Jak przeżyć taką tragedię?

Nie bądź bezradny
Wstrząsające doznanie bezradności. Nieadekwatności wszelkiej reakcji, wszelkich słów. Zdziwienie. Więc coś takiego może się zdarzyć? Tyle śmierci naraz?
Zdjęcie pary prezydenckiej położone przed Urzędem Wojewódzkim w Katowicach
Dawid Chalimoniuk/Agencja Gazeta

Zdjęcie pary prezydenckiej położone przed Urzędem Wojewódzkim w Katowicach

Dlaczego oni, dlaczego tak, dlaczego teraz? Frustrująca bezradność. Powracające frazy, które coraz mniej znaczą z każdym powtórzeniem: niewyobrażalna tragedia, brak mi słów, to straszne, nie mogę w to uwierzyć... Zdziwienie – żyjemy, choć tyle razy otarliśmy się o śmierć. A oni nie żyją, choć mieli tyle ważnych spraw do załatwienia. Tyle planów, tyle obowiązków. Przez moment wydaje nam się to wręcz niestosowne, że wciąż żyjemy.

Na początek jest na szczęście zbawienny azyl rytuałów dla ludzi i azyl procedur dla państwa: modlitwa, zapalanie zniczy, bycie z innymi, kondolencje oficjalne i kondolencje szczere, wystąpienia, oświadczenia, żałoba narodowa. To im życia nie przywróci, ale nam pomaga zapanować nad bezradnością. Coś dla nich robimy. Coś robimy dla siebie. 

To drugie wydaje mi się ważniejsze. Zaczynamy rozumieć, że owo uczucie obezwładniającej bezradności to druga strona kultywowanego w utajeniu złudzenia, że mamy wpływ na swoje życie. Bo na ogół i na co dzień mamy, i dopiero tragedia tego rzędu, jak ta pod Smoleńskiem, stawia nas twarzą w twarz z tym złudzeniem. Jesteśmy niewinni swej bezradności. Dlatego, choć denerwuje mnie ten zalew słów, płynących z radia i telewizji, wiem, że inaczej się tego oswoić nie da. To my musimy ukoić swoje cierpienie, oni już przecież nie cierpią. Na razie tylko w ten sposób możemy odbudować to niezbędne do życia złudzenie, że coś od nas zależy.

Kiedy wyciszam emocje, widzę jasno: jeśli nawet poznamy przyczyny tej katastrofy, nie zdołamy zapobiec następnej. Innej, niepodobnej do tej ani niczego, co już było, ale znowu równie wstrząsającej. Radykalnie zmieniającej kierunek zdarzeń, obalającej wszelkie plany, przewidywania, modele. Takie wydarzenie jest jak oślepiający błysk reflektora wydobywającego na jaw, że na tym właśnie polega cała ludzka historia, więcej – cała historia tego, co nazywamy życiem. Samo nasze istnienie jest przecież w tym dziwnym wszechświecie skrajnie nieprawdopodobnym zdarzeniem.

Nie wątpię, że 10 kwietnia 2010 roku stanie się przedmiotem nieskończonych dywagacji. Mamy tu bowiem do czynienia z takim zbiegiem okoliczności, że trzeba wielkiego wysiłku, by nie dać się wciągnąć w myślenie magiczne, poszukujące znaków i znaczeń, ukrytych treści i metafizycznych przesłań (np. ofiar: 88 i 8; data: 1+0+0+4+2+0+1+0 = 8). Ale nie na tym polega teraz nasze zadanie. Kto znajduje pociechę w rozważaniach o opatrzności i miłości Bożej, o tajemnicy tajemnic, o życiu wiecznym – ten szczęściarz.

Uczucie bezradności zblednie w blasku religijnego uniesienia. Komu to nie jest dane, też w końcu pokona bezradność. Bo choć tak niepojętego wydarzenia nie zdoła zracjonalizować, otrzymał od życia jeszcze jedną szansę. Wykorzystaj ją. 

Autor jest publicystą, byłym redaktorem naczelnym "Przekroju".

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną