Rządowa flota do wymiany

Łatane skrzydła
Hangary 36 Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, który wozi najważniejsze osoby w państwie, przypominają muzealną wystawę radzieckiej awiacji.
Tu-154, który rozbił się pod Smoleńskiem
Adam Chełstowski/Forum

Tu-154, który rozbił się pod Smoleńskiem

Jak-40
Paweł Mamcarz/Forum

Jak-40

Mi-8
Mariusz Adamski/Forum

Mi-8

Tupolew 154, który rozbił się pod Smoleńskiem, miał 20 lat, tyle samo co druga i jedyna obecnie rządowa maszyna tego typu. Najwyżsi urzędnicy w naszym państwie latają nie tylko 20-letnimi samolotami, ale jeszcze starszymi, bo pamiętającymi czasy Gierka, śmigłowcami Mi-8 i małymi odrzutowcami Jak-40, które można by porównać do dużych Fiatów i Polonezów. Nie dziwne więc, że każde ich pojawienie się na zagranicznym lotnisku wywołuje złośliwe komentarze.

Latająca ruletka

Tylko w ciągu ostatnich siedmiu lat rozpisywano cztery przetargi na nowe samoloty dla vipów. Żaden nie doszedł jednak do skutku, bo kolejne rządy – SLD, PiS i PO – je odwoływały. – Nie rezygnujemy z Tu-154, bo to niezłe samoloty – twierdzili kolejni ministrowie. Częściej słyszeliśmy jednak o braku pieniędzy. Ale tak naprawdę każda z kolejnych ekip głosząc hasła taniego państwa obawiała się nieprzychylnej reakcji wyborców podsycanej przez brukową prasę i hasła typu „pasą się za nasze”. Ostatni przetarg anulowano zimą, w atmosferze małego skandalu, gdy wydawało się, że wszystko jest już dopięte na ostatni guzik.

Dwa brazylijskie Embraery po około 30 mln dol. za sztukę miała kupić spółka ARP Fly, specjalnie powołana do tego celu przez rządową Agencję Rozwoju Przemysłu, a następnie wyleasingować je Ministerstwu Obrony Narodowej. Przylot pierwszego zapowiadano na czerwiec 2009 r. Drugi miał dotrzeć do Polski w sierpniu. Przeszkolono nawet pilotów. Z zakupu nic jednak nie wyszło, bo szefostwo MON stwierdziło ostatecznie, że będzie zbyt kosztowny. Co prawda maszyny trafiły do Polski, ale użytkuje je LOT, a ARP Fly została bez pieniędzy i z długami, których nie było komu uregulować.

– W końcu spotkamy się w kondukcie na państwowym pogrzebie – ostrzegał były premier Leszek Miller, który sam cudem uszedł z życiem z katastrofy rządowego śmigłowca Mi-8. O zakup samolotów wielokrotnie dopominali się sami piloci ze specjalnego pułku. W nieoficjalnych rozmowach z dziennikarzami przyznawali, że po prostu boją się latać wysłużonymi radzieckimi maszynami. Dowódca pułku płk Tomasz Pietrzak półtora roku temu podał się nawet do dymisji w proteście przeciwko unieważnieniu kolejnego przetargu, nie chcąc brać odpowiedzialności za bezpieczeństwo lotów.

A samoloty psuły się, i to często, więcej czasu przebywając na naprawach niż w powietrzu. W liczbie awarii przodowały Jaki, w których często odmawiały posłuszeństwa silniki. Niekiedy trzeba było je gasić, tak jak w 2001 r. w Norymberdze, gdy z szykującej się do startu maszyny poszedł snop iskier. Najwięcej emocji związanych z maszyną tego typu przeżyła była marszałek Senatu Alicja Grześkowiak, gdy podczas lotu na Bliski Wschód w Jaku popsuły się prądnice. Siedzący za sterami pilot okazał się mistrzem w swoim fachu i bezpiecznie posadził maszynę podczas awaryjnego lądowania gdzieś na pograniczu Jordanii i Arabii Saudyjskiej. W nagrodę dostał awans.

TU potrzeba zmiany

Problemy stwarzały również Tupolewy. I to nawet wtedy, gdy jeszcze były całkiem nowe. W 1995 r. premier Józef Oleksy poleciał z opóźnieniem do Francji, gdy w maszynie nie udało się uruchomić silników. Niecały rok po katastrofie śmigłowca z premierem Millerem na pokładzie problemy miał jego następca Marek Belka, który utknął w Chinach, gdy w rządowym Tupolewie zepsuł się silnik.

Tutka – jak w branży mówi się na Tupolewy – dała się we znaki także prezydentowi Kaczyńskiemu. Podczas podróży do Azji w grudniu 2008 r. trzeba było organizować mu transport zastępczy, gdy w samolocie popsuła się m.in. instalacja odladzająca i system sterujący umieszczonymi w skrzydłach klapami. Prezydent zwierzył się wówczas dziennikarzom, że cieszy się, iż do awarii nie doszło w powietrzu. – Jak się dowiedziałem, co się dzieje, to chwalę Boga, ponieważ państwo i ja możemy dalej rozmawiać – mówił.

Ostatni raz rządowy Tu-154 uległ awarii w styczniu 2010 r. w Portoryko, gdzie czekał na polskich strażaków biorących udział w akcji ratowniczej po trzęsieniu ziemi w Haiti.

Niedawno ze strony rządu pojawiły się sygnały, że kupi nowe samoloty bezpośrednio od producenta. Tym razem chyba zrealizuje te zamierzenia.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną