewicz, Władysława Jamrożego, Grzegorza Wieczerzaka (nie uratowało go nawet odkrycie przed śledczymi Klubu Krakowskiego Przedmieścia, czyli nowej grupy trzymającej władzę, z prezydentem Kwaśniewskim na czele) oraz premiera Marka Belkę.

Być może najciekawszy i mało znany był wniosek o wydanie czasowego zakazu pełnienia funkcji publicznych przez Jerzego Buzka, Leszka Balcerowicza oraz Hannę Gronkiewicz-Waltz. Najwyraźniej informacja o tym wniosku nie dotarła nie tylko do Parlamentu Europejskiego, ale również do naszej własnej Państwowej Komisji Wyborczej, która zarejestrowała Hannę Gronkiewicz-Waltz jako kandydatkę na prezydenta Warszawy. Leszka Balcerowicza, oczywiście, nie pozbawiono funkcji prezesa NBP. Komisja zresztą nie określiła, na jaki czas ten zakaz ma obowiązywać. Nie trzeba już nawet dodawać, że żaden rząd, nawet rząd PiS, nie wystąpił o unieważnienie umowy prywatyzacyjnej, najwyraźniej nie mogąc znaleźć prawników, którzy porwaliby się na takie szaleństwo.

W Sejmie V kadencji działała tylko jedna komisja śledcza, zwana bankową (powołana w maju 2007 r.). Najbardziej pechowa, gdyż Trybunał Konstytucyjny zakwestionował uchwałę o jej powołaniu, uznając, że zakres prac, czyli prześledzenie prywatyzacji wszystkich banków, jest zbyt szeroki. Nic dziwnego, że gremium to, początkowo kierowane przez posła Artura Zawiszę, a potem przez Adama Hofmana z PiS (Zawisza zaczął z Markiem Jurkiem zakładać nową partię), skupiło się na wątkach, rzec można, pobocznych, a jego głównym osiągnięciem było przesłuchanie Ewy Balcerowicz jako szefowej Fundacji Case, która jakoby miała wejść w konflikt interesów z mężem, prezesem NBP. Rozpatrując rzecz w kategorii pojedynku, Ewa Balcerowicz zdecydowanie wygrała. Samego Leszka Balcerowicza, co było głównym celem komisji, nie udało się przesłuchać, gdyż się nie zjawił, a sąd nie wymierzył mu z tego powodu kary. Podobnie jak nie stawiła się była prezes banku centralnego Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Te wydarzenia zdecydowanie obniżyły atrakcyjność komisji, tym bardziej że w jej składzie nie było przedstawicieli PO, która uchwałę o powołaniu tego ciała zaskarżyła do TK. Obradowano więc w składzie ciasnym, ale własnym. Wynikiem 27 posiedzeń było stwierdzenie, że Ministerstwo Finansów i zarząd Banku Śląskiego zaniżyły wartość księgową banku i ustaliły zbyt niską cenę akcji oraz że połowę akcji sprzedano z naruszeniem ustawy o prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych. Do prokuratury skierowano zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez osoby odpowiadające za prywatyzację Banku Śląskiego. Rozwiązanie Sejmu zatrzymało pracę komisji i nikt już nie upominał się o jej rewitalizację, a o wnioskach zapomniano.

Pozostała makulatura

Sprawozdania, wnioski, biuletyny z przesłuchań kolejnych komisji śledczych są dziś stertą bezużytecznej makulatury. Zalegają w archiwach i być może kiedyś kogoś zainteresują jako świadectwo kultury prawnej (niskiej), niekompetencji ekonomicznej posłów (często rzeczywiście porażającej) oraz walki politycznej (zaciętej) na przestrzeni ostatnich kilku lat. Niemniej utrwalenie przekonania, że w naszej kulturze politycznej i prawnej to narzędzie jest więcej niż ułomne i zupełnie nieprzydatne, bo służy wyłącznie politycznym awanturom, nie powstrzymuje od powoływania komisji następnych.

W tej kadencji działają już trzy. Pierwsza ma wyjaśnić okoliczności śmierci Barbary Blidy i boryka się nie tylko z upływem czasu, ale także z tajnością materiałów z toczącego się obecnie śledztwa. Najwyraźniej wszyscy stracili już do niej serce.

Ta, zwana naciskową, kompromituje się na każdym posiedzeniu, gdyż posłowie PiS wyspecjalizowali się w destrukcji jej prac, a w pozostałych ugrupowaniach najwyraźniej brakuje takich, którzy mogliby się im przeciwstawić. Jest więc głośno, nieprzyzwoicie i głupio, ze śledczych kpią bowiem przesłuchiwani, w tym głównie prokuratorzy z zaciągu Zbigniewa Ziobry. Komisja badająca okoliczności śmierci Krzysztofa Olewnika podąża śladami prokuratury i działa bardziej jako forma nacisku na prokuraturę niż ustala jakąś nieznaną dotychczas prawdę.

A prawda? Prawda leży tam, gdzie leży. Kolejne komisje śledcze kładą ją po prostu na łopatki czy, jak kto woli, nokautują. Po co nam więc następna? Oczywiście dla politycznych igrzysk. Dla ustalenia wyniku wyborów prezydenckich. Nowa Komisja to ostatnia szansa PiS, aby wizję reelekcji Lecha Kaczyńskiego uczynić przynajmniej trochę bardziej realną. Zagrywka jest hazardowa, ale widocznie na inną PiS nie ma pomysłu, a SLD już w ogóle nie ma żadnego pomysłu na swoje istnienie i chce zrobić cokolwiek.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną