Jak oceniać Lecha Kaczyńskiego?

Pomnik Prezydenta
Setki tysięcy Polaków żegnały prezydenta podczas żałobnych uroczystości w całym kraju. Czy ten masowy spontaniczny hołd oznacza, że tragiczna śmierć zmieniła ocenę jego prezydentury?
Żałoba przed Pałacem Prezydenckim
Franciszek Mazur/Agencja Gazeta

Żałoba przed Pałacem Prezydenckim

Jeszcze niedawno prezydent w sondażach społecznej aprobaty zbierał ledwie dwadzieścia parę procent głosów, a w symulowanych wyborach przegrywał z każdym kontrkandydatem. Czy wcześniejsze opinie były dla niego niesprawiedliwe i dopiero śmierć zdarła nakładane nań maski, pokazując jego prawdziwą twarz, prawdziwe intencje i dorobek? Czego nowego dowiedzieliśmy się w tych ostatnich dniach o Lechu Kaczyńskim?

Trudno wnikać w osobiste motywy każdej z tysięcy osób, które stanęły przy trasie przejazdu trumny z ciałem prezydenta, stały długie godziny w kolejkach do Pałacu, zapalały znicze na Krakowskim Przedmieściu, na placu Piłsudskiego i w tylu innych miejscach. Wypowiedzi obficie cytowane w mediach nie pozwalają jednak na uproszczony wniosek, że była to manifestacja politycznego poparcia, a czasem wręcz rodzaj przeprosin za wcześniejsze krzywdzące oceny. Przeciwnie: większość pytanych odcinała się od polityki; mówiono o przerażeniu ogromem katastrofy, o łączeniu się w bólu z rodzinami wszystkich ofiar, o potrzebie dotknięcia (i sfotografowania) dziejącej się historii, także o wielkim uznaniu dla osobistych zalet i rodzinnego ciepła, jakim emanowała Pierwsza Para, a przede wszystkim o potrzebie wyrażenia swego patriotyzmu.

Polacy, chyba silniej niż większość narodów, mają potrzebę manifestowania narodowej wspólnoty i jednocześnie mało mają ku temu okazji. Ostrość politycznych konfliktów ostatnich lat nie sprzyjała jednoczeniu się nawet w dni świąt narodowych. Tych oficjalnych i tych mniej oficjalnych. Przeżyliśmy to ledwie rok temu przy okazji 20 rocznicy czerwcowych wyborów czy utworzenia rządu Tadeusza Mazowieckiego, kiedy to każdy chciał mieć „swoje święto”.

Teraz ogrom katastrofy, której skala docierała do społecznej świadomości etapami, wraz z napływaniem nowych informacji i nowych trumien, stających w rzędach na warszawskim wojskowym lotnisku, wywołał pragnienie publicznej manifestacji uczuć. Naturalnym ośrodkiem skupienia tych emocji stały się dwie, wystawione na widok publiczny, trumny: Prezydenta – symbolu ciągłości i suwerenności Rzeczpospolitej – i Jego Małżonki, która także stała się symbolem prawdziwie polskiej, oddanej i wiernej, matki i żony.

To, że w katastrofie zginęli przedstawiciele wszystkich obozów politycznych, przydało powszechnej żałobie dodatkowego wyrazu. Prezydent Kaczyński, który był przez lata postrzegany jako reprezentant jednej partii, tak samo jak on wyrazistej, stał się w tej żałobie rzeczywiście prezydentem wszystkich Polaków, ucieleśnieniem utopijnego marzenia o ponadpartyjnej wspólnocie, połączonej służbą dla Polski. Przejmująca symbolika katyńska, która nagle stała się czytelna dla świata, podniosła tragiczny wypadek komunikacyjny do rangi kolejnej Polskiej Ofiary.

Szkicujemy tylko różne możliwe motywacje i emocje, które wyprowadziły na ulice także setki tysięcy Polaków, ideowo bardzo odległych od PiS i nieprzeżywających politycznego nawrócenia. W sumie zlały się one w strumień, a potem w coraz bardziej rwącą rzekę.

Od Smoleńska do Wawelu

W momencie, gdy wobec rozmiarów dramatu spod Smoleńska na kilka pierwszych dni żałoby zamarła polityka w znanym nam czystym, a właściwie brudnym, wydaniu politycznej gry, pojawiły się setki wspomnień osób, które znały rodzinę Państwa Kaczyńskich. Powracał w nich jeden stały element: opowieść o wzajemnej miłości i oddaniu Marii i Lecha, o niezwykle sympatycznej, bezpośredniej, a mało publicznie znanej osobowości Lecha, o przyjaźni, jaką obdarzał tak wiele osób, o jego głębokiej wiedzy z różnych dziedzin (nawet sportu) i upodobaniu do niekończących się inteligenckich rozmów, o jego fenomenalnej pamięci. Wiele dowiedzieliśmy się o Pierwszej Damie – o jej uroku, wrażliwości, poczuciu humoru, opiekuńczym stosunku do męża i dyskretnej elegancji. O pięknej i wielkiej miłości Lecha do matki i do brata.

Rzeczywiście, w tych dniach żałoby mogliśmy spojrzeć na prezydenta oczami jego przyjaciół. To było często bardzo wzruszające i poruszające, odmienne od publicznego wizerunku prezydenta jako osoby raczej zamkniętej w sobie, dość nieufnej, podatnej na negatywne emocje, posługującej się w życiu publicznym insynuacjami raniącymi wiele osób, niekiedy zawziętej. Być może ten prywatny wizerunek jest prawdziwy, ale my, ogromna większość, która nie znała prywatnie prezydenckiej pary, jesteśmy zdani wyłącznie na ocenę jego działalności publicznej. Wiemy już, że był dobrym człowiekiem, ale czy był również dobrym prezydentem?

To narodowe skupienie i świeżo odzyskane poczucie wspólnoty przerwała decyzja o pochowaniu Pierwszej Pary w sanktuarium na Wawelu. Pojawiły się, bo musiały się pojawić, pytania, czy Lech Kaczyński był prezydentem na tyle wielkim i zasłużonym, by spocząć aż w wawelskich kryptach, w tej królewskiej nekropolii od lat zamkniętej, gdzie nawet pochówek Józefa Piłsudskiego, twórcy niepodległości po 123 latach niewoli i Naczelnika Państwa, budził emocje i spory. Gorące do tego stopnia, że obecna dyskusja wydaje się wręcz chłodna. Czy rzeczywiście królom, także Królom Ducha, jak Mickiewicz czy Słowacki, prezydent był równy? Niepotrzebne pytania, nie w takim momencie.

Jednak ta decyzja „rodziny i bliskich”, jak to objaśniano – a właściwie pozbawiona autora – podjęta pośpiesznie, w jakiejś dziwnej tajemnicy przed opinią publiczną, uzasadniała obawę, że oto już w okresie narodowej żałoby dla politycznych celów kopie się pospiesznie nowy podział, że żałobny czas został zakłócony, a wspólnota autentycznego żalu po stracie tylu zasłużonych dla państwa polskiego osób – nie niwelująca przecież zasadniczego politycznego sporu o wizję Polski i jej kształt ustrojowy – zburzona. Przecież Lech Kaczyński nie miał z tą decyzją nic wspólnego, podejmowali ją żywi, których czynów nie chroni majestat śmierci. Czy ten wawelski sarkofag postawiono jedynie dobremu człowiekowi i patriocie? A może twórcy IV RP, która, zanim powstała, poniosła wyborczą klęskę? A może chodzi o naprędce tworzony mit męczeńskiej śmierci pod Katyniem, w 70 lat po prawdziwej zbrodni, mit założycielski, sanktuarium kolejnej Rzeczpospolitej, skąd partyjne grupy, niczym kiedyś Pierwsza Kadrowa z Oleandrów, wyruszać będą na kampanie wyborcze? Te pytania, również o właściwą miarę tej prezydentury, nie dadzą się zatrzasnąć w wawelskiej krypcie.

Prezydent - patriota

Na szczegółowe analizy będzie jeszcze sposobniejszy czas, dziś chcielibyśmy ograniczyć się do kilku filarów politycznej postawy Lecha Kaczyńskiego i to wyłącznie tych, co do których – jak sądzimy – nie ma dziś ostrego sporu między zwolennikami i przeciwnikami zmarłego prezydenta.

Sam Lech Kaczyński nie pozostawił spójnego wykładu swoich przekonań. Ale, w zasadzie, wszyscy się zgadzają, że był to człowiek zafascynowany historią Polski, przekonany, że jedną z jego misji jest odkrywanie, często zafałszowanej, prawdy o losach narodu i uhonorowanie tych zasłużonych Polaków, o których III RP nie pamiętała.

Nikt nie zaprzecza, że Lech Kaczyński był autentycznym, gorliwym patriotą, przywiązanym do idei suwerenności i niepodległości Ojczyzny, marzącym o jej wielkości; że był osobą silnych przekonań, bezkompromisową w obronie interesu narodowego, tak jak go pojmował. Że był człowiekiem Solidarności, wrażliwym na krzywdę i niesprawiedliwość. Jeśli jest zgoda na ten opis, to pójdźmy kawałek dalej.

A więc najpierw polityka historyczna, której symbolem może być stosunek do Powstania Warszawskiego i właśnie do Katynia. Budowa Muzeum Powstania Warszawskiego była największym osiągnięciem Lecha Kaczyńskiego jako prezydenta Warszawy i w dużym stopniu utorowała mu drogę do prezydentury kraju. Rzeczywiście, żaden z polityków III RP nie zrobił tyle, co on dla upamiętnienia tego zbrojnego czynu i jego bohaterów, choć byłoby nadużyciem twierdzenie, że Wolna Polska o Powstaniu nie pamiętała. To, co wyróżniało postawę prezydenta, to konsekwentne budowanie kultu Powstania jako najpełniejszej manifestacji patriotyzmu, straceńczej gotowości do śmierci na wezwanie Ojczyzny. Lech Kaczyński nie podejmował wątków tak intensywnie obecnych w polskich debatach i publicystyce,niemal od sierpnia 1944 r.: o politycznym bezsensie tamtej ofiary, o moralnej odpowiedzialności przywódców Powstania za zagładę miasta i całego pokolenia młodych patriotów. Ważny był mit osamotnionej, bohaterskiej Polski, po raz kolejny w historii, ofiary rosyjsko-niemieckiej zmowy. To stąd, z Powstania, wywodzić się miał wzorzec polskiego patriotyzmu: patetyczny, dumny, nieufny, emocjonalny. Nie bez racji mówiono, że obaj bracia Kaczyńscy, także przez historię rodzinną, byli, spóźnionymi o pokolenie, „Kolumbami rocznik 20”.

W liście do wielkopolskich harcerzy, który Lech Kaczyński napisał w przeddzień wylotu do Katynia, zostało przekazane to, w co głęboko wierzył Pan Prezydent, czyli służba Polsce ponad wszystko – mówił poseł Jan Dziedziczak. „Gotowość do poświęcenia – pisał w tym liście Prezydent – przywiązanie do wolności i miłości ojczyzny to postawy, które są niezbędne do rozwoju państwa również dzisiaj”. Pytanie tylko: czy heroiczny patriotyzm Kolumbów jest „niezbędny do rozwoju państwa” należącego do NATO i Unii Europejskiej? Gdzie i jak w tym kulcie klęski, przekuwanej w moralne zwycięstwa, mieści się potrzebny dziś Polsce prozaiczny wysiłek modernizacyjny? I wreszcie, czy jako Polacy mamy prawo do innej, bardziej radosnej i ufnej wersji patriotyzmu?

Na pogrzeb Prezydenta i Jego Małżonki do Polski mieli przyjechać (pył wulkaniczny częściowo pokrzyżował te plany) liderzy współczesnego świata. Był to piękny gest hołdu dla prezydenta sojuszniczego i sąsiedniego kraju, dla tych wszystkich, którzy zginęli w niemającej precedensu katastrofie, ale także dowód uznania dla dzisiejszej Polski, jej sukcesów, międzynarodowego znaczenia, wiary w jej (w naszą) przyszłość. Musimy pamiętać, że narodowe traumy, manifestacja cierpienia i historycznych krzywd może wywołać – jak teraz – falę współczucia i ciepłych słów, ale ona minie, i wtedy znów będą nas oceniać według sprawności naszych instytucji, siły gospodarki, realizmu naszej polityki. Także polityki historycznej.

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną