Kraj

Szok w szykach

Wojsko tnie po garnizonach

Tereny po dawnej jednostce wojskowej we Wrocławiu Tereny po dawnej jednostce wojskowej we Wrocławiu Paweł Kozioł / Agencja Gazeta
Wojsko bez poligonu w Drawsku, bez orkiestry, bez garnizonów? Na polecenie ministra armia ma się pozbyć 20 proc. zbędnej infrastruktury. Ale się będzie działo!
Jeden z największych w Europie poligonów wojskowych w Drawsku PomorskimSławomir Kamiński/Agencja Gazeta Jeden z największych w Europie poligonów wojskowych w Drawsku Pomorskim

O takich gminach mówi się, że są jak lilie polne: „nie pracują ani nie przędą”, a mają się świetnie. – Inne samorządy patrzą na nas z zazdrością, bo choć nie ma u nas przemysłu, bezrobocie jest spore, to budżet mamy wysoki. Żyjemy z podatków, jakie wojsko płaci za użytkowanie poligonu drawskiego – mówi Michał Hypki, burmistrz Kalisza Pomorskiego.

Prawie 17 mln zł, które co roku wpłaca wojsko, to mnóstwo pieniędzy dla gminy liczącej zaledwie 7,5 tys. ludzi. Prawdziwy deszcz pieniędzy spadł na Kalisz Pomorski w 2005 r., kiedy armia zapłaciła zaległy podatek wraz z odsetkami. Budżet podskoczył z 12 mln do 86 mln. – To było jak szóstka w totku – wspomina Michał Hypki. Mieszkańcom zawirowało w głowach. Ktoś rzucił, a wielu podchwyciło pomysł, żeby podzielić i rozdać te pieniądze między sobą. Skończyło się na inwestycjach, na które nie stać najbogatszych gmin w Polsce. Kalisz Pomorski jest w 100 proc. skanalizowany, ma sześć nowych bloków komunalnych, dla wszystkich chętnych są miejsca w przedszkolu, wyremontował zabytkowy pałac. Wybudowanie tego wszystkiego w tak krótkim tempie okazało się zbawienne dla miasta i zabójcze dla poprzedniego burmistrza. – Nowotwór wykończył ojca, bo był przepracowany. Po śmierci zostałem wybrany na jego następcę – mówi Michał Hypki.

O ile ojciec miał problem, jak wydać pieniądze, o tyle syn będzie musiał zmierzyć się z problemem, skąd je wziąć. Na poligonie drawskim od kilku miesięcy pracują geodeci. Z przecieków, jakie dochodziły do gminy, wynikało, że chodzi o przekwalifikowanie części gruntów, tak żeby płacić niższe stawki podatkowe za ich użytkowanie. Kilka tygodni temu gruchnęła wiadomość, że wojsko zamierza całkiem zrezygnować z części poligonu. – To byłaby dla nas katastrofa. Poligon był naszym błogosławieństwem. Teraz może okazać się przekleństwem. Jeśli wojsko odda ziemię Lasom Państwowym, wysokość podatków spadnie na łeb na szyję. Turystyki na tym terenie też nie zbudujemy, bo kto przyjedzie na spływ kajakowy korytem rzeki, która jest regularnie zasilana niewypałami od 1945 r.? – retorycznie pyta burmistrz Hypki.

Wojskowi oficjalnie nie komentują podejrzeń władz Kalisza Pomorskiego. Nieoficjalnie – poligon jest im potrzebny, ale sami mają nóż na gardle. Do końca stycznia 2009 r. musieli przedstawić ministrowi obrony narodowej propozycje obcięcia infrastruktury o 20 proc. Z poligonu, który ma 40 km kw., tnie się łatwiej niż z jakiejś jednostki. Ale po pierwszej konfrontacji z ministrem okazało się, że bez cięcia garnizonów się nie obędzie. No i w jednostkach zrobiło się nieswojo.

20 proc. normy

Bogdan Klich ministrem obrony narodowej został 17 listopada 2007 r. 11 dni później odwiedził pierwszą jednostkę wojskową. Humor po tej wizycie musiał mieć dobry, bo była to elitarna 31 Baza Lotnicza Poznań Krzesiny, świeżo oddana do użytku. – Kolejne wizyty nie zawsze wypadały tak entuzjastycznie – powściągliwie tłumaczy Bogdan Klich. Po kilku miesiącach urzędowania minister miał już za sobą odwiedziny w prawie połowie garnizonów. W złośliwych komentarzach gospodarskie wizyty szefa resortu określano jako najwcześniej rozpoczętą kampanię wyborczą. Gdyby ktoś chciał pójść dalej w złośliwości, mógłby jeszcze napisać o problemach z pęcherzem, bo w każdej jednostce minister tradycyjnie kazał prowadzić się do toalety. – Szybko się zorientowałem, że sanitariaty to papierek lakmusowy stanu każdej jednostki. Jak ze ścian łuszczyła się farba i odpadały płytki, to w podobnym stanie była reszta budynków – tłumaczy minister obrony narodowej. Pod koniec 2009 r. okazało się, że badania terenowe ministra miały bardzo konkretny cel. Jak najlepsze przygotowanie się do stoczenia z wojskiem batalii o likwidację zbędnej infrastruktury.

A jest z czego ciąć, bo polskie wojsko cały czas trzyma bazę na ponad 400 tys. ludzi na wypadek mobilizacji. Jakby tego było mało, armia ma wyjątkowo nieefektywną strukturę. 100 tys. zawodowych żołnierzy rozlokowanych jest w 126 garnizonach. To znaczy, że statystycznie w każdym z nich stacjonuje mniej niż 800 żołnierzy. – Typowa baza wojskowa u naszych zachodnich sojuszników liczy od 2 do 20 tys. żołnierzy. Mniejszych się nie utrzymuje, bo to po prostu nieekonomiczne. Koszty ochrony, administracji, sprzątania i zaopatrzenia w dużych bazach są znacznie mniejsze – tłumaczy gen. Waldemar Skrzypczak, były dowódca wojsk lądowych.

Są i takie jednostki jak 1 Ciechanowski Pułk Artylerii, w którym służy zaledwie 300 żołnierzy. A do ich obsługi zatrudnionych jest prawie stu cywilów. Jednostka od ponad czterech lat nie ma nawet własnej strzelnicy. A na ćwiczenia artyleryjskie musi jechać 150 km dalej. Utrzymanie bazy, ludzi, 24 samobieżnych haubic Goździk i 24 wyrzutni rakietowych BM 21 Grad kosztuje podatnika ponad 20 mln zł rocznie. Trudno się dziwić, że pomysły, aby się jej pozbyć, pojawiały się już kilka lat temu. Ostatecznie jednostkę przewidziano do likwidacji w aneksie do „Planu rozwoju Sił Zbrojnych RP na lata 2007–2012”. Zgodnie z wyższą logiką, pomimo tej decyzji w 2007 r. jednostce przybyła stołówka. Kosztowała jedyne 7 mln zł.

Już w 2008 r. po całej Polsce rozjechały się połączone komisje wojskowe, które typowały nieperspektywiczne garnizony. – Po pierwszej inspekcji dostałem propozycje na zlikwidowanie zaledwie 6 proc. infrastruktury. W sytuacji, w której uzawodowiliśmy armię i wyprowadziliśmy z niej poborowych, te 6 proc. było całkowicie nie do zaakceptowania – tłumaczy Bogdan Klich. Komisje znów pojechały w kraj szukać oszczędności. W listopadzie 2009 r. okazało się, że jednak da się zredukować więcej. Tym razem kontrolerzy krakowskim targiem zaproponowali redukcję o 13,5 proc. Wojsko dostało dwa miesiące na znalezienie pełnych 20 proc. Dla dowódców garnizonów ostatnie tygodnie były bardzo nerwowe. – Każdy musiał pojechać do Sztabu Generalnego i osobiście wyspowiadać się, jaką ma wizję rozwoju jednostki, a przede wszystkim z czego może zrezygnować i ile na tym zaoszczędzi. Miło nie było, bo meldunki odbierał I zastępca szefa Sztabu Generalnego gen. Mieczysław Stachowiak, który jest zasadniczy i nie wchodzi w kurtuazyjne pogawędki. Większość kadry boi się go jak ognia – opowiada jeden z dowódców garnizonu.

Po takim wyciskaniu wojsko z pewnością znajdzie brakujące procenty. Tylko czy politycy znajdą dość siły i konsekwencji, żeby zamiary przekuć w czyn?

Tu zamkniemy, tam przeniesiemy

Problem likwidacji garnizonów to gorący kartofel wszystkich ekip politycznych. Liczebność polskiej armii zmniejszano od pierwszych dni transformacji ustrojowej. – Na początku lat 90. mieliśmy 13 ukompletowanych i dwie nierozwinięte dywizje. Obecnie mamy cztery, z czego jedna jest przeznaczona do likwidacji – mówi gen. Waldemar Skrzypczak. Ponieważ armia opierała się na poborze, dosyć długo udawało się ciąć, garnizony likwidując tylko w ostateczności. W ten sposób do końca lat 90. zdołała przetrwać jednostka, która jak za czasów II wojny światowej rozciągała kable do łączności po ziemi, choć wojsko zaczynało już wprowadzać cyfrowe radiostacje. Przed wejściem do NATO dostaliśmy jasny sygnał, że w zachodniej strukturze liczy się nie ilość, ale jakość. – Wymagało to podejmowania trudnych decyzji, ale muszę przyznać, że perspektywa wejścia do NATO była na tyle mobilizująca, że odbyło się to przy względnym porozumieniu politycznym – wspomina Janusz Onyszkiewicz, minister obrony narodowej w latach 1997–2000. Gorzej zmiany znosili wojskowi, którzy bronili się rękami i nogami przed pozbywaniem się czegokolwiek. Likwidowany majątek trafiał do Agencji Mienia Wojskowego, która go sprzedawała, a pieniądze przeznaczała na zakupy wyposażenia. Dowódcy nie widzieli w tym żadnego swojego interesu i zmiany torpedowali. – Wpadłem więc na pomysł, że każdy dowódca, który pozbędzie się zbędnego majątku, większość uzyskanych pieniędzy dostanie na zakupy dla swojej jednostki. Po tym zabiegu proces likwidacji majątku wyraźnie ruszył z miejsca – opowiada minister Onyszkiewicz. Jednak wielkie wojskowe struktury administracyjne wcale nie miały ochoty się likwidować. Pomorski i Śląski Okręg Wojskowy, które miały zniknąć w 1999 r., istnieją do dziś. Podobnie stało się z kilkoma innymi jednostkami, które już dawno powinno się zlikwidować, ale z różnych powodów to się nie stało. – Przyznaję, że zawsze murem stałem za pozostawieniem wojska w Przemyślu – wyznaje Onyszkiewicz. Co prawda jego rodzinnym miastem jest Lwów, ale to w Przemyślu spędził dzieciństwo. W pierwszych wolnych wyborach do Sejmu dostał się z okręgu przemyskiego.

Samorządy szybko zorientowały się, że wojsko to sumienny płatnik podatków i coraz bogatszy klient okolicznych sklepów. Na dodatek, na fali zmian, coraz mniej samowystarczalny, więc można było opleść go wianuszkiem dostawców i podwykonawców. Kto z samorządowców miał lepsze dojście do ministra, premiera czy wpływowego posła, zabiegał, żeby jednostka na jego terenie została. – Znajomy dowódca garnizonu, który jest zadeklarowanym ateistą, jak dowiedział się, że chcą mu zlikwidować jednostkę, to najpierw poleciał do biskupa. Wiedział, że ten ma słabość do wojska i dobre przełożenia na biskupa polowego. Tak się składa, że jednostka jest do dziś – mówi wysoki stopniem oficer.

Kiedy w 1999 r. przygotowywano się do likwidacji 15 Warmińsko-Mazurskiej Dywizji Zmechanizowanej, samorządowcy z Morąga i Giżycka podnieśli larum, że milionowe oszczędności to mydlenie ludziom oczu, bo oni tu mają najwyższe bezrobocie w kraju i nie stać ich na kolejnych dwustu bezrobotnych. – A co z naszymi piekarniami i masarniami zaopatrującymi wojsko? – pytał burmistrz Morąga. 15 Dywizja przestała istnieć, ale nie cała. Lokalnym politykom i wojskowym udało się uratować 16 brygadę w Morągu i 15 brygadę w Giżycku.

126 garnizonów, które obecnie posiada wojsko, to waśnie efekt takiej likwidacji na raty. Po kilku latach 16 brygadę w Morągu i tak rozwiązano. – Ale znów nie całą. W koszarach stacjonuje teraz kadłubkowy batalion zmechanizowany, który chciałem zlikwidować, ale Sztab Generalny nie wyraził na to zgody – mówi gen. Skrzypczak. Kwestię przyszłości wojska w Morągu rozwiązała decyzja o zlokalizowaniu tam rakiet Patriot.

Swoimi kanałami poszczególnych jednostek bronili i wojskowi. – W małej miejscowości dowódca garnizonu to pierwsza piątka obok burmistrza, komendanta policji, proboszcza i lekarza. To on decyduje, kogo zatrudni, kto będzie ochraniał mu jednostkę, a kto wyremontuje sale. Bez tych atrybutów nie jest już taki ważny, więc znajdzie każdy argument, żeby utrzymać jednostkę. Jak trzeba, to zadzwoni do kolegów z roku, którym się bardziej powiodło i poszli wyżej, napuści na ministra lokalne media – mówi Janusz Zemke, były wiceminister obrony narodowej. Żeby łagodzić emocje, likwidując jedną wojskową instytucję wzmacniano inną na tym samym terenie. Niektóre jednostki zmieniały lokalizację, choć nie zawsze umiano to merytorycznie uzasadnić. – Im bliżej wyborów, tym mniejsza szansa na zlikwidowanie czegokolwiek. Próba przeprowadzenia poważnych cięć w roku wyborów prezydenckich jest bardzo karkołomna – ostrzega Janusz Zemke.

Dęte problemy

Przestrogi byłego ministra obrony narodowej potwierdza rozwój wypadków po ogłoszeniu przez MON pierwszych planów likwidacyjnych. Na pierwszy ogień poszły kluby garnizonowe i orkiestry wojskowe. Minister Klich postanowił zlikwidować te orkiestry, które zniknąć miały jeszcze za jego poprzedników, ale tak się złożyło, że ich przetrwały. – W żadnym innym kraju nie ma tylu orkiestr wojskowych. Planowaliśmy zlikwidowanie połowy z nich, ale przyznaję, że było to częściowo niewykonalne ze względu na ogromny opór lokalnych społeczności – wspomina Janusz Onyszkiewicz. Za czasów jego urzędowania w MON było 30 orkiestr zatrudniających ponad 800 muzyków. Do końca 2000 r. zniknąć miała m.in. orkiestra w Radomiu. Zlikwidował ją dopiero Bogdan Klich decyzją numer 364 z dnia 30 października 2009 r. Orkiestra z Torunia ma przestać grać 30 czerwca 2010 r.

Choć minister zlikwidował zaledwie dwie z 20 orkiestr, ministerstwo zalała fala protestów. Radom i Toruń natychmiast powołały komitety obronne. Lokalne media dzień po dniu opisywały walkę na argumenty pomiędzy MON a obrońcami dęciaków. Tłumaczenie, że każdy z 60 muzyków znajdzie zatrudnienie, bo kilkanaście kilometrów od obydwu miast działają inne orkiestry wojskowe, a utrzymanie każdej z nich kosztuje podatnika ponad 1,5 mln zł rocznie, nikogo nie przekonywało. – Minister Klich posługuje się fałszywymi argumentami. Nie mówi o tym, że to instytucja kultury, która silnie oddziałuje na region. Na dodatek to jest decyzja polityczna. Toruń, gdzie rządzi PO, w zamian za likwidację orkiestry dostanie inną jednostkę. A ponieważ w Radomiu o wojsko upomniał się PiS, to nic nie dostaniemy – żali się poseł Krzysztof Sońta z PiS. Pomimo że samorządowcy z Torunia obiecali zachować sprawę w tajemnicy, lotem błyskawicy rozeszła się informacja, że tą tajemniczą jednostką zlokalizowaną w Toruniu będzie Centrum Analiz Strategicznych, które ma opracowywać metody działania na podstawie informacji i doświadczeń z misji w Afganistanie i ćwiczeń w kraju. Po tej informacji od razu odezwała się zaniepokojona Bydgoszcz. – Minister w zamian za likwidację Sądu Wojskowego obiecał nam lokalizację Centrum Doktryn i Szkolenia. Mam to na piśmie, więc mam nadzieję, że słowa dotrzyma – mówi Konstanty Dombrowicz, prezydent Bydgoszczy.

Minister obrony jednak orkiestr nie zlikwidował. Komentarz Juliusza Ćwielucha>>

Kolejną strukturą do zlikwidowania są Wojskowe Komendy Uzupełnień i sprawujące nad nimi kontrolę Wojewódzkie Sztaby Wojskowe. Wydawałoby się, że po uzawodowieniu armii nie ma najmniejszego sensu utrzymywać WKU, których podstawowym zadaniem była obsługa poborowych. Wojsko nie zamierza jednak rezygnować z WKU tłumacząc, że to instytucja niezbędna do realizacji planów mobilizacyjnych. Drogą ciężkich negocjacji ministrowi udało się stworzyć projekt rozporządzenia, w którym liczbę WKU zmniejsza się ze 123 do 85 i zwalnia 658 cywilów. A zamiast 16 wojewódzkich sztabów mają powstać 4 główne i 12 o znacznie zmniejszonej obsadzie etatowej i znaczeniu. Projekt jest w trakcie uzgodnień międzyresortowych. Ale już oprotestowali go wojewodowie, którzy powinni raczej grać w jednej drużynie z MON.

Ostatni gasi światło

Strach pomyśleć, co będzie się działo, kiedy minister ogłosi listę garnizonów do likwidacji. Tym bardziej że z informacji podanych przez „Polskę Zbrojną” wynika, że z wojskowych map ma zniknąć 27 jednostek. Część z nich zostanie całkowicie zlikwidowana. Niektóre będą łączone tak, żeby mogły osiągnąć pełny stan liczbowy i nie zajmowały wielkich koszar, których utrzymanie idzie w setki milionów złotych. – Wygląda na to, że minister Klich nie ma wielkiego wyboru. Z protokołów senackiej komisji obrony narodowej wynika, że minister finansów znów pozbawi armię 2 mld zł. Oficjalnie armia je dostanie, ale Bogdan Klich będzie miał zakaz ich wydawania. To takie sztuczki, żeby obejść ustawowy obowiązek przekazania na armię 1,95 proc. PKB – mówi Aleksander Szczygło, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego.

Potwierdzać to może fakt, że Akcja Likwidacja, jak plany ministerstwa nazywają żołnierze, nabrała przyśpieszenia na początku stycznia. – Dostaliśmy polecenie, że jednostki, które miały być likwidowane pod koniec 2012 r., mają dostać rozkazy likwidacyjne do końca tego roku, najpóźniej w 2011 r. – mówi wysokiej rangi wojskowy.

Jeszcze w tym roku zniknąć ma na przykład 14 Suwalski Pułk Artylerii Przeciwpancernej. Choć tak naprawdę zlikwidowana zostanie tylko nazwa i koszary. Ludzie przenieść się mają do I Mazurskiej Brygady Artylerii w Węgorzewie. Najmniejszy problem będzie ze sprzętem. – Tam już właściwie nie ma sprzętu. Ostatnie pociski Konkurs wystrzelone zostały w zeszłym roku. Zostało jeszcze trochę pocisków Malutka, ale to konstrukcja z lat 60. Strach tego używać – mówi ekspert od spraw uzbrojenia. Pomimo to o jednostkę toczy się zacięty bój. – Jeśli PiS wróci do władzy, to zapewniam, że do Suwałk wróci też wojsko. Pod warunkiem, że do tego czasu zachowana zostanie służąca dzisiaj pułkowi infrastruktura – zapowiedział publicznie Jarosław Zieliński, poseł PiS ziemi podlaskiej. Argumenty o przestarzałym sprzęcie i potrzebie oszczędzania nie przekonują go. Poseł tłumaczy: już za rządów PiS wśród wojskowych pojawił się pomysł likwidacji tej jednostki. Minister Aleksander Szczygło wziął jednak pod uwagę argumenty przemawiające za utrzymaniem pułku. Jako członek NATO musimy skupiać się na wschodniej granicy. Dziś coś zlikwidujemy, a jutro za ciężkie pieniądze będziemy to odbudowywać. – Minister Klich mówi, że tak będzie taniej, ale wyliczeń żadnych mi nie przedstawił. Kiedy go przycisnąłem, przysłał mi pismo, że jednostka jest likwidowana, ale powody są niejawne. To kpina. Dlatego chcę poznać te tajne argumenty – mówi poseł Zieliński, były wiceminister spraw wewnętrznych i administracji w rządzie PiS.

Do przyśpieszonej likwidacji przeznaczony jest również garnizon w Pruszczu Gdańskim. Z czterech stacjonujących tam instytucji wojskowych najważniejsza to 49 Pułk Śmigłowców Bojowych. To jednostka jak najbardziej potrzebna, ale niekoniecznie w tym miejscu. Dlatego w planach jest połączenie jej z 56 Pułkiem Śmigłowców Bojowych w Inowrocławiu. Obecnie 900 wojskowych zajmuje potężne koszary. A wojsko musi płacić gigantyczne podatki za 450 ha terenu.

Likwidacja garnizonu da oszczędności prawie 5 mln zł rocznie. Ale pociągnie za sobą zwolnienie ponad stu cywilnych pracowników wojska. I w tym wypadku najprawdopodobniej nie obędzie się bez protestów. Całkowicie likwidowane mają być również jednostki w Tczewie, Łomży, Legnicy, Kraśniku, Osowcu, Choszcznie. W tym ostatnim jeszcze jakiś czas temu stacjonowały aż trzy jednostki. Baza ma niezłe zaplecze mieszkaniowe, dwie hale sportowe, basen, strzelnicę. Część budynków niedawno wyremontowano, bo stacjonujący tu 2 Pułk Artylerii Legionów sprowadzono do Choszczna w 2001 r. ze Szczecina. Chodziło o skoncentrowanie wojska blisko poligonu. – Ja już nie walczę o ten pułk, tylko o utrzymanie koszar. Tyle milionów poszło z publicznych pieniędzy na remonty. Żal to teraz zamknąć na kłódkę. Niech inne wojsko tutaj przywiozą – mówi Robert Adamczyk, burmistrz Choszczna.

Skromnie nie dodaje, że miasto po wyprowadzeniu wojska może podupaść tak samo jak budynki. Garnizon to trzeci pod względem wielkości pracodawca. Sumienny płatnik podatków, z których do kasy gminy wpływa 600 tys. zł rocznie. – Przyjmijmy, że wojsko stąd wyjdzie. Kto kupi taki wielki obiekt, kto utrzyma te wszystkie budynki? Wojsko mówi o oszczędnościach, ale najpierw będą to utrzymywać za ciężkie pieniądze, a później sprzedadzą za grosze – mówi burmistrz Adamczyk. Doświadczenie z podobnych likwidacji uczy, że może mieć rację. W Pułtusku na przełomie 2000 i 2001 r. zlikwidowano 1 Pułtuski Batalion Saperów. Po wojsku została ośmiohektarowa działka i kilka budynków wybudowanych jeszcze za cara. Majątek ten przejęła Agencja Mienia Wojskowego. – Dwa budynki nadawały się do remontu i adaptacji. Miasto chciało je przejąć. W jednym planowaliśmy zrobić mieszkania komunalne, w drugim zlokalizować sąd rejonowy. Negocjacje z Agencją to była droga przez mękę – wspomina Wojciech Dębski, burmistrz Pułtuska. Pomimo że Ministerstwo Sprawiedliwości miało zarezerwowane pieniądze na ten cel, przekazanie obiektu dla sądu przeciągało się. – W międzyczasie budynek został rozszabrowany. Uszkodzony był też dach. Interweniowaliśmy w Agencji, żeby to naprawili. Ale bez odzewu – dodaje burmistrz. Ministerstwo Sprawiedliwości ostatecznie wybudowało sobie nową siedzibę sądu rejonowego. Działka, choć znalazła prywatnego nabywcę, do dziś nie jest zagospodarowana.

Ambitne i bardzo wskazane dla budżetu plany ministra obrony narodowej mogą roztrzaskać się nie tylko o niechęć lokalnych władz i wojskowych, ale paradoksalnie – o pieniądze. Rozformowanie choćby najmniejszej jednostki to kosztowne przedsięwzięcie. Odchodzącym pracownikom trzeba zapłacić odprawy, przechodzącym do innych jednostek – pokryć część kosztów, zlikwidowany majątek utrzymywać do czasu sprzedania. A tysiące żołnierzy, którzy wykorzystają reorganizację do odejścia z wojska, wysłać na kosztowne emerytury, które wojsko wypłaca z własnego budżetu. Samo tylko zlikwidowanie zbędnych WKU będzie kosztowało MON około 30 mln zł.

Musimy się na coś zdecydować. Nie da się budować silnej armii, a jednocześnie utrzymywać rachityczne jednostki – mówi gen. Tadeusz Buk, dowódca wojsk lądowych. Część jego podwładnych już to zrozumiała. Gen. Mirosław Różański, dowódca 11 Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej, sam zgłosił do wcześniejszego zlikwidowania podległy mu 10 Batalion Rozpoznawczy. Mało tego, chce oddać miastu drogie w utrzymaniu i mało przydatne dla wojska budynki zajmowane w centrum. W tym własny sztab. To ciągle postawa rzadko spotykana. Ale dobrze rokująca dla armii i podatnika. Niebawem okaże się, ilu jest w armii nowocześnie myślących dowódców, a w parlamencie posłów z szerokimi horyzontami.

 

Polityka 8.2010 (2744) z dnia 20.02.2010; Raport; s. 34
Oryginalny tytuł tekstu: "Szok w szykach"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Prof. Marcin Król: Obyśmy znów nie byli głupi

Prof. Marcin Król, historyk idei, o tym, że czeka nas koniec starego świata i nic dobrego z tego na razie nie wyjdzie.

Jacek Żakowski
01.01.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną