Janiny Paradowskiej rozmowa pożałobna

Worek z symbolami
Najtrudniejszą rzeczą dla PiS jest uświadomienie sobie, że branie wyrazów narodowej żałoby za wyraz poparcia dla tej partii czy jej kandydata jest grubym błędem - mówi prof. Mirosława Marody z Instytutu Socjologii UW.
Prof. Mirosława Marody
Tomasz Wiech/Agencja Gazeta

Prof. Mirosława Marody

Janina Paradowska: – Wynotowywałam sobie określenia, jakie padały w dniach żałoby: „powstanie bez powstania”, „narodziny wspólnoty” i bardzo często „narodziny mitu Polski prawdziwie niepodległej”. A co pani powie?

Mirosława Marody: – Najbliższa jest mi uwaga prof. Kurczewskiej, która powiedziała, że absolutnym novum w tym przeżywaniu żałoby jest ponowne złączenie narodu z państwem. Ja nie użyłabym określenia „naród”, powiedziałabym o złączeniu się społeczeństwa z państwem. W tym sensie, że ludzie uświadomili sobie po raz pierwszy jedność z państwem poprzez fakt, że zginęły osoby, reprezentujące to państwo na różnych poziomach i w różnych wymiarach. Jeżeli dystansuję się od określenia „mit założycielski”, nawet w tym państwowym, a nie politycznym czy wręcz partyjnym rozumieniu, to dlatego, że łączy się go z miejscem katastrofy. Uważam, że Katyń odgrywa tu rolę drugorzędną. Mord katyński jest wydarzeniem, które w moim przekonaniu nie kształtuje pamięci społecznej, głównie ze względu na swoje długie utajnienie. Jego obecność jest wprowadzana wtórnie do tej pamięci i nie odgrywa takiej roli symbolicznej jak czas wojny czy Powstanie Warszawskie.

Dlaczego to połączenie społeczeństwa z państwem nie nastąpiło wcześniej?

To wydarzenie, przez swoją nieprzewidywalność, grozę, jaką budzi, liczbę osób, które zginęły, nabiera szczególnej wagi. Ono odwołuje się do sfery mitologii, ofiary składanej z ludzi. Proszę zwrócić uwagę, jak łatwo określenie „ofiary” weszło do języka, którym zaczęto się powszechnie posługiwać. Przecież w gruncie rzeczy była to katastrofa komunikacyjna, a takiego pojęcia mało kto używa. Usiłuje się nadać jej sens przez łączenie jej z wątkami symbolicznymi, przemawiającymi do ludzi. Dlatego można mówić o jakimś wstrząsie, który złączył w jedno pojęcie państwo i społeczeństwo.

Wreszcie własnego państwa?

Własnego, którego jest się częścią, które nie jest już obce, nie jest na zewnątrz. W telewizji usłyszałam wypowiedź mężczyzny stojącego pod Pałacem Prezydenckim; mówił – tyle razy musiałem wstydzić się za to, że jestem Polakiem, wiem, że to społeczeństwo jest takie kartoflane, ale w tej chwili czuję, że to jest mój kraj.

Przez 20 lat żyliśmy w stanie permanentnej kłótni i permanentnej niezgody na rzeczywistość. Wynikała ona z różnych źródeł, ale łączyła w sobie takie rozdwojenie, że wprawdzie mamy niepodległość, ale jest ona jakaś taka przaśna i towarzyszą jej kłótnie na narodowym śmietniku, często żenujące, że państwo powinno być nowoczesne, bo mamy odpowiedni potencjał, ale w gruncie rzeczy jest zapóźnione. Nagle to wszystko przestało być ważne i nastąpił akt uznania tego wszystkiego za własne. Uznanie zaś oznacza jakąś gotowość do wzięcia odpowiedzialności.

Czyli jednak najważniejsza stała się warstwa symboliczna?

Tak, choć należy pamiętać, że w takich momentach różne grupy są zainteresowane wydobyciem z tego samego wydarzenia różnych treści i symboli. Więc i tym razem w przyspieszonym tempie tworzono język, który miał nadawać sens wydarzeniu, a jednocześnie wykuwać całą symbolikę, kształtować sposób, w jaki później będziemy o tym wydarzeniu myśleć. Elity wymyślają język, ale jego efektywność zależy od tego, na ile zostanie on przejęty przez ludzi. Wydaje mi się, że przeciętni ludzie unikali w tym okresie podkreślania jakichkolwiek podziałów. Dla przeciętnego człowieka bardzo istotne było to, że zginęli ludzie z bardzo różnych członów społeczeństwa. Sama katastrofa narzucała myślenie w kategoriach jedności. Fakt, że w komentarzach ta jedność zaczęła być łamana, jest już inną sprawą.

Ofiary, męczeństwo, heroizm... Tak już pozostanie?

Ofiara tak; co do męczeństwa i heroizmu niekoniecznie, bowiem tym, co stanowi drugi rys dominujący w odbiorze tej katastrofy przez zwykłych ludzi, jest przekonanie, że ona uwzniośliła, podniosła na wyższe piętro właśnie zwyczajność. Zmarły prezydent – jak się o tym ostrożnie wspomina – nie był przecież uważany za wielkiego człowieka. W chwili śmierci w odbiorze ludzi wysuwa się więc na plan pierwszy jego ludzkie oblicze: dobry człowiek, taki zwyczajny. Ta zwykłość i przypadkowość nie pozwala jednak tego zdarzenia traktować w kategoriach heroizmu czy męczeństwa. Ponadto, co charakterystyczne, po tej katastrofie właściwie każdy mógł wskazać osobę, z którą był jakoś pośrednio związany, ponieważ tam byli ludzie po prostu znani z telewizora, a więc też znajomi.

Co z tego odczuwania zostanie na dłużej? Czy wszystko się wypali, tak jak wypaliło się szybko po śmierci papieża?

Śmierć papieża dotyczyła człowieka, który w odbiorze powszechnym przerastał wszystkich.

Nie było tego elementu zwykłości?

Nie było. A co do trwałości – myślę, że jest to wydarzenie, które raczej uruchamia jakiś proces, niż prowadzi do pojedynczego efektu. Nie zakładam więc, że nastąpi nagłe przeobrażenie się ludzi, tych zwyczajnych i tych ze sfery publicznej. Ale jest za dużo materialnych następstw tej śmierci – choćby pojawienie się w życiu publicznym dużej liczby miejsc do obsadzenia – aby mogła ona przejść bez większych skutków.

Czy utożsamienie się z państwem, o którym pani mówi, nie zostało jednak przytłoczone przez sferę symboli? Czy dostrzeżono, że państwo okazało się sprawne?

Zdecydowanie dostrzeżono. To były pierwsze uwagi, jakie ludzie wymieniali, kiedy mówili o pogrzebach. Oczywiście krytykowano różne posunięcia – od decyzji pochówku na Wawelu poprzez zachowania różnych osób. Dość zgodnie wskazywano jednak na sprawność tego gigantycznego logistycznego przedsięwzięcia, na takt i powściągliwość władz państwowych i samorządowych. Próbuję odwoływać się do odczuć zwykłych ludzi, z którymi rozmawiałam, których spotykałam. Te wypowiedzi mają dość słaby związek z wypowiedziami elit. Ludzie ten ciąg wydarzeń po katastrofie traktują trochę w kategoriach pogrzebu szanowanego ojca rodziny, co musi mieć swoje konsekwencje dla tej wyższej polityki.

Tym na przykład tłumaczyłabym pewną rezerwę wobec marszałka Komorowskiego. On jest tą osobą, która znalazła się w najtrudniejszej sytuacji, nie tylko ze względu na fakt, że musiał przejąć obowiązki głowy państwa, ale także dlatego, że wcześniej został namaszczony na kandydata na prezydenta. W ludzkim odbiorze stało się to źródłem głębokiej ambiwalencji, trochę na zasadzie, że oto do mojego domu rodzinnego wchodzi ktoś i mówi – ojciec umarł, ale teraz ja będę tatą. Ludzie mają problem, jak pogodzić fakt, że musiał, nie miał wyboru, a jednocześnie zrobił to tak wcześnie. Konstytucja to rozstrzyga, ale ludzka psychika abstrahuje od tej logiki i czepia się doświadczeń z życia prywatnego, codziennego.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną