Smoleńskie teorie spiskowe

Prosimy nie wierzyć
Przez cały tydzień od tragedii w Smoleńsku na ulicach narastała atmosfera żałoby. W tym samym czasie w Internecie narastała aura spisku.
Leszek Zych/Polityka

Wypadek w Smoleńsku nie zaskoczył internautów. Kilka godzin po tragedii powtarzają jak mantrę słowa szesnastolatki, która na długo wcześniej opublikowała na jednym z forów słowa: „W kwietniu tego roku ogłoszona będzie żałoba narodowa”. Szybko pojawiają się głosy, że za przepowiednią kryje się jakiś szwindel, że może serwis, na którym widniała, podmienił datę publikacji. To rodzaj rozgrzewki przed tym, co nastąpiło później.

10 kwietnia o tragedii wiadomo wciąż niewiele. Media powtarzają: była mgła, możliwy jest błąd pilota. Lecz internauci już na tym etapie wiedzą więcej: mgła nie dość, że się pojawiła, to pojawiła się błyskawicznie – i tak samo znikła. Dowodem jest rozmowa mieszkańca Smoleńska z żoną zacytowana na forum smolensk.ws: „żona twierdzi, że przejeżdżała w pobliżu miejsca wypadku godzinę wcześniej i żadnej mgły nie było!”.

Na forach dyskusyjnych pojawiają się pierwsi eksperci: „Rosjanie mają od kilkudziesięciu lat perfekcyjnie opanowaną sztukę wywoływania deszczu przy pomocy jodku srebra”. Których z kolei gaszą eksperci starsi i bardziej doświadczeni: „Sztuczną mgłę na potrzeby wywoływano już dawno, choćby w 1942 r. do zamaskowania położenia okrętów”. A gdy na portalu Niezalezna.pl odzywa się pierwszy głos zwątpienia: „No i mamy już kilka teorii spiskowych, strach pomyśleć co wymyślicie przez najbliższy tydzień”, pojawia się też pierwszy głos oburzenia na wątpiącego: „To nie jest jeden człowiek – to grupa dyżurnych agentów moskiewskich uważnie czytających nasze wpisy i odpowiednio na nie reagujących. Może nawet siedzą w ambasadzie moskiewskiej”.

Od pierwszych godzin winni są – w myśl kiełkujących teorii – Rosjanie. Pojawia się informacja, że nie zezwolili na lądowanie w Smoleńsku swojego samolotu transportowego godzinę wcześniej, co wprawdzie podkopuje wersję nagłej mgły, ale tym bardziej kieruje podejrzenia na Rosjan. Mogli chcieć się pozbyć politycznego lidera regionu albo nawet – jak wskazują niektórzy – dwóch liderów. „Norwegowie podają, że Jarosław (Kaczyński) też miał lecieć, ale ze względu na chorą matkę został. Czyli zamachowcy wiedzieli, że mają szansę ubić dwóch i grać swój scenariusz” – można przeczytać w komentarzu na Niezalezna.pl.

Pojawiają się pierwsze wersje wydarzeń. Najdelikatniejsza to zestrzelenie samolotu rakietą ziemia–powietrze. Opowiada o niej na YouTube przebrany w kominiarkę rosyjski tropiciel UFO występujący tu jako RuslanBrovkin. W ciągu kolejnych godzin wrzuci do Internetu jeszcze dwa filmy z kolejnymi tropami. To męczący dzień dla miłośników tajemnic. A przecież to dopiero początek.

Film, który wstrząsnął siecią

Jest problem z ofiarami. Nikt ich nie widział, co rodzi okrutne przypuszczenia, że w Smoleńsku wcale nie rozbił się samolot z prezydentem na pokładzie. Zaplanowana – przez Rosjan, bo to wciąż główni bohaterowie spekulacji – katastrofa mogła się zdarzyć gdzie indziej, w ustronnym miejscu, w którym byłoby łatwo dobić ofiary, gdyby ktoś przeżył. Natomiast w Smoleńsku rozbił się samolot bliźniak – bez pasażerów, odpowiednio spreparowany, by zostawić po sobie mnóstwo kawałków. Bo z ich ilością internauci też mają problem. „Dziwne jest to, że szczątki samolotu rozrzucone są na odległość 1 km od miejsca katastrofy, choć leciał tuż nad drzewami” – zastanawia się serwis globalnaswiadomosc.com.

Ale jest i druga teoria, mówiąca o dobijaniu ofiar na smoleńskim lotnisku. W końcu Reuters podał zaraz po katastrofie, że trzy osoby przeżyły, polski MSZ też o tym wspominał. Potem wiadomość zdementowano, ale na serwisie YouTube zdążył się już pojawić amatorski film z miejsca tragedii. Nakręcony telefonem komórkowym, z bardzo kiepskim dźwiękiem, pokazuje palące się fragmenty maszyny. Kolejni widzowie dostrzegają na nim – pośród gałęzi – uciekających, a potem dobijanych pasażerów, snajpera, słyszą strzały. Internautka podpisująca się jako Małgorzata M kadry z filmu z zaznaczonymi przez siebie ofiarami publikuje w Internecie. Internauci biorą się za tłumaczenie ledwie słyszalnych głosów. Szczytem jest dwusekundowy zapis audio zamieszczony w serwisie wrzuta.pl, opatrzony przez autora transkrypcją: „To jest prezydent?” (tu słychać strzał).

Ma to być dowód na zabicie prezydenta przez rosyjskie służby specjalne. Trudno stwierdzić, że w analizowanym fragmencie padają takie słowa. Ale że nie padają – jeszcze trudniej.

Protestuje młody tłumacz rosyjskiego. Dowodzi, że to tylko rutynowa akcja rozganiania gapiów – a strzały są oddawane w powietrze. Ale czy tłumacz może być wiarygodnym źródłem? W końcu zna rosyjski, a wszyscy ci, którzy rosyjski znają, mogą być podejrzani. A jeśli to w ogóle nie były strzały? Teoria spiskowa nie upada nawet wtedy. Wręcz przeciwnie. „KGB zamordowało ich po cichu, chociażby bronią z tłumikiem itd., a dla nas puścili film tak oficjalnie o tym mówiący, żeby nas wyśmiać” – kolejny komentarz na Niezalezna.pl. Dyskusji o strzałach nie utnie nic i nikt. Tym bardziej że śledztwo prokuratorskie może trwać miesiącami. Amerykanie od dziewięciu lat siedzą nad minutowym filmem, zastanawiając się, czy 11 września samolot uderzył w ścianę Pentagonu, trudno więc, by polscy teoretycy spisku już dzień po katastrofie mieli pewność, czy to gałązka, czy może lufa pistoletu. „Dobry spisek ma to do siebie, że nie można go dowieść” – mawiał Jerry Fletcher, grany przez Mela Gibsona bohater filmu „Teoria spisku”.

Kilka dni później pojawi się zresztą najlepsze paliwo dla teorii spiskowej – sieć obiegnie wiadomość o rzekomej śmierci autora filmu, którym miał być Andriej Mendierej. Według doniesień – przez nikogo niepotwierdzonych, ale za to bardzo licznych – został kilkakrotnie ugodzony nożem, a potem odłączony w szpitalu od respiratora. Film w oryginalnej wersji znikł, ale skopiowano go dziesiątki razy i obejrzały go dziś miliony osób. „Będzie się go analizować przez lata, jak film Zaprudera z Dallas” – dzieli się trafną uwagą bloger z salon24.pl.

Między tropicielami zabójców Kennedy’ego a tropicielami zamachowców w Smoleńsku jest jednak różnica. Ci drudzy mają dostęp do tych samych materiałów źródłowych co telewizja czy prasa, bo i te korzystają w podobnych sytuacjach z relacji amatorów. Mają też sprzęt, który pozwala zmontować film, poprawić dźwięk, a stopklatki opatrzyć komentarzami – zwykły komputer osobisty. I kanał publikacji – Internet to bowiem dobre miejsce dla mediów obywatelskich, a dla zwolenników spisku – jeszcze lepsze.

Prawda przyszła z Rumunii

Po weekendzie wychodzą gazety, ale zamiast uciąć teorie spiskowe, tylko podgrzewają atmosferę. „Nasz Dziennik” publikuje rozmowę z Arturem Górskim z PIS. Słowa „Nikogo nie dopuszczono do wraku, a dziennikarzom, którzy czekali na przylot samolotu, rekwirowano taśmy z nagraniami, kasowano zdjęcia fotoreporterom, a komórki w niektórych sieciach nagle straciły zasięg” przemawiają do wyobraźni. Co znaczy fakt, że komórki straciły zasięg – nie do końca wiadomo. Ale na pewno jest źle.

„Rosjanie mnie odciągnęli. Wpadłem w błoto. Pytali, kim jestem. Zażądali kasety” – relacjonuje z kolei Sławomir Wiśniewski, montażysta z TVP, w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”. Te słowa budują atmosferę grozy – w końcu rosyjska Federalna Służba Ochrony na miejscu tragedii była szybciej niż Polak, choć ten przybiegł z położonego blisko hotelu. Internauci znają powód: próbowano coś zatuszować.

Najszerszym echem odbiją się jednak inne słowa Wiśniewskiego (który widział miejsce katastrofy lotniczej na Kabatach) z wywiadu dla TVP Info: „To jednak nie był taki widok jak po zwykłym wypadku lotniczym”. Jeśli nie był zwykły, to znaczy, że był niezwykły, niewiarygodny, niewytłumaczalny, a stąd już tylko mały logiczny krok do tego, by dostrzec w tym misternie obmyślony plan. To, co powiedział montażysta, tropiciele spisku wykorzystają do naturalnej w tych warunkach racjonalizacji – wymyślą kolejne wersje wydarzeń, porządkując sobie świat.

Pismo „Wieści Witebska” przynosi zdjęcia Rosjan, którzy już po wypadku, a jeszcze przed przyjazdem premiera Putina na miejsce tragedii, montują nowe żarówki w oświetleniu pasa startowego. Dla polskich internautów to dowód zaniedbania, ale wersja zamachu Rosjan staje się na chwilę mniej oczywista.

Tylko na chwilę jednak, bo z Bałkanów za chwilę ma nadejść prawdziwa bomba. To rewelacje z rumuńskiej agencji Romanian Global News, szybko podchwycone (już po angielsku) w gruzińskiej Pirweli News, a rozwinięte na portalu zwolenników niepodległości Kaukazu Kavkazcenter. Według tej wersji, Smoleńsk to morderstwo z premedytacją – „międzynarodowi terroryści z FSB zamordowali polskiego prezydenta bronią elektromagnetyczną”. Broń ta może zakłócać funkcjonowanie wszelkich maszyn i urządzeń elektrycznych, jak dowiedziała się agencja Romanian Global News ze źródła w polskim MON. Katastrofa, w której zginęli – według RGN – niemal wszyscy nastawieni antyrosyjsko członkowie polskiej elity politycznej, mogła być wynikiem specjalnej operacji rosyjskich służb specjalnych. Nigdy jeszcze tylu wrogów Rosji nie znalazło się naraz w jednym samolocie, więc były oficer KGB Putin nie mógł po prostu przegapić takiej okazji. Skąd to wiadomo? RGN powołuje się na „anonimowe źródło w NATO”.

Nikt nawet nie próbuje dementować tych doniesień – może dlatego, że od „źródła w NATO” trudniejsze do zweryfikowania jest tylko „anonimowe źródło w NATO”. A nad wyraz operatywna firma, która dotarła do tajemniczych informatorów w NATO i w polskim MON, nie ma żadnych zagranicznych korespondentów. To zaskakująco mała „światowa agencja” – zatrudnia ledwie osiem osób, swoje depesze publikuje tylko po rumuńsku, nie figuruje w internetowych książkach telefonicznych. Polska ambasada wie o niej tyle, że jest prywatnym, lokalnym przedsiębiorstwem i na miejscu nikt się na nią nie powołuje.

Inne rewelacje przynosi strona Polskaweb przedstawiająca się jako portal polski w języku niemieckim. Wyróżnia ich – jak piszą – „obiektywny research, skrupulatne opracowanie danych, publikacje na najwyższym poziomie, nowa jakość pracy dziennikarskiej”, a tworzą „wielojęzyczni redaktorzy z Polski i Niemiec”. Wszystkich wielojęzycznych redaktorów cechuje dość oryginalna niemczyzna i całkowita anonimowość.

Pierwsze domniemanie Polskaweb: „Rosjanie właściwie nie planowali katastrofy, tylko szykanę. Chcieli nielubianemu polskiemu prezydentowi dać po nosie. Dlatego kontroler lotów na wieży w Smoleńsku miał zapewne polecenie, by utrudniać lądowanie, udawać, że nie rozumie pilota. Nie wiadomo zresztą, czy do tego nie był jeszcze pijany. Ktoś mu zresztą szeptał zza pleców, co ma odpowiadać”. Kto słyszał ten szept? Polskaweb.

Ale to jeszcze nic. Polskaweb słyszała także (i widziała), co się dzieje na pokładzie samolotu, gdy kontroler lotów „zgodnie z planem” kieruje polski samolot na lotnisko zastępcze w Moskwie lub Mińsku: „Drugi pilot Tupolewa poszedł do kabiny pasażerskiej i poinformował tam swego zwierzchnika, dowódcę polskich sił powietrznych, o sytuacji pogodowej w Smoleńsku i zaleceniach kontrolera lotów. Generał przekazał wiadomość Lechowi Kaczyńskiemu. Ten wydał rozkaz lądowania”. Resztę historii znamy.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną