Nie kandyduje i co dalej?

Mus Tuska
Jednym zdaniem – że woli być premierem niż prezydentem – Donald Tusk rozsypał polską politykę, obalił tworzone od lat scenariusze i rozpoczął nowe rozdanie. Ryzykowne, choć racjonalne.
Donald Tusk cieszy się ze zwycięstwa w pierwszej turze wyborów prezydenckich. Warszawa, Muzeum Narodowe, październik 2005 r.
Maciej Andrzejewski/BEW

Donald Tusk cieszy się ze zwycięstwa w pierwszej turze wyborów prezydenckich. Warszawa, Muzeum Narodowe, październik 2005 r.

Pozornie rzecz dotyczy głównie rozdania prezydenckiego, ale skutki jego decyzji przełożyć się mogą na wyniki kolejnych wyborów, trwałość ugrupowań politycznych, a także na sposób i styl uprawiania polityki. Dwa tygodnie temu w artykule „Raczej nie” przedstawiłam argumenty za kandydowaniem premiera na urząd prezydenta i przeciwko takiej decyzji. Argumenty „za” mieściły się głównie w sferze symboliczno-emocjonalnej. Od lat opinia publiczna przyzwyczaiła się, że musi się odbyć ostateczny pojedynek i nie zmieniały tego faktu sondaże pokazujące, że Lech Kaczyński po czterech latach sprawowania urzędu przegrywa ze wszystkimi kandydatami, których można uznać za poważnych. Opinia publiczna wszystkich „tych trzecich”, może z wyjątkiem Włodzimierza Cimoszewicza, zdawała się nie dostrzegać.

Ten wymiar symboliczny był tym bardziej wyrazisty, że sam Tusk przekonywał uparcie, że kwestą pierwszoplanową jest zdobycie dużego Pałacu, aby odblokować zmiany prowadzące do modernizacji Polski. Prezydentura nie była więc wyłącznie prostym rewanżem za przegraną sprzed lat, lecz elementem całej strategii politycznej PO i jej lidera. Tę strategię można zaś określić krótko – trwałe odsunięcie PiS od władzy. A tym samym wyeliminowanie z rządzenia tych, którzy chcą wcielać w życie projekty skażone przesłaniami głównie ideologicznymi, opartymi na spiskowych, urojonych teoriach, którzy chcą regulować życie społeczne i zabierać człowiekowi ważne fragmenty wolności. Istotnym elementem tej strategii była wygrana w wyborach prezydenckich i tym samym zdjęcie z rządowych zamierzeń hamulca, jakim stał się Lech Kaczyński.

Zejście z boiska po nowe otwarcie

Ale argumentów przeciwko kandydowaniu było dużo i to nie tylko ten, że realna władza w Polsce spoczywa w rękach rządu. Także to, na co o wiele mniej zwraca się uwagę, że wzrosła pozycja PO i Tuska osobiście na arenie europejskiej, gdzie stał się jednym z ważniejszych graczy, i to w pierwszej lidze, zwłaszcza po tym roku, gdy widmo kryzysu zajrzało wszystkim głęboko w oczy. Wybór Jerzego Buzka na szefa Parlamentu Europejskiego we wszystkich noworocznych ankietach uznano za najważniejsze dla Polski wydarzenie (jednak lubimy tę sferę symboliczną). Ten wybór obiecał Polakom Tusk i – niezależnie od przymiotów osobistych Buzka – to on go przeprowadził.

Jest wreszcie argument być może przesądzający – zdjęcie części napięcia politycznego z kampanii wyborczej. Wielomiesięczna walka, w której braliby udział urzędujący prezydent, próbujący zawłaszczyć coraz większą część władzy wykonawczej, i urzędujący premier sprawiłaby, że 2010 r. byłby dla gospodarki i rozwoju kraju stracony. Każda decyzja byłaby oglądana wyłącznie pod kątem wyborów.

Szale były więc mniej więcej zrównoważone. Na jednej symbole i emocje, podbudowane racją państwową, na drugiej równie ważne racje państwowe i wydłużenie politycznego horyzontu. Swoją decyzją o niekandydowaniu Donald Tusk sprawił, że zaczynamy wyraźniej postrzegać całą sekwencję wyborczą, rozłożoną na trzy kroki (prezydentura, wybory samorządowe, przyszłoroczne parlamentarne, a więc pełnia władzy), a nie tylko ten pierwszy prezydencki etap. Czy wyborcy to wydłużenie horyzontu uznają za istotne?

Oni w dużej części kierują się emocjami i symbolami, inne racje wymagają długich, pełnych liczb i wskaźników wyjaśnień, dla których nie ma czasu w elektronicznych mediach. Dla wyborcy bardziej przekonujący może być argument, że Tusk stchórzył, nawet jeśli nie bardzo wiadomo, przed kim czy przed czym, niż że podjął decyzję odważną i ryzykowną. Decyzja Tuska jest więc także decyzją o konsolidacji sceny politycznej, a przynajmniej konsolidacji PO, aby nie stała się primabaleriną jednego sezonu, aby zakorzeniła się w świadomości wyborców, a głosowanie na nią stawało się przyzwyczajeniem, a nie przypadkowym wyborem.

Nie jest zaskoczeniem, że decyzję premiera najlepiej przyjęły sfery gospodarcze, co widoczne było podczas spotkania na Politechnice Warszawskiej, gdzie w dzień po decyzji zaprezentowano plan konsolidacji i rozwoju finansów publicznych. Nawet jeśli zarzucano, że w planie jest „za mało konkretów”, co staje się zaklęciem rutynowym, to wyraźnie odczuwało się oddech ulgi. Coś jednak będzie można zrobić, premier i minister finansów podejmują publiczne zobowiązanie do bardziej zdecydowanego działania. Przekleństwo kampanii zostało zdjęte.

Donald Tusk przedstawił jednak przede wszystkim plan polityczny. Prezydentura dla PO jest ciągle celem najważniejszym, chociaż tak naprawdę ważne jest, aby nie wygrał Lech Kaczyński, bo sam urząd ma w każdych innych rękach znaczenie mniejsze, przestaje być tym głównym hamulcem, nie niesie aż tylu negatywnych emocji.

Zejście Tuska z tego boiska nieco wyrównuje szanse kandydatów, być może trochę wzmacnia Lecha Kaczyńskiego, jeśli postara się bardziej zdystansować od partii brata. Niewątpliwie poprawia pozycje wyjściowe takich kandydatów jak Jerzy Szmajdziński czy Andrzej Olechowski, ale dopóki nie pojawi się nowy, namaszczony przez Tuska, rankingi nie będą źródłem rzetelnej wiedzy o ich wyborczych szansach.

Prezydenckie rozdanie zaczyna się od nowa, ale ciągle kandydat PO, a jako taki jawi się dziś przede wszystkim marszałek Sejmu Bronisław Komorowski ma największe szanse na wygraną. Partyjne logo i poparcie Tuska będzie miało bowiem znaczenie decydujące, mimo że tak bardzo lubimy złudzenia, iż wybory prezydenckie są mniej partyjne, bardziej personalne. Fakt, wywołują większe emocje, bo ścierają się konkretne osoby, ale są tak samo partyjne.

Od dnia, w którym premier ogłosił swoją definitywną – jak sam podkreśla – decyzję, polska polityka nabrała nowego wymiaru i dynamiki. Z jakością jest na razie marnie. Rozważania, czy premier chciał przykryć zeznania Drzewieckiego przed komisją śledczą, urągają inteligencji odbiorców. Reakcje opozycji, że stchórzył, że się boi, są wyrazem kompletnej bezradności. Można odpowiedzieć, że stchórzyłby, gdyby wystartował, bo to przecież oznaczałoby, że zostawia rząd i realną władzę wykonawczą w czasach ciągle niepewnych i ucieka na wygodny 5-letni, a może nawet 10-letni kontrakt w Pałacu. Zwrot wykonany przez Tuska polega na wzięciu odpowiedzialności i podjęciu ryzyka przegranej, w tym także porażki całego planu, aby pokazać, że władza nie jest celem samym w sobie. Tusk znów zaskoczył polskich polityków: może dlatego tak bardzo osłupieli.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną