Wojsko tnie po garnizonach

Szok w szykach
Wojsko bez poligonu w Drawsku, bez orkiestry, bez garnizonów? Na polecenie ministra armia ma się pozbyć 20 proc. zbędnej infrastruktury. Ale się będzie działo!
Jeden z największych w Europie poligonów wojskowych w Drawsku Pomorskim
Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta

Jeden z największych w Europie poligonów wojskowych w Drawsku Pomorskim

Tereny po dawnej jednostce wojskowej we Wrocławiu
Paweł Kozioł/Agencja Gazeta

Tereny po dawnej jednostce wojskowej we Wrocławiu

O takich gminach mówi się, że są jak lilie polne: „nie pracują ani nie przędą”, a mają się świetnie. – Inne samorządy patrzą na nas z zazdrością, bo choć nie ma u nas przemysłu, bezrobocie jest spore, to budżet mamy wysoki. Żyjemy z podatków, jakie wojsko płaci za użytkowanie poligonu drawskiego – mówi Michał Hypki, burmistrz Kalisza Pomorskiego.

Prawie 17 mln zł, które co roku wpłaca wojsko, to mnóstwo pieniędzy dla gminy liczącej zaledwie 7,5 tys. ludzi. Prawdziwy deszcz pieniędzy spadł na Kalisz Pomorski w 2005 r., kiedy armia zapłaciła zaległy podatek wraz z odsetkami. Budżet podskoczył z 12 mln do 86 mln. – To było jak szóstka w totku – wspomina Michał Hypki. Mieszkańcom zawirowało w głowach. Ktoś rzucił, a wielu podchwyciło pomysł, żeby podzielić i rozdać te pieniądze między sobą. Skończyło się na inwestycjach, na które nie stać najbogatszych gmin w Polsce. Kalisz Pomorski jest w 100 proc. skanalizowany, ma sześć nowych bloków komunalnych, dla wszystkich chętnych są miejsca w przedszkolu, wyremontował zabytkowy pałac. Wybudowanie tego wszystkiego w tak krótkim tempie okazało się zbawienne dla miasta i zabójcze dla poprzedniego burmistrza. – Nowotwór wykończył ojca, bo był przepracowany. Po śmierci zostałem wybrany na jego następcę – mówi Michał Hypki.

O ile ojciec miał problem, jak wydać pieniądze, o tyle syn będzie musiał zmierzyć się z problemem, skąd je wziąć. Na poligonie drawskim od kilku miesięcy pracują geodeci. Z przecieków, jakie dochodziły do gminy, wynikało, że chodzi o przekwalifikowanie części gruntów, tak żeby płacić niższe stawki podatkowe za ich użytkowanie. Kilka tygodni temu gruchnęła wiadomość, że wojsko zamierza całkiem zrezygnować z części poligonu. – To byłaby dla nas katastrofa. Poligon był naszym błogosławieństwem. Teraz może okazać się przekleństwem. Jeśli wojsko odda ziemię Lasom Państwowym, wysokość podatków spadnie na łeb na szyję. Turystyki na tym terenie też nie zbudujemy, bo kto przyjedzie na spływ kajakowy korytem rzeki, która jest regularnie zasilana niewypałami od 1945 r.? – retorycznie pyta burmistrz Hypki.

Wojskowi oficjalnie nie komentują podejrzeń władz Kalisza Pomorskiego. Nieoficjalnie – poligon jest im potrzebny, ale sami mają nóż na gardle. Do końca stycznia 2009 r. musieli przedstawić ministrowi obrony narodowej propozycje obcięcia infrastruktury o 20 proc. Z poligonu, który ma 40 km kw., tnie się łatwiej niż z jakiejś jednostki. Ale po pierwszej konfrontacji z ministrem okazało się, że bez cięcia garnizonów się nie obędzie. No i w jednostkach zrobiło się nieswojo.

20 proc. normy

Bogdan Klich ministrem obrony narodowej został 17 listopada 2007 r. 11 dni później odwiedził pierwszą jednostkę wojskową. Humor po tej wizycie musiał mieć dobry, bo była to elitarna 31 Baza Lotnicza Poznań Krzesiny, świeżo oddana do użytku. – Kolejne wizyty nie zawsze wypadały tak entuzjastycznie – powściągliwie tłumaczy Bogdan Klich. Po kilku miesiącach urzędowania minister miał już za sobą odwiedziny w prawie połowie garnizonów. W złośliwych komentarzach gospodarskie wizyty szefa resortu określano jako najwcześniej rozpoczętą kampanię wyborczą. Gdyby ktoś chciał pójść dalej w złośliwości, mógłby jeszcze napisać o problemach z pęcherzem, bo w każdej jednostce minister tradycyjnie kazał prowadzić się do toalety. – Szybko się zorientowałem, że sanitariaty to papierek lakmusowy stanu każdej jednostki. Jak ze ścian łuszczyła się farba i odpadały płytki, to w podobnym stanie była reszta budynków – tłumaczy minister obrony narodowej. Pod koniec 2009 r. okazało się, że badania terenowe ministra miały bardzo konkretny cel. Jak najlepsze przygotowanie się do stoczenia z wojskiem batalii o likwidację zbędnej infrastruktury.

A jest z czego ciąć, bo polskie wojsko cały czas trzyma bazę na ponad 400 tys. ludzi na wypadek mobilizacji. Jakby tego było mało, armia ma wyjątkowo nieefektywną strukturę. 100 tys. zawodowych żołnierzy rozlokowanych jest w 126 garnizonach. To znaczy, że statystycznie w każdym z nich stacjonuje mniej niż 800 żołnierzy. – Typowa baza wojskowa u naszych zachodnich sojuszników liczy od 2 do 20 tys. żołnierzy. Mniejszych się nie utrzymuje, bo to po prostu nieekonomiczne. Koszty ochrony, administracji, sprzątania i zaopatrzenia w dużych bazach są znacznie mniejsze – tłumaczy gen. Waldemar Skrzypczak, były dowódca wojsk lądowych.

Są i takie jednostki jak 1 Ciechanowski Pułk Artylerii, w którym służy zaledwie 300 żołnierzy. A do ich obsługi zatrudnionych jest prawie stu cywilów. Jednostka od ponad czterech lat nie ma nawet własnej strzelnicy. A na ćwiczenia artyleryjskie musi jechać 150 km dalej. Utrzymanie bazy, ludzi, 24 samobieżnych haubic Goździk i 24 wyrzutni rakietowych BM 21 Grad kosztuje podatnika ponad 20 mln zł rocznie. Trudno się dziwić, że pomysły, aby się jej pozbyć, pojawiały się już kilka lat temu. Ostatecznie jednostkę przewidziano do likwidacji w aneksie do „Planu rozwoju Sił Zbrojnych RP na lata 2007–2012”. Zgodnie z wyższą logiką, pomimo tej decyzji w 2007 r. jednostce przybyła stołówka. Kosztowała jedyne 7 mln zł.

Już w 2008 r. po całej Polsce rozjechały się połączone komisje wojskowe, które typowały nieperspektywiczne garnizony. – Po pierwszej inspekcji dostałem propozycje na zlikwidowanie zaledwie 6 proc. infrastruktury. W sytuacji, w której uzawodowiliśmy armię i wyprowadziliśmy z niej poborowych, te 6 proc. było całkowicie nie do zaakceptowania – tłumaczy Bogdan Klich. Komisje znów pojechały w kraj szukać oszczędności. W listopadzie 2009 r. okazało się, że jednak da się zredukować więcej. Tym razem kontrolerzy krakowskim targiem zaproponowali redukcję o 13,5 proc. Wojsko dostało dwa miesiące na znalezienie pełnych 20 proc. Dla dowódców garnizonów ostatnie tygodnie były bardzo nerwowe. – Każdy musiał pojechać do Sztabu Generalnego i osobiście wyspowiadać się, jaką ma wizję rozwoju jednostki, a przede wszystkim z czego może zrezygnować i ile na tym zaoszczędzi. Miło nie było, bo meldunki odbierał I zastępca szefa Sztabu Generalnego gen. Mieczysław Stachowiak, który jest zasadniczy i nie wchodzi w kurtuazyjne pogawędki. Większość kadry boi się go jak ognia – opowiada jeden z dowódców garnizonu.

Po takim wyciskaniu wojsko z pewnością znajdzie brakujące procenty. Tylko czy politycy znajdą dość siły i konsekwencji, żeby zamiary przekuć w czyn?

Tu zamkniemy, tam przeniesiemy

Problem likwidacji garnizonów to gorący kartofel wszystkich ekip politycznych. Liczebność polskiej armii zmniejszano od pierwszych dni transformacji ustrojowej. – Na początku lat 90. mieliśmy 13 ukompletowanych i dwie nierozwinięte dywizje. Obecnie mamy cztery, z czego jedna jest przeznaczona do likwidacji – mówi gen. Waldemar Skrzypczak. Ponieważ armia opierała się na poborze, dosyć długo udawało się ciąć, garnizony likwidując tylko w ostateczności. W ten sposób do końca lat 90. zdołała przetrwać jednostka, która jak za czasów II wojny światowej rozciągała kable do łączności po ziemi, choć wojsko zaczynało już wprowadzać cyfrowe radiostacje. Przed wejściem do NATO dostaliśmy jasny sygnał, że w zachodniej strukturze liczy się nie ilość, ale jakość. – Wymagało to podejmowania trudnych decyzji, ale muszę przyznać, że perspektywa wejścia do NATO była na tyle mobilizująca, że odbyło się to przy względnym porozumieniu politycznym – wspomina Janusz Onyszkiewicz, minister obrony narodowej w latach 1997–2000. Gorzej zmiany znosili wojskowi, którzy bronili się rękami i nogami przed pozbywaniem się czegokolwiek. Likwidowany majątek trafiał do Agencji Mienia Wojskowego, która go sprzedawała, a pieniądze przeznaczała na zakupy wyposażenia. Dowódcy nie widzieli w tym żadnego swojego interesu i zmiany torpedowali. – Wpadłem więc na pomysł, że każdy dowódca, który pozbędzie się zbędnego majątku, większość uzyskanych pieniędzy dostanie na zakupy dla swojej jednostki. Po tym zabiegu proces likwidacji majątku wyraźnie ruszył z miejsca – opowiada minister Onyszkiewicz. Jednak wielkie wojskowe struktury administracyjne wcale nie miały ochoty się likwidować. Pomorski i Śląski Okręg Wojskowy, które miały zniknąć w 1999 r., istnieją do dziś. Podobnie stało się z kilkoma innymi jednostkami, które już dawno powinno się zlikwidować, ale z różnych powodów to się nie stało. – Przyznaję, że zawsze murem stałem za pozostawieniem wojska w Przemyślu – wyznaje Onyszkiewicz. Co prawda jego rodzinnym miastem jest Lwów, ale to w Przemyślu spędził dzieciństwo. W pierwszych wolnych wyborach do Sejmu dostał się z okręgu przemyskiego.

Samorządy szybko zorientowały się, że wojsko to sumienny płatnik podatków i coraz bogatszy klient okolicznych sklepów. Na dodatek, na fali zmian, coraz mniej samowystarczalny, więc można było opleść go wianuszkiem dostawców i podwykonawców. Kto z samorządowców miał lepsze dojście do ministra, premiera czy wpływowego posła, zabiegał, żeby jednostka na jego terenie została. – Znajomy dowódca garnizonu, który jest zadeklarowanym ateistą, jak dowiedział się, że chcą mu zlikwidować jednostkę, to najpierw poleciał do biskupa. Wiedział, że ten ma słabość do wojska i dobre przełożenia na biskupa polowego. Tak się składa, że jednostka jest do dziś – mówi wysoki stopniem oficer.

Kiedy w 1999 r. przygotowywano się do likwidacji 15 Warmińsko-Mazurskiej Dywizji Zmechanizowanej, samorządowcy z Morąga i Giżycka podnieśli larum, że milionowe oszczędności to mydlenie ludziom oczu, bo oni tu mają najwyższe bezrobocie w kraju i nie stać ich na kolejnych dwustu bezrobotnych. – A co z naszymi piekarniami i masarniami zaopatrującymi wojsko? – pytał burmistrz Morąga. 15 Dywizja przestała istnieć, ale nie cała. Lokalnym politykom i wojskowym udało się uratować 16 brygadę w Morągu i 15 brygadę w Giżycku.

126 garnizonów, które obecnie posiada wojsko, to waśnie efekt takiej likwidacji na raty. Po kilku latach 16 brygadę w Morągu i tak rozwiązano. – Ale znów nie całą. W koszarach stacjonuje teraz kadłubkowy batalion zmechanizowany, który chciałem zlikwidować, ale Sztab Generalny nie wyraził na to zgody – mówi gen. Skrzypczak. Kwestię przyszłości wojska w Morągu rozwiązała decyzja o zlokalizowaniu tam rakiet Patriot.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną